Przekraczanie rubikonu (9). W ósmym niebie

W ósmym niebie z Archibaldem Motley

To był wyjątkowy czas. Epoka jazzu, toksycznego życia nocnego, które powoli wyniszczało, choć współcześni, jak żona Francisa Scotta Fitzgeralda, Zelda, nie mogli sobie wyobrazić życia innego jak to zanurzone  między jazzem, morfiną i właśnie morzem wypijanego alkoholu. Wyobrazić i… innego przeżyć. Myślę o tamtym czasie i patrzę na jeden z obrazów, który  namalował Archibalda Motley’a. Bo jest w nim jazz, rozedrganie i szaleństwo czasu właśnie.

To co prawda obraz pod tytułem Blues (1929), a nie jazz, ale poza tym wszystko się zgadza. Przed naszymi oczyma wnętrze paryskiej „Petit Café” w pobliżu wieży Eiffla i Lasku Bulońskiego, a w niej tańczący i gęstniejący tłum. Czarne postaci i miejscowa bohema uczestniczą w czymś, co współcześni nazywali Le Bal Nègre. Ekscytujące spotkanie kultur, ras i dźwięków w kosmopolitycznym Paryżu. To jedna z tych kultur , a właściwie subkultur miejskich, którą poza Chicago, Paryżem i Meksykiem, odnaleźć można w malarskim świecie Archibalda Motley’a, bohatera wystawy. Archibald Motley. Jazz Age Modernist

Oglądam obrazy i jestem pełen pretensji, że jak większość adeptów europejskiej historii sztuki poznaję go tak późno i nic o nim nie wiem.  Europocentryzm historii sztuki na kontynencie. Porażka. Plusem jest może to, że tutaj patrząc najpierw widzę, a dopiero potem, jak typowy historyk sztuki obudowuję obraz tekstami, opiniami innych, filtrem krytyki.

Motley to przedstawiciel Chicago Black Renaissance – ruchu artystycznego, który wpisywał się w szerszy nurt New Negro Movement (Ruch Nowych Czarnych), zjawisko artystyczne lat dwudziestych, trzydziestych 20. wieku we wciąż wtedy rasowo ksenofobicznych USA.

Tworzyli go artyści czarnoskórzy (w dominującej części pochodzący z Nowego Jorku, z Harlemu). Ich sztuka była pierwszym takim (śmiałym, awangardowym w formie)  opisaniem rzeczywistości z perspektywy Afro-Amerykanina, a wtedy po prostu amerykańskiego Murzyna, po raz pierwszy dumnego ze swego pochodzenia, zainspirowanego światem, w którym wyrastał, stającego w opozycji do świata białego człowieka. Sztuki, która  podejmowała wątki relacji świata Białych i Czarnych, kwestie rasizmu, tolerancji, czy na koniec awansu społecznego Afro-Amerykanów. Był to także pierwszy taki ruch artystyczny, w którym do głosu doszli twórcy wykształceni na akademiach sztuk pięknych (sam Motley studiował na School of Art Insitute Chicago), stypendyści europejskich uczelni. Bywalcy Paryża, Londynu czy Berlina.

Wystawę oglądam na ósmym piętrze Whitney Museum w Nowym Yorku i już wiem, że z tego spotkania wyjdę odmieniony i że trafiłem nie na ósme piętro, a do ósmego nieba (sztuki) powstałej na przecięciu się czegoś co znam i co w symbolicznej dawce pobrzmiewa w obrazach Archibalda Motley’a. To świat prozy F.S.Fitzgeralda, muzyki Gershwina, prymitywistów afrykańskich i francuskich kolorystów, czy niemieckich ekspresjonistów. Na Śląsku, gdy widzę Motley’a przypomina mi się Willy Heier i jego radosny rysunek Jazz – taniec Murzyński, jaki znajduje się w gliwickim muzeum. Tutaj, gdzieś w tle tego malarstwa są Edward Hopper, Thomas Hart Benton, czy Reginald Marsh. Współcześnie docenieni, choć i  Motley wcześnie doświadczył uznania publiczności. On jednak, w przeciwieństwie do wymienionych, naprawdę „używał” awangardy. Był zdecydowanie nowocześniejszy. Formą, kolorem, treścią.

Archibald Motley przywołuje w malarstwie świat, do którego z oczywistych wówczas powodów nie miał przystępu biały człowiek. Od czasu ukończenia uczelni w 1918 roku, jego obrazy to  albo rewelacyjne (nie boję się użyć tego określenia) portrety jak w przypadku Octoroon Girl (Dziewczyna w 1/8), 1929) albo sceny rodzajowe, w których dochodzi do wydobycia na światło dzienne mrocznych bądź po prostu niezwykłych i nieznanych scen z życia wspólnot czarnoskórych społeczności Chicago, Nowego Jorku (The Liar/Kłamca, 1936). Sceny te tworzy zresztą w bardzo wyjątkowy sposób. Odchodzi w takich przypadkach od realistycznego ujęcia, rezygnuje z posiadanych kompetencji malarza Akademii (choć wykazuje się nimi raz po raz jak miedzy innym w Autoportrecie/ Self-portrait lub Myself at Work, z 1933) i tworzy obrazy pełne nastroju, rytmu, deformacji.

W bardzo świadomy sposób Motley poszukiwał pewnego rodzaju klucza interpretacji emocjonalnej dla bohaterów swoich obrazów. Tak wspominał powstanie kompozycji do obrazu Kłamca: „Usiadłem w kącie baru, koło stołu bilardowego, i jedynie co widziałem to kolorowi, którzy tworzyli niezwykłą scenę i widowisko”. Motley nie traci witalności swoich postaci i scen przez kolejne dekady. Gdy patrzę na obraz Gorący rytm / Hot Rythm, 1961), po raz kolejny jestem zachwycony tym, jak kolor i atmosfera / nastrój podporządkowuje sobie realizm tej sceny. Przenika ją chicagowski ‘hot jazz’, a jego rytm nie pozwala nam mentalnie, a może i fizycznie stać spokojnie przed płótnem.

Archibald Motley w podobny sposób uplastyczniał wiejskie i ludyczne sceny w Meksyku, pokazywał urodę nabożeństw w kościele Zielonoświątkowców (The Holly Rollers/ Święci opętańcy, 1929). Był, sam będąc gorliwym katolikiem zafascynowany ekstatycznymi ruchami wiernych, a jego płótno przenikają śpiewy gospels, czy natchnione słowa kaznodziei…

Świadomie prymitywizuje, staje się na naszych oczach malarzem naiwnym (np. niemal dziecięco naiwne obrazy z cyklu Caliente). Choć nie zawsze. Jest na wystawie jeden, jedyny obraz, który z perspektywy nieba przenosi nas do ziemskiego piekła. To poruszający, symboliczny obraz Pierwsze Sto Lat/ First One Hundred Years (1969-1972), który jest metaforą relacji rasowych i kulturowych w USAPrzywołane w podtytule do obrazu słowa Jezusa na Krzyżu z ewangelii św. Łukasza (Łk. 23) Wybaczcie im bo nie wiedza co czynią, stanowią tekstowe dopełnienie obrazu Motley’a, w każdym sensie (użyta obficie czerń) odbiegającego od błękitnych i niebieszczących scen wczesnego okresu chicagowskiego w twórczości malarza.

Tym obrazem, choć trudno się pogodzić z faktem, by miałby być syntezą i znakiem na „do widzenia” jego  twórczości, kończy się wystawa na ósmym piętrze Whitney Museum of American Art…

Przed kilkoma godzinami nieznany, a teraz już mój. Może dlatego, że jak pisała Annie Leibovitz (choć odnosząc to do fotografii) There is nothing stranger than truth.  Istotnie, to prawda nakreślona i wydobyta z chaosu świata emocjami (zupełnie inna jednak od barbarzyńskiej i często krwawej kreski niemieckich ekspresjonistów) otwiera nam oczy na świat, którego przed Motley’em nie było.

Tytuł (fragment aranżacji wystawy w Whitney Museum of American Art, New York) Fragment ekspozycji

Fragment Autoportretu (1933)

Dziewczyna w 1/8 czarna / Octoroon Girl, Archibald Motley (1925)

Fragment wystawy. Obraz Blues (p.) Kłamca (Liar) fragment obrazu

Gorący rytm/ Hot Rhythm, 1961

Holy Rollers (fragment)

Plaza del Toros (fragment obrazu, cykl: Caliente)

Pierwsze sto lat... A. Motley

***

Co: Archibald Motley:JazzAge Modernist

Gdzie: WhitneyMuseum of American Art

Kiedy: 2.10. 2015 – 17.01. 2016

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *