Podróż (8). Podoliniec

Droga do Kieżmarku. Po drodze spiski Podoliniec. Miasto, które przez wieki znajdowało się w granicach Polski, posiadało ścisłe związki z Krakowem. Dzisiaj jest nic nie znaczącym przystankiem w drodze na południe, do Popradu, Koszyc…

Po 1945 roku wywieziono stąd Niemców, Węgrzy mieli opuścić miasteczko dobrowolnie. Puste miasto, jak kiedyś krakowski Kazimierz zasiedlono „niepewnym społecznie elementem”.  Podoliniec zyskał więc zupełnie nową społeczność, niezwiązaną z miejscem i tradycją, nielubianych tutaj Romów. Żyją w przyciasnych domkach, piorą na ulicach, obłaskawiają obce im wciąż miasto, z zainteresowaniem obserwując każdego, kto (gdy obcy) pojawi się w okolicy. Gdy docieram do  muru dawnego kolegium i zastaję zamkniete drzwi ogrodzenia, jak z ziemi wyrasta stara kobieta. Romka, oferuje mi  za pieniądze doprowadzenie do bramy dawnego gimnazjum. Idę dalej i tuż za rogiem znajduję uchylony drzwi. Po drodze omijam dzieci grające w piłkę, rytmicznie odbijajace ją od ścian domków,  w których mieszkają. Kobiety piorą, pranie na rozwieszajac  wieszakach rozstawionych na rozpalonych słońcem uliczkach starego miasta. Mężczyzn nie ma. To znaczy są, kilka kroków dalej i już coś piją, skryci pod pstrokatymi parasolami jednej z dwóch tutejszych kawiarni.

Podoliniec paradoksalnie wygląda lepiej niż jeszcze 15., 20. lat temu, gdy tu byłem po raz pierwszy. Ale tu tylko pozór. Niskie, przycupnięte fasady kamienic przy rynku leżącym wprost na trakcie (a dzisiaj wyasfaltowanej drodze , która go przecina) wiodącym do Kieżmarku, pokryto warstwami styropianu, syntetycznych tynków, rynek w wielu miejscach pokryła betonowa kostka. Na szczęście i w poszukiwaniu autentyzmu miejsca, znaleźć można tych kilka  fasad, które przy kolejnej wizycie zmienią się nie do poznania, niestety. Przy jednym z takich domów dostrzegam głośniki miejskiego radiowęzła. Nagle czuję się jak w Czechach. I wiem, że w pierwszą środę miesiąca wydrą się sygnałem alarmowym, a potem  popłynie z nich powolne odliczanie, by sprawdzić, czy wszystko jest w porządku i że system działa. Takie mimowolne przypomnienie dawnego porządku miejscowego świata.

Zbliżanie się do Podolińca sprawia mimo to radość dla oczu. Pejzaż miasteczka upstrzony jest nietypowo licznie zgrupowanymi wieżami kościołów (w Podolińcu znajdowało się kolegium pijarskie, którego absolwentem był między innymi Stanisław Konarski), ratusza, dzwonnicy i szczytami baszt murów obronnych. Nieważne, że po zbliżeniu się do nich okazuje się, że tu i ówdzie wciśnięto między nie pawilony handlowe, żywcem przeniesione z głębokiego komunizmu. Są tak anachroniczne i tak brzydkie, że nawet obecni i tutaj Chińczycy, ambasadorowie zreformowanej komuny, nie chcą w nich handlować.

Robię kilka zdjęć, nagabywany przez kolejnych mieszkańców o to czy tamto (chyba nikt się tutaj nie zatrzymuje, więc każdy obcy to jakaś okazja do zarobienia). Jadę dalej. W oddali Tatry. Odległe i piękne.

Rynek w Podolińcu

Milcząca (dzwonnica) (Podoliniec)

Ukrzyżowanie (relief na ścianie kościoła NMP w Podolińcu)

Stare i nowe (Podoliniec) Przed zmianą (Podoliniec)

Wieże kolegium (Podoliniec) Kolegium

Romskie zaufki. W tle dawne gimnazjum pijarów (Podoliniec)  Niebiesko-białe (Podoliniec)

Tatry (okolice Podolińca)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *