Pobielone drzewa i trawy

To niezwykłe, że nie będąc w Olsztynie przez całe swoje dorosłe życie, choć powodów było kilka, w tym roku byłem tam trzykrotnie. Chyba za każdym razem w tle takiego wyjazdu stał Erich Mendelsohn. Spóźniona podróż sentymentalna? Może, ale czy emocje są kiedykolwiek spóźnione? Raczej dojrzewają do momentu, ewoluują i stają się powodem. Na przykład do tego, by zasiąść za kierownicą samochodu i pojechać do… Olsztyna właśnie.

Olsztyn się zmienia. Jest (tak było tym razem) innym miejscem niż zapamiętana z poprzedniej podróży ulica Grunwaldzka, na której może jest serwowany najlepszy kebab (powtarzam za reklamą) w mieście, ale gdzie dominuje szarość i płaskie, pobijane fasady starych kamienic ze skundlonym w ten sposób rodowodem. To co uderzyło mnie tym razem to miasto, może i senne wieczorem i pustawe, ale odzyskujące pamięć, kształt. Z ludźmi, dla których powroty do Olsztyna były świadomą decyzją. Mam wrażenie, że bolesną (bo niosącą pewną dozę niepewności, czy to dobry wybór), ale dającą im teraz sporo satysfakcji, że są u siebie. Takich ludzi przynajmniej spotkałem pod gwiaździstym  nieboskłonem Bet Tahara, Domu Oczyszczenia zaprojektowanego przez Mendelsohna i zrealizowanego w 1913 roku.  Mendelsohn wyjechał z miasta, a „nowi Olsztynianie” ufundowali mu tablicę, że to tutaj, przy ulicy świętej Barbary przyszedł na świat… I może w ten sposób mówią sobie i innym, że można inaczej. Że część ich tożsamości jest już zatopiona w kostce brukowej i elewacjach kamienic miasta i tutaj pozostaną? Nowi Olsztynianie?

Chodząc po ulicach miasta przechodzę obok liceum świętującego 70.lecie swojego istnienia. Rok 1945 przyjmowany jest tutaj jako rok zero. Nullstunde, od której wszystko się zaczęło. Może dlatego łatwiej jest sobie i innym powiedzieć „jestem stąd”?

Pytam ludzi, co to znaczy być olsztynianinem /olsztynianką i nie dostaję dobrej, mnie satysfakcjonującej odpowiedzi. To trochę „łatanie historii” (że byliśmy i jesteśmy z tą ziemią i miejscem powiązani), a trochę powiedzenie sobie, ze jest dość czasu by padła odpowiedz na tak postawione pytanie, kiedyś. A do tego czasu pochylmy się nad miejscem, nad jego historią, obłaskawmy go jako własne, choć geograficznie i historycznie wciąż znajdujące się na końcu światów. Zachodu i Wschodu. Miejsce dotąd(?) dobre do ucieczki, ale nie do życia? Dalekie od Gdańska, Warszawy, Wilna, czy dawnego Królewca, który należy wciąż do innego uniwersum post-sowieckiego człowieka. Ten ostatni przyjeżdża tutaj, „shopuje” i tyle z tego wynika.

A może tożsamość olsztynianina jest jak te macewy lodowe, które w ramach projektu Marcusa Jordana, postawiono w grudniu 2011 roku na terenie dawnego kirkutu, by przypomnieć pamięć nie tylko o miejscu, ale pośrednio o tożsamości Olsztyna. Macewy i słowa na nich wyryte rozpłynęły się, zniknęły, ale woda wsiąkła w ziemię, pobudziła ducha miejsca, wrażliwość na to co było? Pamięć jako stan pobudzania emocji u współczesnych? Świadomość, że potrzebuje znaków i symboli. Niezwykle jest to miejsce przy ulicy Zyndrama z Maszkowic 2…

*

Powrót do, będzie tym razem wyłącznie opisem. Słowa, emocje w słowach i używanie ich, będzie musiało wystarczyć za opis światłem. Zabrakło prądu i mój Nikon D80 okazał się niczym innym jak nieznośnym balastem, ktory wiozę. Skutek? Żadnych zdjęć i decyzja, by kolejnym razem mieć ze sobą aparat analogowy, tak stary jak czas jaki upłynął od mojego spotkania z Mendelsohnem w Gliwicach, ponad dwadzieścia lat temu.

Co zobaczyłem? Szarości, które rozpościerały się nad jeziorami. Były sine i wilgotne. Wyglądały na zmarznięte. Mleczna mgła otulała drogi, ustępowała łagodnie. Ostatnie oddechy jesieni listopadowej? Za mną uśpiony wciąż Olsztyn… potem Olsztynek…

Lasy i drzewa przy drodze lekko się kołysały pobielonymi koronami. Trawy przy drodze wysztywnione szronem… Czekały na słońce, które nie nadchodziło…

Do tego strzępy polskiej, najnowszej historii. Mijam zdewastowany, rewitalizowany (?) pałac Sobańskich w Guzowie. Znam takie miejsca. Wokół zarośniętego parku i poza bramą noszącą herb Junosza (baran na czerwonym polu), dawne czworaki. I te jak i pałac wybebeszone z życia i mieszkańców.  Pałac jeszcze w 1979 roku zagrał w nokturnowo-depresyjnym filmie Klucznik. Dzisiaj po prostu zmaga się z grawitacją i trzeba mocno się rozglądać, by poprzez sitowie stawu i drzewa parku zobaczyć z drogi jego sylwetę.

Skręcam. A1. Jadę dalej na południe.

***

[Olsztyn: 27 listopada 2015 r. –  wykład dedykowany nieznanej historii Domu Tekstylnego Weichmanna, Ericha Mendelsohna. Wkrótce powstanie książka? Mam taką nadzieję.

Podziękowania dla Fundacji BORUSSIA za organizację spotkania i pobytu w Olsztynie]

Zdjęcie macew lodowych ze strony:

Link: http://www.sztetl.org.pl/pl/cms/aktualnosci/2026,lodowe-macewy-na-cmentarzu-w-olsztynie/

Weichmann w Olsztynie (plakat spotkania)

Nieboskłon w Domu Oczyszczenia (Bet Tahara)

Lodowe macewy w Olsztynie (za portalem: Wirtualny Sztetl)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *