Podróż (1). Zdjęcia dwa

Nieznośmy upał. Teraz ogromna burza. Nawałnica. Nie wiem jak nazywa się stan odwrócenia tego, że więcej wody jest nade mną niż pod stopami? Nie ma Kanta,  by spytać kogoś o sens takiego zaprzeczenia prawa ciężkości.

Wcześniej Nowy Sącz. Bardziej niż gorąco. Chowam się w krótkim półcieniu rzucanym przez skąpe szczyty dachów.

Po raz kolejny, a jestem drugi raz w tym mieście, na witrynie sklepu ze starzyzną, pamiątki z Górnego Śląska. Dziwne i zaskakujące.

Tym razem moją uwagę przykuły dwa zdjęcia z… Chorzowa, a własciwie z Koenigshuette.

Atelier Paula Hildebrandta. Portrety Jej i Jego. Jak trafiły tutaj ich zdjęcia? Nie mogę tego pojąć. Mieszczanie z odległego Górnego Śląska  tutaj (ze mną). Wczoraj ja w Chorzowie, dzisiaj oni z tamtego miasta. Jak nie wierzyć w sens przyciągania się miejsc, ludzi i okoliczności?

Z drugiej strony jeśli pomyśleć o nomadycznej naturze niektórych fotografów z przełomu XIX i XX wieku, wożących ze sobą oprócz namiotu (ciemni), aparat, płyty szklane i statywu, czy zestaw teł na każdą okoliczność, to spotkanie z Paulem, fotografem z Królewskiej Huty, nie musi tak bardzo dziwić.

A może to śląscy, polskojęzyczni Żydzi, którzy w okresie międzywojnia przyjechali do Sącza i tutaj się osiedlili? Nie wiem.

Wdzięczny jestem przypadkowi, że natknęliśmy się na siebie tutaj. Setki kilometrów, które potrafią nic (na szczęście) nie znaczyć.

Ona i on. (Widziane w witrynie sklepu ze starzyzną) Wynurzanie (Portret symboliczny)

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *