(Nie)Szczęście świata

Szczęście świata

No jestem nieco rozczarowany. Z kilku powodów.

Nie jest nią, nieco spowolniona narracja kreśląca atmosferę dusznego lata 1939 roku. Znam ją i w jakimś  sensie bliska jest ona opowieściom tkanym w takich filmach Bernardo Bertolucciego jak „Pod osłoną nieba” (1990), czy w „Ukrytych pragnieniach” (1996). Patrząc na film Michała Rosy „Szczęście świata” (2016), powraca do mnie też klimat „Kroniki wypadków miłosnych” (1986, reż. A. Wajda) według prozy Tadeusza Konwickiego. I teoretycznie wieszczy to dobry początek dla filmu, którego kulminacją scenariuszową jest historia o tym, co przyniesie zmiana, która gdzieś „wisi” w powietrzu. To jednak za mało.

Takie opowiadanie w filmie tym bardziej wymaga więcej niż powołanie do życia postaci, które wypełniają kadry tego filmu. Te są w tym filmie zbyt papierowe, choć mają swoje pasje i namiętności.

Reszta recenzji będzie więc jak opis filmu, którego nie widziałem, a który sobie mogę wyobrazić patrząc na dzieło Rosy.

Śląsk w 1939 roku

Początkowo w filmie uwodzić nas może obraz Górnego Śląska (gdzieś zawieszony w okolicach Katowic, Chorzowa i Rudy Pawłowice), okresu międzywojnia i nie dziwi nagroda za scenografię, jaką przyznano filmowi podczas gdyńskiego Festiwalu Filmu Polskiego, latem 2016 roku.

Potem jednak owe kulisy to za mało, by wypełnić opowieść emocjami. Uczciwie też powiem, że jeśli wcześniej odwoływałem się do dzieł Bertolucciego (w istocie klimatu napięcia, jaki niosą), to właśnie w sferze scenograficznej mam wciąż niedosyt owych obrazów Górnego Śląska. Oglądam ułomki tamtego świata i rozumiem, że budżet na więcej nie pozwalał. Intymizm obrazów we wnętrzach (tu scenografia bardzo staranna, historycznie adekwatna) jest raczej emanacją świata zewnętrznego, którego nie widzimy, a którego zapowiedź niósł film w pierwszych kadrach.

Polak, Niemiec, Żyd(-ówka), no i Ślązak też

Najbardziej jednak dotyka  mnie schematyzm postaci jaki nam film serwuje. I Irytuje. Nie wiem, czy opowieść o tym czym jest sąsiedzka obojętność, wycofanie się w obliczu zagrożenia życia, musi być nakreślona przez tak przewidywalne postaci. No jest w tej grupie też Ślązak. Po prostu. Nie Ślązak-Niemiec, Ślązak- Polak. Ciekawe, odważne, aktualne. No, ale odchodzę od głównego wątku.

Jest zatem lekko upadła femme fatale, malowany ptak tej opowieści, jak napisałby (być może) o głównej bohaterce filmu – Róży, Jerzy Kosiński. Róża (i tutaj uderzamy w cała paletę stereotypów i kliszy) jest Żydówką o płomienistych, rudych włosach, wyraźnie nie pasującą do swoich sąsiadów. Choć może i jej, i ich ekscentryczność to coś, co ich łączy.

Róża żyje zatem na pierwszym piętrze owej kamienicy – metaforze, tego czym jest Górny Śląsk  w 1939 r. –  ów narodowościowy i społeczny przekładaniec. To też Śląsk pozostający w oczekiwaniu na nieunikniony zmierzch Bogów.

Róża żyje intensywnie (w sferze emocji i doznań) i kocha, i pije wino, smakuje życie, jest świadoma tego, że jednych mieszkańców kamienicy fascynuje i pociąga, innych (głównie panie) niepokoi.

To ona uświadamia im potrzebę zatrzymania się w życiu, smakowania go. Podważa matematyczną logikę uporządkowania świata od punktu A do punktu B (w ciekawy sposób, ofiarą i przykładem tego myślenia jest Ślązak, pasjonat matematyki, windziarz ogarnięty pasją docierania do prawd bezwzględnych i policzalnych).

Niesłyszana przez otoczenie (choć podsłuchiwana przez sąsiadów i upajająca ich zapachami swego ciała i kąpieli, które urządza), bezgłośnie wieszczy kres świata, który znają. Ona i jej sąsiedzi. Choć tylko ona zdaje się wiedzieć że to świat, który jej nie ocali i w którym po raz ostatni wybrzmią słowa w jidysz. Póki co (jest lato 1939 r.) błądzą jak mowa szaleńców po ścianach mieszkań, nim zamilkną.

Sąsiadów kataklizm nieco zmieni, przesunie na mapie kamienicy, którą zamieszkują… Ją unicestwi.

PUSTKA, gdy brakuje szczęścia

No i tyle. Sekwencja tego, co dzieje się przed 1939 rokiem, znajduje rozwinięcie w wojennej i powojennej historii tej mikrospołeczności. Jest to swoiste  „postscriptum” do pierwotnej historii (jest nią  swoiste śledztwo dziennikarskie, jakie prowadzi inny z bohaterów filmu).

Tym rozwinięciem obrazów, uczuć i zdarzeń 1939 roku, jest PUSTKA po Róży-Żydówce, a może przede wszystkim Żydówce-Róży. Cięcie. Koniec (filmu, jak lubiła dodawać kinematografia radziecka).

Wiemy jak Róża znika, „widzimy to obrazami” przywołanymi po latach. Jest rok 1940 roku, kiedy bezskuteczne szuka ratunku wśród sąsiadów, prosi o obecność, o dobre słowo i towarzyszenie jej w ostatniej drodze. Potem jest gestapo i śmierć.

Żydzi górnośląscy. Historia wciąż nienapisana

Nie po raz pierwszy widzę, oglądając ten film, jak niełatwo jest opowiedzieć historię anonimowych ofiar Holokaustu (na Górnym Śląsku).

Historię, tych którzy nagle(?) znikali. O których nikt się nie upomniał. Ktoś zajął ich mieszkanie, ktoś inny nie podał ręki w potrzebie i… był spokój. Do czasu. Taki czas zawsze odżywa, wspomnienia powracają i irytacja, że duchy ofiar Holokaustu nas dopadają. I szczęście świata znika. Czy ten rodzaj współodczuwania niesie z sobą film?

Śmiem i chcę wierzyć, że z podobną myślą, chciał nas zostawić scenarzysta.

Nie wiem, czy historia którą zbudował, jest dość dobrze opowiedziana, byśmy w to wszystko uwierzyli. Podobnie jak w to, że Polak błądzi i nie znajduje szczęścia (romantycznie kochając i nie kochając), Niemiec jest nazistą lub na nazizm skazany, a Ślązak to istota uwikłana w swoją nieskomplikowaną naturę. Żydówka też została obsadzona  stereotypowo, bo i ruda i lekko dekadencka, i stanowiąca zakazany owoc dla swoich sezonowych miłośników. Trochę za dużo tych obrazów prostych, jak na sceny o symbolicznym wymiarze…

Ktoś miał napisać, że film Michała Rosy, to taka polska „Amelia” (1991, reż. Jean-Pierre Jeunet).  No nie wiem. „Amelia” była filmową bajką o tym co nazwałbym wartościami, które nas konstytuują. Czynią  z nas i przywracają w nas człowieka. „Szczęście świata” to raczej opis świata, w których ich nagle zabrakło.

Antybajka zatem?  Może dlatego  postaci też nieco mniej atrakcyjne, z gruba skreślone? Film pozostanie. Wyznaczy drogę lepszym? Może. Oby.

Katowice. Dworzec kolejowy (repr. za A. Siermontowski-przed-1934 r.)

Magiczne, zielone oko

Dziadkowi

„Trzy gwiazdy” 1939 roku…

Tak pisały o nowym sezonie produkcyjnym 1938/39 Polskie Zakłady Philips.  Tymi gwiazdami były najnowsze odbiorniki radiowe holenderskiej firmy, a pośród nich radioodbiornik Philips Typ 6-39A

Specjaliści w broszurach z tamtego czasu rozwodzili się nad zupełnie nowymi w tych urządzeniach lampami radiowymi zwanymi potocznie czerwonymi. Radioodbiorniki roku ostatniego nie były tanie. Typ 6-39A kosztował 380 ówczesnych złotych polskich, co stanowiło równowartością ponad 70 dolarów USA (średnia pensja wynosiła ok. 250 zł).

Nie było to więc tanie radio. Typ  6-39A był jak inne nowości tego sezonu wciąż superheterodyną, typem radia wynalezionym w czasach Wielkiej Wojny przez Amerykanina Edwina Howarda Armstronga. Notabene dziwny to i niezwykły wiek 20., w którym to samo nazwisko noszone przez różne osoby wyznacza milowe dokonania człowieka…

Jedna z takich „gwiazd” ze stajni Philipsa po ponad siedemdziesięciu latach trafiła w moje ręce. Kupiłem ją na targu staroci, nie znając się na radioodbiornikach (tak już pozostało) i skuszony raczej wyglądem odbiornika, niż jego technicznymi walorami. Wkrótce zresztą okazało się, że orzechowa skrzynka i miedziane okucia czoła radioodbiornika miały się zdecydowanie lepiej niż to, co wciąż znajdowało się w jego środku.

Stał przez lata milcząc.

Nie potrafię pisać obojętnie o radio.

Wyrosłem na radiu (choć w czasach gdy przychodziłem na świat nikt nie śmiał odmieniać go inaczej jak radio, radio etc.), więc tym bardziej nie wyobrażałem sobie, że bym mógł skazać je na wieczne milczenie. W mojej świadomości obrazy przywoływane przez radio, były wspomnieniem magicznego zielonego oka, które po nagrzaniu się wszystkich lamp radiowych radia mojej babci, rozbłyskało i potem towarzyszyło przy wyszukiwaniu kolejnych stacji. Było w każdym odcieniu i intensywności wyświetlanej zieleni. Istotnie magiczne, wyjątkowe.

Stanowiło nić między tym co było gdzieś tam hen i nie wiadomo jak daleko, a mną  i moim dziadkiem, który ze mną siadywał przy odbiorniku. Celebra, cisza, a potem oczekiwanie i…  z wolna potężniejący głos płynący z głośnika. No i te nazwy na skali radiowej. Obietnica istnienia świata, gdzieś tam nie wiadomo jak daleko i nierealnie.

Po długiej naprawie moje radio niedawno powróciło do mnie.

Zieleń oka rozjaśniała i wróciły tamte, uśpione emocje… i głęboki dźwięk superheterodyny…

Moje radio (Philips typ 6-39A)

Nostalgia jako choroba oczywista. Słowo na wtorek (7)

Krążymy wokół przeszłości żywiąc się nią, czerpiąc z sentymentu za minionym. Inspirację, łagodzenie (wciąż) strachu przed wchodzeniem w nowy wiek.  W czasy, które okazują się mniej oczywiste od tych jakimi spodziewaliśmy się, że będa. Z jej pomocą chcemy zrozumieć siebie jakimi jesteśmy dzisiaj? To podobno typowe dla cywilizacji żyjących na przełomie wieków.

To potrzeba umuzealnienia rzeczywistości, zobaczenia z czego wyrastamy i zrozumienia co nas ukształtowało?

Dostrzegam dziwną tendencją w tym, że w kulturze europejskiej to przeszłość, a nie przyszłość nas pociąga. Dzieje się tak, bo ta pierwsza pozornie należy do nas? Bo możemy ułożyć ją na obraz i podobieństwo własne? Jedynie „odszczepieńcy” i „szaleńcy” przyjmują inny tok myślenia i zakładają Stany Zjednoczone Ameryki lub budują życie  na wygnaniu. Nie na długo. Pierwsze co  robią to przywołują formy sprzed ich wielkiego wybuchu, sprzed zmiany. Pewnie dlatego stare miasteczka Australii i Tasmanii tak bardzo przypominają swoim wyglądem osady osiemnastowiecznej i wiktoriańskiej Anglii.

Koniec historii nie jest w istocie jej zamknięciem. Budujemy własną każdego dnia zapatrzeni w przeszłość, choć tego nie wiemy.

Gdy dotykają nas takie zdarzenia jak rok 1914, 1939 lub inne  cywilizacyjne i zbiorowe „pęknięcia” w ciągłości historii, to przeszłość właśnie wydaje się być tym jedynym stałym i (pozornie) pewnym punktem odniesienia.

Portret przywoływany