Podróż Georga

Pociąg, którym podróżował Georg powoli wtoczył się na dworzec. Na peronie dostrzegł napis Kattowitz. „A więc to już ten Śląsk” – pomyślał. Za nim były setki kilometrów i jego Lwów, a właściwie Lemberg, tylko tak myślał o mieście, które wczoraj opuścił. Lipiec 1941 roku miał być początkiem jego nowego życia.

Ojciec nie był zadowolony z jego decyzji. Nic nie mówił, gdy oświadczył w domu, że zgłosił się na ochotnika do formacji SS. Nie mogli pojąć dlaczego. Pomimo tego, co im mówił.

A tłumaczył przecież, że kilka dni wcześniej jak wielu innych, Niemców, Polaków, Ukraińców, odwiedził kolejne lwowskie więzienia NKWD we Lwowie. I to w dawnym klasztorze Brygidek, i to na Zamarstynowie i przy ulicy Łąckiego. Wszędzie trupy, rozprute bagnetami ciała. Prasa pisała o siedmiu tysiącach bestialsko zabitych więźniach w ostatnich dniach i godzinach obecności Sowietów we Lwowie.

To była chwila, moment. Postanowił walczyć z tą komunistyczną zarazą, jak pisano. Wziąć udział w krucjacie przeciwko komunistom. Tak właśnie postanowił i to spowodowało, że w kilka dni później pojawił się w punkcie werbunkowym. Po selekcji otrzymał przydział  i wezwanie do punktu zbiorczego na Dolnym Śląsku. Jechał do kraju, do Starego Reichu. Ojczyzny, której tak naprawdę nie znał. Kraju jego praojców, on Niemiec od pokoleń mieszkający na wschodnich rubieżach Cesarstwa Habsburgów, a potem Rzeczpospolitej, kraju, którego język, jako pierwszy w rodzinie musiał się uczyć. Trochę nie wiedział po co, bo w domu i we wsi niemal wszyscy mówili tym „ich niemieckim”. Innym od tego jaki był w szkole, ale nie miało to dla niego znaczenia. On rocznik 1912 przemówił jako [pierwszy w rodzinie po polsku. Po nim przyszli inni. Bracia Peter, Johann, Rudolf. Niemcy urodzeniu już w Polsce, która przyszła do nich, choć wcześniej jej nie było, a jednie matka Austria…

Podróży w rodzinie nie odbywano wiele. Właściwie, poza tą w XVIII wieku, to w ogóle nie podróżowali. Pilnowali ziemi i domu. Wtedy gnani głodem i nędzą opuścili rodzinny Pfalz i po wielomiesięcznej podroży, na drodze której pojawił się i Ulm i piękny Wiedeń, osiedlili się w Galicji.

Miejsce to w niczym nie przypominał jego przodkom stron rodzinnych, ale dawało ziemię, dom i szansę na to, że w domu nie będzie już głodu.  Osiedlili się w pobliżu Lwowa, nazywanego wtedy Lemberg. Miejsce było piękne, założone na niewysokich pagórkach, z płynącą w dolinie rzeką. Oczyma wyobraźni już widzieli pasące się nad jej brzegiem i pobliskich łąkach bydło. Byli sami. Niemieccy kolonizatorzy. Oni katolicy, a kilka kilometrów dalej luteranie. Taki system, by swoi mieszkali ze swoimi. Tak zostało do 1939 roku. Potem wszystko się wywróciło, ale na opowieść o tym przyjdzie czas później.

Zakładali wieś od fundamentów. Skromne niskie domy budowane bokiem do drogi. Wzdłuż niej nasadzane drzewa owocowe, by cała wspólnota mogła z nich korzystać. Posadzili je zanim zbudowali domy. Długo rosną, więc niech rosną, mówili, podczas gdy oni stworzą w tym miejscu coś, co choć trochę przypominać będzie im rodzinne strony.  Münchental. Tak nazwali to miejsce i od tego czasu to była ich ojczyzna, daleka od tamtej, zostawionej, porzuconej, bo nie dała im szczęścia. Mieli nadzieję znaleźć je tutaj.

Tak była historia Georga, zanim podjął swoją podróż do kraju, którego nie znał, choć od wielu lat mówiono mu i innym Niemcom, że tylko ta ojczyzna jest ważna, że jest ich i ich potrzebuje.

Nie wszyscy zresztą tak to widzieli. Rudolf, młodszy brat,  już od trzech lat mieszkał w Lemberg, o którym chętniej mówił Lwów i wszystko wyglądało na to, że bliżej mu do Polski, niż do ich prawdziwej ojczyzny. W domu martwiono się jego losem. Ojciec już wielokrotnie go ostrzegał, że związek z Polką, to głupota i zdrada. Języka, tradycji i historii ich Niemców tutaj, zwłaszcza ich trwania przy niemczyźnie i pamięci, że są Niemcami. To ostatnie zresztą przypominano im dość często przed 1939 rokiem. Rudolf powinien to wiedzieć najlepiej, że nie warto być takim ni to Polakiem, ni to Niemcem. Kpiono z jego polskiego. Przypominano, że z powodu swojego pochodzenia przez cztery lata od 1934 roku, nie mógł znaleźć nigdzie zatrudnienia. Bezrobotny Niemiec. Wstyd! W końcu wrócił z podkulonym ogonem do rodzinnego domu i pomagał w rodzinnej kuźni. Nie miał specjalnego talentu do tego zajęcia, ale miał wreszcie na chleb i na co tam potrzebował. W 1938 roku dostał pracę na kolei we Lwowie, no i wtedy spotkał Marysię… Dzisiaj, gdy trzeba na nowo określić kim się jest, to głupie i niebezpieczne taki związek. Polka w rodzinie? To kłopot. Nie chcieli kłopotów. Życie osadników nauczyło ich, że im mniej w ich życiu urzędników, tym lepiej.

***

To początek opowieści o losach Niemców na Kresach II Rzeczypospolitej. Nie wiem, jak często i czy na pewno na blogu będę publikował jej kolejne odcinki.

Jeśli tak będzie, to mam nadzieję, że ułoży się z tego opowieść o społeczności, która wraz z II wojną światową i tym co nastąpiło po 1945 roku przestała istnieć. Pozostały po niej cmentarze rozrzucone na terenie dzisiejszej Ukrainy Zachodniej, domy i… drogi obsadzone drzewami owocowymi. I losy. Dziwne, nielogiczne. Zakończone na polach Stalingradu, a wcześniej w wagonach deportacyjnych wywożących ich w 1940 roku lub w obozach przejściowych w 1945 roku w różnych strefach okupacyjnych, na terenie pokonanych Niemiec, by zniknęli z pola widzenia i zapomnieli o tamtym życiu. W Polsce zapomniano o nich jeszcze szybciej. Wyklęci, odrzuceni lub uwiecznieni w literaturze jako zdrajcy. Taki ich obraz uwiecznił Wańkowicz, pisząc o wrześniu 1939 roku.

Historie, które wciąż czekają na opowiedzenie. Może kilka opowiem tutaj…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *