Pożegnanie

W podziękowaniu Tondzie

i ludziom, których spotkałem na tej drodze

 Mrużenie oczu…

Wąska droga prowadzi mnie wciąż wyżej i wyżej. Konsekwentnie zakręt i kolejny. W dole, za mną Opawa i czas jaki tam spędziłem. Upalny dzień czerwca zaskakująco mocno przypomina tamten kwietniowy dzień, gdy rozpocząłem swoją ponad roczną emigrację.

Inne to jednak emocje, inne Czechy, Śląsk Czeski za mną. Zdecydowanie przestał być enigmatycznym pojęciem odległego pogranicza, peryferii Górnego Śląska, leżacym gdzieś tam „za Raciborzem”. Jest chyba odwrotnie, a pytanie o peryferie nie doczeka się tutaj dobrej i satysfakcjonującej odpowiedzi. Bo czy tym „krańcem” Górnego Śląska jest Opawa, siedziba i miejsce pochówku Przemyślidów, czy odległe Katowice (potraktowane tutaj symboliczne) wciąż nie umiejące się wybić na samodzielność oglądu własnej historii…?

Lubiłem kościół św. Ducha. Był tam w chwilach niezwykle trudnych. Także wtedy, gdy każdego dnia (a był taki czas) w tym miejscu łączyłem się z zupełnie innym światem, zanosząc beznadziejne jak się okazało, swoje prośby o cud.

Ludzie.

W oczywisty sposób taki  rok pozwala na wypełnienie każdej takiej (nostalgicznej) opowieści, o tym co było setkami twarzy, rozmów, uśmiechów, pytań poniesionych przed siebie i wzruszeń. Przekraczanie granicy było wyzwoleniem, zwieraniem paktu o normalizacji stosunków ze światem. Za tym być może będę tęsknił. Czechy to doświadczenie, że życie potrafi być istotnie stanem zadziwienia, że jego uroda jest nieprzemijająca i wciąż tej emocji ulegamy.

Jadę. Mijam miejsca, które utraciły swoją anonimowość. Mógłbym policzyć drzewa mijane po drodze dziwiąc się, że choć jednego brak, tak dobrze znam tę drogę. Kaplica, przy której tradycyjnie się zatrzymuję, nurza się w morzu dojrzewających zbóż. Cennymi kamieniami w jej otoczeniu są czerwone płatki kwitnącego maku.Połyskują dzisiaj w słońcu.

Nie wiem jak opisać i jak pokazać to wielkie niebo, które tutaj zdaje się być naprawdę niezwykłe, gdy zawisa ponad rozległym horyzontem Bramy Morawskiej. Nie mogę wyzbyć się odczucia, że widok ten napełnia mnie podobną nostalgią do tej, którą odczuwam gdy mijam oddalone wieże kopalniane o których wiem, że widzę je po raz ostatni i wkrótce będę musiał zawierzyć swojej pamięci, że były. Dziwne zestawienie zupełnie niepasujacych do siebie obrazów…

Zatrzymuje mnie pociąg. Stacja Racibórz Markowice. Miejsce. Ławka. Mam wrażenie, że przed chwilą widziałem na niej dwoje ludzi. To pewnie tylko pozór, a strzępy rozmowy i gesty wykonane, to obrazy pozornie ożywiające to miejsce, gdy zmrużam oczy i literacko pozwalam dziać się scenom, jakich to miejsce zapewne widziało setki? Choć czy na pewno?

Na pobliskiej latarni przysiadł na moment potężny bocian. Był tutaj rok temu. Jestem mu za to głęboko wdzięczny. Dodaję go do inwentarza istot i rzeczy zostawionych. Stan się zgadza, mogę jechać dalej…

 Bez tytułu

bez tytułu

Pejzaż nostalgiczny (okolice Rohova)

Kościół św. Ducha (Opawa)

Ławka dla dwojga

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *