Podróż (3). Anioł z Bardejowa

Podróż do Bardejowa. Deszcz narasta. Mimo to podróż ma w sobie coś z pikniku. Droga od Muszynki prowadzi krętymi drogami przez górskie przewyższenie, by potem ponieść w dół przez Przełęcz Tylicką w stronę Słowacji i mojego, tego dnia, Bardejowa.

Wcześniej mijam jedną z dziesiątek łemkowskich (kiedyś) cerkwi. Ta w Muszynce jest pod wezwaniem św. Jana Apostoła. Podobne do siebie. Cerkiew w Muszynce do tej w Tyliczu, ta do kolejnej widzianej wcześniej. Znaki nieobecności Łemków. No, poza Nikiforem w Krynicy. Obłaskawiony siedzi zastygły w spiżu na swoim(?), nieswoim murku i pewnie dziwi się, że nie tylko nikt nie kupuje jego obrazów, ale też „za frajer” robi sobie z nim selfie. Gdy patrzę na niego wspominam film Krzysztofa Krauzego i wiem, że tam (Nikifora w „Moim Nikiforze”) odnajdę.

Słowacja, granica. Kilka kilometrów i jest Bardejów.

Może dlatego ta atmosfera pikniku, bo pomimo pogody (powtarzam sobie, że mogłoby być gorzej), powraca, nieostro i trochę bezsmakowo, pobyt tutaj sprzed ponad dwudziestu lat. Miasto było inne, dogorywała Czecho-Słowacja, jednak wspomnienie miejscowego rynku, zabudowy wokół i bazyliki pod wezwaniem św. Idziego wryło się w pamięć. W dziwny sposób, a może z powodu braku czasu nie zapamiętałem, w pośpiechu dokonując wówczas objazdu po Kieżmakrku, Starej Lubowli i Lewoczy, że to średniowieczne miasto obsiadły makabrycznej urody osiedla z płyty, nazywane wtedy i wówczas pieszczotliwie, a może sarkastycznie panelakami. Są i wciąż stoją tu dzisiaj. Gdyby nie tamten kupiecki, królewski Bardejów, widok pudełek z betonowych płyt byłyby powodem do natychmiastowego opuszczenia tego postkomunistycznego, architektonicznego śmietnika.

Bardejów o wczesnym poranku to niemal kulisy wymarłego, kiedyś późnośredniowiecznego miasta. W istocie część zabudowy pochodzi z XVI i XVII wieku, ale nad przestrzenią ogromnego Rynku i tego co dzieje się w obrębie zachowanych murów średniowiecznych, dominuje bazylika mniejsza św. Idziego (z jednym z najlepszych zespołu nastaw ołtarzowych z przełomu XV i pocz. XV wieku) i nieco surrealistycznie wyrastający z podłogi rynku, prostopadłościan ratusza z początku XV wieku, nakryty równie potężnym dachem dwuspadowym.

Autentyzm tamtego Bardejowa? Tak jednak myślę przez chwilę i wrażenie takie jest ze mną tylko na pierwszy rzut oka. Z każdą kolejną minutą i godziną spędzoną w obrębie rynku nasila się moje odczucie lekkiego naciągania mnie na to, że to co oglądam, nie do końca jest tym co widzę.

Fasady z wyjątkiem kamienic mieszczących tutejsze muzea (czynne już od 10. rano) jakoś dziwnie rażą współczesną stolarką i bramami. Tynk też jakiś nie taki. To może dobrze, że miasto żyje i nie zamienia się w skansen, ale poziom „uwspółcześnienia” architektury kamienic okalających rynek mnie smuci. Właściwie dziwię się, jak miejsce takie (pomijając bazylikę i ratusz) może nadal tkwić na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Spacer po okolicznych uliczkach w poszukiwaniu kilku euro na gorącą kawę, uświadamia mi, że moje podejrzenia i to co widzą oczy, nie jest wymysłem, lecz smutną prawdą. Pod kilofem padają kolejne domy. W to miejsce powstają zabudowywania „na kształt i w manierze”, tego co było. Bloczki Ytongu odbierają nadzieję na spotkanie z historią.

Wpadam na ulicę Klastorską (Klasztorną), na końcu której widnieje gotycki kościół św. Jana Chrzciciela i trafiam na kolejne takie rekonstrukcje. Kilka fasad pozostało. Pośród kilku zachowanych, uderza mnie strzelista (ma przy całej powściągliwości porównania cechy fasady synagogi Izaaka z krakowskiego Kazimierza) synagoga (jednej z dwóch w mieście) miejscowej gminy żydowskiej. Powstała w 1929 roku, posiada (musze wierzyć tablicy na murze) oryginalne wyposażenie ruchome. Jest niestety za wcześnie by dzwonić po klucznika miejsca. Mimo to odczuwam wyjątkowy rodzaj emocji, gdy przez brudną i zakurzoną szybę drzwi od korytarza prowadzącego do synagogi, dostrzegam ten tłum postaci z archiwalnych zdjęć powieszonych na ścianach. W 1940 roku w Bardejowie, także ze względu na bliskość społeczności Żydów chasydzkich z dawnej Galicji, było ich 2441. Dzisiaj nie ma nikogo. I jest ta synagoga, najlepiej zachowana na Słowacji. To po bazylice św. Idziego, co najmniej drugi powód, by się tutaj zatrzymać na tych kilka godzin.

Odbijam się od drzwi bazyliki. Niestety, dzisiaj jej nie zobaczę. Muszą i wystarczą wspomnienia.

Miasto ma wciąż (pamiętam to także z austriackiej Opawy) swój galicyjski, cesarsko-królewski wyraz i klimat. Wąskie, ostatnie z autentycznych uliczki starego miasta.

W barze Parada  (o tej porze niewiele z nich jest otwartych) trafiam na tort Sachera i niemal wiedeński strudel… Niełatwy wybór. Małe expresso do tego… i pejzaż i miasto łagodnieje. Na kamiennej posadzce ktoś rozrzucił monety. Pochylam się (pewnie jak każdy, kto trafił tutaj po raz pierwszy) i nagle okazuje się, że każda z monet jest zatopiona w kamieniu,  w murarskiej zaprawie. „Chcemy, by goście do nas powracali” – słyszę. „Monety niech wydadzą na drogę do nas, skądkolwiek do nas przybędą”.

Żegna mnie oblicze bardejowskiego anioła. Przeglądam się w nim i odchodzę.

Bardejów (Bardejov, rynek) Widok na... (rynek, Bardejów)

Okna i wieloboki (fragment elewacji ratusza), Bardejów

Bazylika i ratusz (Bardejów) św. Idzi w amerykanskim planie (Bardejów, Słowacja)

Synagoga (Bardejów)

Ludzie, których nie ma (synagoga, Bardejov, Słowacja)

Modlitwa (cerkiew, Bardejów, 2015) Moneta

Dom, co został (Bardejów)

Anioł z Bardejowa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *