Sabaudzkie piekarnioki. Zapiski z Sabaudii (4)

Wszystko zaczyna się w środę. Małe samochody dostawcze, rozmaitych kooperatyw dowożą drewno do rozsianych po tutejszych wsiach i miasteczkach wolno stojących piecach chlebowych. Potem zaczyna się rozpalanie, tak by je lekko przepalić, oczyścić z brudu i sadzy.

Do rozpalonych komór trafia mąka pośledniej jakości. Te z sieciówek, niecenione i traktowane jak środek czyszczący. Rozsypywana, spalając się, mąka pochłania wszystko to, co zostało po poprzednim piątkowo-sobotnim wypiekaniu chleba.

Rozsypywana w  kolosalnym brzuchu chlebowego pieca, najpierw brązowieje, potem zamienia się w sadzę i jest wymywana przez jednego z piekarzy. Tkanina jaką ma na końcu długiego kija szybko zmienia się szmatę i staje się kompletnie czarna, podobnie jak woda w wiadrze, w którym jest raz po raz płukana.

Tak oczyszczony i wstępnie rozgrzany piec, jest pozostawiony w spokoju do piątkowego późnego popołudnia, gdy po raz kolejny piekarze pojawiają się ponownie i powoli, mozolnie palą w piecu kolejne szczapy i sążniste kawałki drewna. Magazynowane ponad i obok pieca, drewno szybko znika w czeluściach paleniska. Zapada zmrok. Ponad wlotem do piekarnika rozbłyska światło.  Praca nie ustaje. Nad ranem, a może jeszcze nocą (kwestia definicji tego, czym jest noc a czym świt w tym przypadku), gdy kamienie piekarnioka już palą w dłonie, do wnętrza pieca trafia wyrobione ciasto. Jak na obrazach Breughlów przynoszone jest przez rosłych piekarzy w okolice pieca na potężnych drewnianych stolnicach. Są ciężkie.  Widzę wysiłek na ich twarzach. Wrzecionowate formy ciasta leżą na deskach równo ułożone, wstępnie wyrosłe (wyłącznie na zakwasie). Na potężnej łopacie szybko znikają w czeluściach piekarnika…

Wokół piekarnioka od samego rana rozchodzi się zapach świeżo wypieczonego chleba…

Przywiedzeni jego aromatem w okolice piekarnioków od rana przybywają  mieszkańcy wioski i ci wszyscy, którzy cenią sobie świeże i niczym nie ulepszane pieczywo. Kolejne bochenki rozchodzą się niczym świeże bułeczki… Przyjeżdżają i znikają kolejni klienci. Miejscowi unoszą pieczywo do swoich domów. To okazja do spotkań, rozmów. Degustacji chleba na miejscu i małej lampki domowego wina.

Renesans w wypiekaniu chleba, powrotu do tradycyjnych receptur, datuje się tutaj od około dekady. Wraz z nim prawdziwe odrodzenie przeżyły zaniedbane od wielu lat gminne chlebowniki. Często ulokowane są w pobliżu tutejszych lavoirs.  Tak symbolicznie jak i geograficznie wyznaczają centra lokalnego życia.

***

Gdy je zobaczyłem po raz pierwszy w oczywisty sposób przypomniały mi górnośląskie piekarnioki i tak nazywałem kolejne, mijane w Górnej Sabaudii, wolno stojące budynki mieszczące  chlebowe piece. Piekarnioki były bardzo często widziane w podwórzach domów na Górnym Śląsku. W nich  kobiety (w Sabaudii to zdecydowanie zajęcie dla mężczyzn!) wypiekały kołocze oraz domowy chleb. Pięknie przypomniała ich istnienie i rolę jaką odgrywały w życiu wspólnot górniczych Małgorzata Szejnert, kreśląc w Czarnym ogrodzie (2007), pejzaże Nikiszowca i Giszowca, a w nich skąpane w dymie i zapachu świeżego chleba i ciasta, owe piekarnioki właśnie.

Gdy myślę o tych podobieństwach zadziwi mnie nie to, że z małymi wyjątkami ślad po piekarniokach niemal bezpowrotnie zaginął na Śląsku, a tutaj pozwolono im trwać. Do tych strat się przyzwyczaiłem, niestety. Sabaudia to nie Górny Śląsk, choć i tutaj (to kolejne podobieństwo) i dobywano węgiel i wytapiano rudy żelaza. W pobliskim Ugine wciąż funkcjonuje jedna z najstarszych stalowni w regionie, spadkobierczyni 19.wiecznych hut żelaza. Jej wyroby o kształtach lanych w żelazie balustrad i ogrodzeń zdobią kamienice i domy we wszystkich miastach, które zwiedziłem.

Bardziej zdumiewa mnie to, że miejsca geograficzne tak odległe od siebie, potrafi tak wiele łączyć i formy życia wspólnotowego powtarzają się lub posiadają zbliżone formy i trwanie.

Ale i  w tym przypadku szczerze mówiąc, to umiarkowany stan zadziwienia. Ilekroć bowiem tak się dzieje, przypominam sobie ten moment, kiedy studiując „wieki temu”, reprezentacyjny portret sarmacki, „odkryłem” jak niezwykle podobne do niego malarstwo portretowe powstawało na przeciwległych kresach Europy, w odległej Szkocji. Niepojęte i jak wiem, do dzisiaj nieodgadnione związki.

Zostawiam te myśli i koncentruję się na doznaniach najprostszych.

Jest miejscowe wino, ciepłe jeszcze pieczywo i masło. Jest też kawałek fromage de Taimé. Reszta jest rozcieranym na podniebieniu i nieco łapczywie przełykanym zachwytem nad istnieniem sabaudzkich piekarnioków

Sabaudzki piekarniok (Doussard, Sabaudia, Francja)

Przed rozpaleniem (Doussard, Sabaudia) Zanim będą użyte (piekarniok, Doussard)

Piekarniok (1) (Doussard) Piekarniok (2) (Doussard)

Czyszczenie piekarnika (Doussard, Sabaudia) Czyszczenie piekarnioka (Doussard)

Ciasto trafia do piekarnika (Doussard)

Narodziny chleba (Doussard, Sabaudia)

[zdjęcia wykonane w miejscowości Doussard, koło Annecy; październik 2016]

2 komentarzy do “Sabaudzkie piekarnioki. Zapiski z Sabaudii (4)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *