„Żegnaj mój Śląsku”

dedykowane

Ofiarom Tragedii Górnośląskiej 1945

W dziwny sposób Ziemia Święta i Palestyna odżyła we mnie dzisiaj. Lubię ten rodzaj koincydencji. Nagłej, nieco absurdalnej i poruszającej do głębi.

Uciekając przed zimnem zaglądnąłem do księgarni z tanią książką.

Po chwili wywołany na zewnątrz odgłosami orszaków jednego z Trzech Króli, wyszedłem na ulicę, dźwigając pod pachą album Stanisława Markowskiego, Kazimierz. La ville juive de Cracovie. 1870-1988. Tak, to wersja francuska książki. Polskiej nie mieli, no i górę wzięła i ta cena, i te zdjęcia, co w środku.

Nie mogłem się oprzeć jej lekturze i już wkrótce, gdy siedziałem przy ogromnej szybie restauracji na ul. Brackiej, pochłaniałem obrazy tamtego Kazimierza. Biednego, magicznego, nieistniejącego. Poruszałem się ze znawstwem po ulicach Izaaka, Meiselsa (znanych mi od końca lat osiemdziesiątych 20. wieku). Robiłem 70 lat wstecz i  wpadałem na Szeroką, by zobaczyć handlarzy karpiem, którego w pobliskich domach sprawnie sprawiano na przepyszną, szabasową gefilte fish…

Kazimierz za sprawą tej książki ma swoją opowieść o jednostce czasu, która ilustruje bycie i nie-bycie wspólnoty Żydów Krakowa. Górny Śląsk wciąż takiej nie ma. Wkrótce to zmienię.

To co jednak poruszyło mnie do głębi, to zacytowany w albumie wiersz Mordechaja Gebirtiga z 1940 roku, Żegnaj mój Krakowie. Do tego momentu wierzyłem, że bardziej właściwe jest nie-mówienie o Kazimierzu, gdyż jak pisano o nim „Tej pustki nic nie wypełni. Niech życie uszanuje jej ciszę” (Bogdan Frymorgen, Kazimierz bez słów, Kraków 2011).

Pomyślałem (krew rozgrzewała już gorąca herbata i może stąd śmiałość i odwaga myśli), że to nie-prawda. Może (przy całej umowności i oczywistym, symbolicznym charakterze  abstynencji werbalnej, którą deklaruje Frymorgen),  słowa wobec takiej historii i o takich miejscach  wymagają jedynie (?) większego wysiłku, by je odnaleźć, wymyślić? Trudu wydobywania ich z historii zbrukanej, zapomnianej lub po prostu lekceważonej?

Śląsk ma podobny problem i jak u Gebirtiga słyszę, te wersy skargi – wiersza, który wielu Ślązaków mogłoby napisać (w swoim nienapisanym wierszu z 1945 roku). (To swobodna trawestacja słów poety z Kazimierza, których tutaj użyję):

„Żegnaj mój Śląsku,

gdzie pochowani są mój ojciec i matka,

(…) lecz spocząć obok ich kości

nie moim będzie przeznaczeniem”

 [Kraków, 6 stycznia 2017 r.]

Obraz w kolorze sepii

Przemierzam z lubością plaże i wydmy między Łazami i Unieściem.

Zdjęcia wyposażają mnie w obrazy, gdy już będę daleko od miejsca, miejsc.

Retuszują rzeczywistość i wzbudzą tęsknotę.

Przystań morska w Unieściu i złożone na brzegu kutry są  sentymentalnym przypomnieniem obrazów z dzieciństwa. Na plażach Ustki, Łeby spotykałem żółto-niebieskie łupiny rybaków. Pachniały rybami, odorem suszących się sieci… Może zresztą nie widziałem tych sieci rozwieszonych na plaży, tylko mam w oczach bromowe zdjęcia Haliny Holas-Idziakowej z rybakami kroczącymi wzdłuż morza i niosącymi na barkach sieci… A do tego pocztówkowe zdjęcia Zofii Rydet znad morza, które nieudolnie naśladuję?

Woń dochodząca z kutrów w innych warunkach nieznośna, wtedy i teraz pozwala wpisać ją w kompozycję zapachu miejsca. Jest w nim aromat eterycznych olejków sosnowych, słonawo-wietrzny posmak morza, smród rozkładających się wodorostów i… zapach witaminy D, gdy słońce jak oszalałe świeci dzień w dzień, a ogorzała skóra chłonie kolejne dawki promieniowania…

Gdy trafiam do wsi Osieki po drugiej stronie Jeziora Jamno, powraca historia. Pisana dramatami. Historiami alternatywnymi. Osobistymi.

Wusseken, bo tak kiedyś nazywała się ta wieś, została zajęta w marcu 1945 roku.

Przypomnieniem losów wypędzonych, przepędzonych i uciekinierów i wreszcie tych, którzy tu mieszkali przed godziną zero, jest cmentarne lapidarium założone na miejscu nieistniejącego cmentarza ewangelickiego z 1800 roku. Kamienne tablice tego co z niego zostało po 1945 roku złożono niedawno w obrębie pozostałości pomnika poległych w Wojnie światowej z 1928 roku.

U podstawy kamiennego miecza odnaleźć można nazwisko rodziny Hildebranda, ostatniego właściciela wsi i dworu. Fragmentem tej samej opowieści z przeszłości jest bryła XIV-wiecznego kościoła, kiedyś ewangelickiego. Dzisiaj wyznacza pomorską drogę do Santiago de Compostela. Młyńskie kamienie wbudowane w jego wieżę są jak znaki z przeszłości, których nie potrafię do końca odczytać.

Staję na brzegu jeziora…

Kolory niemal same przyjmują tonację sepii. Cofnięcie czasu? Obraz tego co było i tego co jest nakładają się na siebie… Stunde null, gdzieś pomiędzy nimi…

Poziomy i piony (Unieście) Destrukty (Unieście)

Wspomnienie (Unieście) Czerwone /Reds

Miecz (Pomnik poległych w Wojnie Światowej; Osieki)

To co zostało (lapidarium cmentarne, Osieki)

Hildebrand (frgment pomnika, Osieki)

Camino (fragment elewacji kościoła, Osieki) Znak (Osieki - kościół, fragment elewacji)

Widok w kolorze sepii (Jezioro Jamno)

Śląsk 1945 dzisiaj

Byłem wczoraj, po raz pierwszy, na obchodach Tragedii Górnośląskiej 1945 roku.

Tuż obok mnie. W Żernicy. Obok Gliwic, miejsca w którym wyrosłem. W oficjalnym przekazie historycznym i tym nieoficjalnym domowym,  nie było miejsca na słynny rozkaz numer dwa. I o tym co nastąpiło potem.

Dziennika księdza Franza Pawlara wiem, że rozkaz ten wydrukowano na papierze w kolorze zielonym.  Może to przypadek, a może przez to bardziej sie odcinał na ulicach górnośląskich miast i osad. I pozostał w tym pejzażu Śląska na dekady. Wypalił, zniszczył. Odebrał nadzieję, połamał ludzi i ich życiorysy. Doprowadził do rodzinnych tragedii.

Tragedia Górnośląska była jednym z tych momentów z historii Górnego Śląska, którą planowano umieścić w obrębie wystawy stałej w nowym Muzeum Śląskim.

Patrzę na powstające pomniki i determinację w utrwalaniu pamięci o Tragedii Górnośląskiej, na potrzebę przelania łez serdecznych i zapalenia światła, za tych którzy nie powrócili.

Widziałem wczoraj trwajace wzruszenie osieroconych dzieci górnośląskich. Choć dzisiaj mają po 70 i więcej lat, wciąż pamięć tamtych zdarzeń porusza ich do głębi. Lista opłakiwanych jest długa. Nazwani i przywroceni pamięci, wreszcie. Z imienia i nazwiska. Jest ich już ponad 38 tysięcy. Wciąż rośnie.

Myślę w takich chwilach, że mamy do czynienia z czymś, co choć jest więcej niż dramatyczne, dzisiaj w zupełenie nieoczekiwany(?) sposób kształtuje czas współczesny i przyszłość.

Tragedia Górnośląska buduje tożsamość miejsca i ludzi, którzy mogą i potrafią siebie nazwać Górnoślązakami.

Wyrośli z tamtego doświadczenia, tamtego cierpienia i ofiar. I mam nadzieję, że nie pozwolą na to, by po raz kolejny pamięć tę im odebrano, pisano za nich historię, dumę i godność kwestionowano. Dzielono ich i wykorzystywano przeciwko sobie.

Bez tytułu (Żernica, 31 stycznia 2016 r.)

Znaki i godzina zero

Opawa ma kolosalne problemy z pamięcią.

Gdy dzisiaj świętuje się tu rocznicę 1945 roku, pisze się i mówi o „umarłym mieście” i  „godzinie zero”. Zero, czyli wcześniej czy potem niczego nie było? Co umarło? A co zostało?

Spacer po ulicach miasta, które przetrwały tamten czas uświadamia, że z pamięcią nie byłoby tak może źle, gdyby dokładniej rozejrzano się dookoła.

Są kościoły, które nie są świątyniami,  puste i zamknięte kościoły, do których nie wejdziemy. Ślady komunizmu i negowania wszystkiego, co było.

Na ścianach domów przeczytamy wypisane cyrylicą ogłoszenia o kwarantannie do 1 lipca… 1945 r.? Napisy nieczytelne z godziny „zero”. Jakiej zero skoro są?   Istnieją. Zostały.

Nie potrafię przejść obojętnie koło budynku przy nieistniejącej synagodze (a był jej częścią) nie patrząc na cegły noszące ślady ludzkich dłoni. Odciski sprzed godziny „zero”. To też null, nic, bo ich nie ma, bo milczą świadkowie i budowniczy?

Relief będący pochwałą tego co było po 1945 roku, sąsiaduje z reklamą dawnej wytwórni neonów, tak samo nierealnych jak „prawda” socrealistycznej propagandy. Potykam się o znaki, tyle ich wokół. Tylko ja je widzę?

Opawa naznaczona. Przed i po godzinie zero…

Kwarantanna

Rosjanie napisali (1945)

Ślady dłoni (sprzed 1945 r.)

Relief (lata 50-te XX wieku)

Zgasły neon (lata 60-te XX wieku)

Wpółotwarte drzwi

Widziane przez kraty (wnętrze jednego z opawskich kościołów)

Spotkanie z Panem Kosmitzky

Był rok 2003, gdy po raz pierwszy przygotowywałem Gliwickie Dni Dziedzictwa Kulturowego (GDDK). W ramach uruchomionej przez nas akcji gromadzenia pamiątek z obiektów wyznaczonych do prezentacji w ramach GDDK, doszło do wyjątkowego spotkania w gabinecie fajkowym („brązowym”, „tytoniowym”, „koniakowym”; nie wiem czy sam Oscar Caro byłby zadowolony z tej wielości nazw jego gabinetu) w Willi Caro.

Tego sierpniowego dnia, owym niespodziewanym gościem muzeum był Josef Kosmitzky, ostatni, żyjący kelner z Domu Górnośląskiego (Haus Oberschlesien). Odnalazł się po lekturze artykułu w miejscowym dodatku do Gazety Wyborczej, w którym prezentowaliśmy szczątki zastawy pochodzącej z jednej z restauracji znajdującej się w dawnym Haus Oberschlesien.

Joseph Kosmitzky, bo tak nazywał się nasz bohater, miał w 1945 roku 16 lat i w istocie był praktykantem kelnerskim w podupadającym hotelu „Haus Oberschlesien”, niegdysiejszej dumie niemieckich Gleiwitz.

Gdy pojawił się w moim gabinecie, dzierżył w dłoni swoją książeczką pracy i był mocno wzruszony. Mówił z mocnym niemieckim akcentem. Wówczas opowiedział mi, nie o początku wojny, lecz o ostatnich jej dniach, gdy każdego styczniowego poranka 1945 roku, na piechotę przychodził do centrum miasta, do pracy, której po ludzku nie chciał stracić. W „Haus Oberschlesien” pracował od 1944 roku. Gdy 24 stycznia 1945 roku trafił ze swojej Wójtowej Wsi do śródmieścia, budynek już płonął…

W jego wspomnieniach, główną przyczyną pożaru hotelu nie było szaleńcze palenie dokumentacji miejscowej komórki NSDAP i jej materiałów propagandowych przez sowiecką soldateskę, lecz opilstwo żołnierzy Armii Czerwonej, którzy dostali się do nadal dobrze zaopatrzonych piwnic „Haus Oberschlesien”.

Pijani, Sowieci puścili z dymem wraży budynek w równie wrażych, niemieckich Gliwicach. W ten sposób Kosmitzky stracił miejsce pracy i przez kolejne lata ukrywał się, nie przyznając się do pracy w „Haus Oberschlesien”, kulinarnej i hotelowej legendzie Gleiwitz. Tak, na wszelki wypadek.

Przez kolejne lata pracy w Gliwicach natrafiałem na ślady po dawnym „Haus Oberschlesien”. Zdjęciami spalonego budynku dysponował Jerzy Lewczyński (jak się okazało pochodzącymi z dokumentacji, jaką przygotowano, opracowując dokumentację remontu i adaptacji budynku w 1946-1947 roku).

W miejscowych antykwariatach i sklepach z antykami znajdowałem, a to sztućce, a to talerze z zastawy hotelowej. Jedna trafiła w moje ręce w odległym Krakowie.

Wszystkie te znaleziska trochę przeczyły tezie o jednoznacznym i bezwzględnym rabunku żołnierzy radzieckich. Jak się okazało, część przetrwała powojenną zawieruchę i jak ów dziurawy półmisek prezentowany na wystawie podczas GDDK w Gliwicach w 2003 roku, przez kolejna lata, aż do jego zupełnego zużycia, służyła miejscowym smakoszom kuchni i solidnej, platerowanej zastawy…

Ruiny dawnego Haus Oberschlesien. Lata 40-te  XX wieku.

Dawny Haus Oberschlesien po odbudowie i adaptacji na początku lat 50-tych XX wieku. Gliwice (reprod. pocztówki S. Polony-Polonskiego)

 

Światy zaginione. To miejsce nazywa się Lipina, a nie Lippein.

Czy znacie i pamiętacie początek filmowej opowieści o „Ostatnim samuraju” w reżyserii Edwarda Zwicka, z 2003 roku?  Jest taki hollywoodzko romantyczny… Nieco tani, ale jakże skutecznie działał na Japończyków…

Narracja, wyjaśniając to tym, którzy filmu nie widzieli, ma pozory nawiązywania do mitologii japońskiej i rozpoczyna się, historią o tym, że najważniejsze z wysp japońskich narodziły się z… czterech kropel krwi, które spadły do morza z samurajskiego miecza…

Piszę o tym i myślę, nad dobrym i symbolicznie wymownym początkiem opowieści o tysiącach biednych chłopów z terenów południowych państw niemieckich (dominowali ci napływających z Pfalzu i Kraju Saary), którzy w drugiej połowie XVIII wieku wyruszali w świat, podążając na Wschód najpierw lądem, a potem przesiadali się w Ulm na tzw. tratwy ulmskie i płynęli Dunajem do Wiednia. U celu tej części ich wędrówki, owe liche barki rozbierano i stawały się tanim materiałem opałowym dla mieszkańców stolicy cesarstwa. Palenie tratw byłoby może tym właściwym i dramaturgicznie atrakcyjnym obrazem końca i początku drogi kolonizatorów na Wschód… ku Orientowi… Może?

Z Wiednia wędrowali ku nieznanemu im światu, w którym mieli znaleźć wszystko to, czego zabrakło dla nich w ojczystych stronach. No, może poza nietolerancją i biedą. Tej ostatniej mieli po ludzku dosyć i było jej na pewno w nadmiarze…

Oczyma wyobraźni widzę więc ich wozy, ciągnione przez jednego, dwa konie, żłobiące koleiny na wiejskich drogach. Od wozu do wozu, w dialekcie palatynackim, toczono rozmowy o tym, co będzie…  Wozy z trudem unosiły resztki ich starej egzystencji. Zaczynu końca i początku, który był przed nimi. Dialekt zresztą zostanie z nimi do końca. Czasami do 1940 roku, gdy na mocy porozumienia Hitler-Stalin będą opuszczali tereny zajęte przez wojska sowieckie w 1939 roku wracając do „starej ojczyzny”, w surową zimę 1940 roku. Lub stanie się to później – w 1945 roku, gdy finał wojny definitywnie zakończy i ich egzystencję w tej części Europy.

Skąd się wzięli w Europie Środkowo-Wschodniej?

Ta wędrówka ludów z krajów niemieckich i związana z nią kolonizacja, zainicjowana została przez patenty, najpierw cesarzowej Marii Teresy z 1774 r. a później patent tolerancyjny wydany przez cesarza Józefa II z 1781 r. Ten pierwszy pozwalał na osadnictwo niemieckie, ale tylko rzemieślników i to na terenie miast. Miał przyciągnąć do cesarstwa wysoko wykwalifikowaną siłę roboczą, osadników, którzy mieli podnieść standard życia i poziom rozwoju cywilizacyjny w zaniedbanych i nowo pozyskanych (m.in. po rozbiorze Polski) regionach cesarstwa. Cel nie został osiągnięty, bo bogaci rzemieślnicy i kupcy nie chcieli zmieniać ani miejsca ani stylu swojego życia… W ich miejsce pojawili się ci biedniejsi i wyzuci z praw…

Drugi patent, inicjujący kolonizację, zwaną józefińską, znosił ograniczenia patentu cesarzowej Marii Teresy i pozwalał na osadnictwo rolne wszystkich zainteresowanych. W ślad za nim wprowadzona została zasada tolerancji religijnej, co oznaczało w praktyce napływ m.in. niemieckich protestantów na tereny katolickiego cesarstwa Habsburgów.

Patent józefiński tylko w latach 1782 – 1785 przyciągnął na przykład na obszar kolonizacyjny Galicji 3.216 rodzin liczących 14.669 osób. Ludzi wystarczająco przedsiębiorczych i zdeterminowanych, by pozostawić wszystko za sobą i dotrzeć do stolicy cesarstwa i tam, wyposażonych w niezbędne środki pieniężne i dokumenty nadające im grunty, zabudowania i zwierzęta gospodarskie, gotowych podjąć ostatni etap wędrówki i zasiedlić m.in. słabo zaludnione obszary Galicji, Moraw, czy okolice Ołomuńca, Brna, Bielska i terenów na południe od Krakowa. Częścią oferowanych im nowych warunków życia, były także  kilkuletnie zwolnienia ze służby wojskowej, ulgi podatkowe.

Takim miejscem kolonizacji z tego okresu, jest niewielka osada Lipina (niem. Lippein) założona przez osadników z południowych Niemiec w 1783 roku, dzisiaj odległa część miasteczka  Štáblovice, tuż koło Opawy. Trafiłem do niej kilka dni temu.

Do wioski, podobnie jak w Galicji, czy Bukowinie, prowadzą wywodzące się z tamtych czasów wąskie drogi obsadzane drzewami owocowymi, dającymi cień wieśniakom i kiepską strawę wojskom cesarskim, gdy z tego czy innego powodu wędrowały po cesarstwie.

Do Lipina wiodą drogi wysadzane czereśniami. Są małe, ale smaczne. Sprawdziłem. To kolejne już drzewa. Zastąpiły te pierwsze sadzone w XVIII wieku. Jak tamte, tak i te lubią nasłonecznione stoki, po których wspinają się drogi prowadzące to tutejszych miejscowości, a więc i do Lipin, do których jadę. Kolejne miejscowości zdradzają ten sam, powtarzalny układ osadniczy. Są poprzedzone „rybnikami” (niem. Fishbach; stawami służącymi całej wspólnocie) i główną drogą, przy której wznoszono zabudowania gospodarskie. Każda zagroda, w układzie nazywanym łańcuchowym, wznoszona była na własnym łanie wykarczowanego pola, który odchodził od głównej drogi… Przy głównej drodze wznoszono kościół i inne budynki, które jak szkoła, czy karczma, wyznaczały rytm życia osady…

Wszystko to wciąż można znaleźć w dawnej osadzie Lippein. Są i ustawione krótszymi bokami do drogi domy pierwszych osadników (w wariancie szczytu murowanego i zbudowanego z drewna) i dawne zagrody, kryte trwałym i malowniczym łupkiem. Jest katolicki w tym przypadku kościół pw. Św. Krzyża, otwierany tutaj raz do roku, w czerwcu dokładnie, by kościół na powrót i na chwilę, był domem Bożym… W środku, wyposażenie, które w mimowolnym geście współczesnych mieszkańców Lipina (a może jednak świadomym?),  jest dowodem na to, że to, co było; język niemiecki, tamta tradycja i tamci ludzie, mogą być punktem odniesienia dla budowania czeskiej historii tej osady.

U skrzyżowania dróg wystrzeliwują w niebo, dwie ogromne tuje, ocieniając pomnik wzniesiony w 1918 roku ku pamięci tych, co zginęli w Wojnie Światowej 1914-1918 roku. Nazwiska, widoczne coraz słabiej, uświadamiają, że nawet kamień nie jest w stanie oprzeć się upływowi czasu… Blaknąc, unosi w zaświaty pamięć o Joachimie, Karlu, Franzu…

Osada została opuszczona przez niemieckich osadników po 1945 roku. Nowe, często oznaczało drastyczne i poniekąd zabawne zmiany. W ten sposób miejscowa karczma przestała być karczmą, bo szybko okazało się, że zwłaszcza zimą, nowi mieszkańcy wsi upijali się do nieprzytomności i tracili poczucie rzeczywistości, opierając się m.in. kolektywizacji lub wątpiąc w dobrodziejstwo nowego ładu społecznego.  Sytuacji tej nie zmieniła zamiana karczmy na dom kultury. I ten zamknięto…bo wszyscy… wciąż pili…

Dzisiaj jest to miejsce wyjątkowe. Podlega ochronie konserwatorskiej. Jest blisko i równocześnie daleko położone od Opawy. Stąd w jej  istnienie można byłoby wątpić gdyby nie fakt, że z pobliskich wzgórz, od XIX wieku malarze widoków Troppau (Opawy), wybierali miejsce do tworzenia swoich najpiękniejszych wedut. Tych najbardziej słynnych i ukazujących urodę miasta, wciąż i nadal uwodzącego przybysza wystrzeliwującymi w niebo wieżami kościołów i kamienic.

W Lipnie dzisiaj mieszka się głównie latem, na zimę powracając do Opawy. Ale są i tacy, którzy, choć nie stać ich na utrzymywanie zabytkowych domów, nie chcą się stąd wyprowadzić za żadną cenę. Jeden z mieszkańców, szmaciarz i zbieracz żelastwa (tak, tak, są i tacy), powiedział mi po prostu i krótko, „Tu się urodziłem. Tu żyję i tutaj chcę umrzeć”. Rozumiem, że miejscem odejścia z tego świata, może być  dom, z okien którego widać wzgórza Jeseników, a za oknem nie ma nic, co byłoby obietnicą czegoś piękniejszego i bardziej osobistego.

Czereśniowa droga...

Lipina dzisiaj... 1867 (data fundowania kościoła, fragment cokołu fasady)

Kosciół św. Krzyża. Lipina (2014)

Pomnik poległych w Wojnie Światowej.

Zdjęcia wciąż blakną i blakną (inna pisownia miejscowości - Lippin)

Drewniane szczyty... Lipina. Historyczne zabudowania. Łupek, cegła, kamień... Droga. Lipina (2014)

Jeden z najstarszych domów z poczatku kolonizacji. Po renowacji (2014) Lipina. Jeden z najstarszych domów.

Tak się tutaj budowało. Tak zostało. Łupek, cegła, kamień, tynk... Stare Lippein... (2014)

A za wzgórzami Opawa... Padał deszcz

Zmierzch szlachty śląskiej

Dzień nieco senny, pada. Właściwie padało jeszcze przed chwilą. Miejski teatr w Goerlitz wypełnia gęstniejący tłum. Kilka znajomych postaci. Widzę z oddali Nikolausa Grafa von Ballestrem. Pamiętam, jak jego pierwsze wizyty w Gliwicach (w Willi Caro, w Pławniowicach) elektryzowały miejscowe środowiska. Była to, z jednej strony, postawa zaciekawienia, z drugiej, pewnego niepokoju, co z tych wizyt może wynikać (z pewnością taki rodzaj emocji nie opuszczał kustoszy gliwickiego muzeum, gdzie znakomita część obiektów znajdujących się na wystawie stałej pochodzi ze zbiorów pławniowickich, poczynając od słynnej kolekcji herbacianych czajniczków). Tymczasem były to przede wszystkim swoiste podróże sentymentalne, wyprawy do źródeł, które niestrudzony Nikolaus Ballestrem organizował dla rozgałęzionej i rozproszonej po całym świecie rodziny. Były tam i osoby z Niemiec, ale też z Francji, Argentyny, USA. Z onieśmieleniem wypełniali salą bankietową Willi Caro i sycili się wspomnieniami z przeszłości. Wdzięczni, ze pamięć i tych kilkadziesiąt przedmiotów ocalało.

Podobny im tłum wypełnił foyer teatru w Goerlitz. Von Richthofenowie, von Donnersmarckowie, von Eichhornowie… Tłum nazwisk i postaci reprezentujących przemijającą historię arystokracji i szlachty na (Górnym) Śląsku. Zgromadziła ich wystawa zorganizowana w Goerlitz, Legnicy i we Wrocławiu poświęcona historii szlachty właśnie na Śląsku (i na Górnych Łużycach). Podczas spotkania otwierającego wystawę zadziwiająco dużo mówiono o historii, dużo mniej o tym, kim są dzisiaj i co wnoszą do życia społeczności, które przyjęły ich po zawierusze 1945 roku. Odchodzą? Są zjawiskiem bardziej historycznym, niż przynależą do współczesności? Może dlatego.

Wydarzeniem, które z pewnością zasługuje na wspomnienie tutaj jest bardzo ciekawy film dwóch autorów, wywodzących się z Górnego Śląska i od blisko 30 lat mieszkających w Niemczech: Andrzeja Klamta i Ronalda Urbanczyka „Gloria & Exodus. Geschichte des Schlesischen Adels”. Film jest nieco ponad godzinną opowieścią o historii śląskiej szlachty i interesującym dokumentem, w którym wypowiadają się ci, którzy jeszcze żyją lub – przynależąc do kolejnego (często ostatniego) pokolenia – postanowili dać rodzaj świadectwa (subiektywnego to jasne) o przeszłości własnych rodów.

Film ma trafić do dystrybucji w Polsce (czeka na polskie napisy dialogowe) i mam nadzieję, że tak się stanie. Jest tego wart. To jeden z powodów, dla których nie będę o nim tutaj opowiadać, ani go dogłębnie recenzować. To raczej garść wrażeń i kilka niemal cytatów, które z całości dokumentu zapadły w mojej pamięci po jego obejrzeniu w sali Muzeum Śląskiego w Goerlitz.

Film – i to jego istotna zaleta – opowiada o faktach, których już w inny sposób nie poznamy, bo mówią o nich ci, po których nie będzie już nikogo, kto będzie mógł te historie wiarygodnie powtórzyć.

Dokument przynosi takich opowieści bardzo wiele. Między mówi opowiada o tym, jak innym z perspektywy dziecka, a nawet dorastającego nastolatka, był rok 1945 (wspomina o tym Gregor Henkel von Donnersmarck), kiedy dotąd nieosiągalni i emocjonalnie oddaleni rodzice (zastępowani w swoich obowiązkach przez nianie i inne osoby), nawiązywali bardzo bliskie relacje ze swoimi dziećmi. Te, jak się okazuje po latach, między innymi z tego powodu, zupełnie inaczej przyjmowały to, co było końcem ich dziecięcego świata na Śląsku, ich rajem utraconym…

Co oczywiste i nie może dziwić, film przypomina, że arystokracja śląska nie była jednorodna, że granice podziałów przebiegały wzdłuż linii przynależności do kościołów ewangelickiego (Dolny Śląsk) i katolickiego (Górny Śląsk), definiowane były przez stosunek do państwa pruskiego, a losy niektórych rodów na zawsze zdeterminowane były stopniem ich skoligacenia z innymi rodzinami arystokratycznymi w Europie.  W tym ostatnim przypadku tragiczna historia rodu von Hochberg, o której wspomina Bolko Książe von Pless, Graf von Hochberg, oznaczało w istocie upadek i niemal całkowite wymarcie rodziny.  Przy okazji czy wiecie, kto ze szlachty przybywając do Wrocławia (Breslau) zamieszkiwał w hotelu „Monopol” (tej samej sieci, której bardziej prymitywna wersja wzniesiona została w Katowicach), a kto w hotelu „Savoy”? No właśnie. Bez obejrzenia filmu nie będziecie tego wiedzieć…, a podpowiem, że wprost dotyczy to owych podziałów właśnie.

W filmie padają też ważne słowa. Będę łaskawie przyjęte w Polsce. Wrócę tutaj do Gregora Henkel von Donnersmarck. Przyjaciel Jana Pawła II i Benedykta XVI odważnie mówi o jednoznacznej winie samych Niemców za utracenie swoich małych ojczyzn na (Górnym) Śląsku. Bo milczeli, bo byli częścią społeczeństwa, które popełniło określone czyny (zaniechania także) i w konsekwencji samo stało się ofiarami rozpętanego i zaakceptowanego (nawet, jeśli milcząco) zła nazizmu.

Film nie oskarża, gdy pokazuje zrujnowane pałace Tiele-Winklerów, nieistniejące siedziby Donnersmarcków… W jakimś sensie pogodzeni są – i główni bohaterowie i opowiadający nam tę historię autorzy filmu – z faktem postępującego zacierania się obecności szlachty śląskiej w historii i współczesnym życiu Śląska. Zacierania pamięci lub jej mitologizowania; równie szkodliwego.

Historia arystokracji daje asumpt do pokazania trudnej, zawężonej i w jakimś sensie więcej niż tradycyjnej roli kobiet w tym środowisku. Wywołuje wręcz, w moim przypadku, rodzaj aroganckiego przekonania, że to, co chciały i co mogły robić, nie było tym, o czym marzyły lub do czego mogły po ludzku tęsknić i aspirować.

W istocie pozbawione były bliskich relacji z własnymi dziećmi, którymi nie mogły zajmować się na co dzień, realizowały bardziej aspiracje mężów i rodów, niż własne.  Często odnajdowały sens swego życia społecznego wyłącznie w działalności charytatywnej, jako jedynej akceptowanej przez otoczenie (przy tej okazji przypomniana zostaje wspaniała postać matki Ewy z Miechowic, w istocie Evy von Tiele –Winckler). Arystokratki śląskie; taka nienapisana her-story, o której tylko pośrednio dowiadujemy się z tego filmu.

Wiele interesujących wątków w tym filmie, ale też sprawy nieco przemilczane. W istocie dość enigmatycznie mówi się w o udziale szlachty w wysiłku zbrojnym III Rzeszy. Teza o tym, iż  „było to konieczne i niechętnie przyjmowane”, przegrywa  i staje się więcej niż wątpliwa, gdy zestawić ją z losami rodziny von Moltke i historią Krzyżowej.

Zdecydowanie zabrakło mi potencjalnie fascynującego fragmentu o kulturotwórczej roli arystokracji na Śląsku, o mecenasie artystycznym, o siedzibach, kolekcjach sztuki…

Jak powiedziałem wcześniej bardzo dobrze, że ten film powstał. Paradoksalnie, o czym wiedzą sami jego bohaterowie, historia szlachty śląskiej jest dzisiaj bodaj ważniejsza dla tych, którzy przyszli na Śląsk, niż dla tych, którzy z niego odeszli. Odejście najczęściej oznaczało niepogodzenie się ze stratą i zapomnienie. Szlachta śląska doświadcza własnego końca w Niemczech. Jest tematem nieistotnym. Przedmiotem zainteresowania bardzo wąskiej grupy osób (stąd m.in. trudności ze sfinansowaniem produkcji filmu).  Zasiedlenie Śląska (Dolnego) wywołuje u „nowych Śląskich” potrzebę jego odkrywania. Dla mieszkańców Górnego Śląska to, po latach zakłamywania historii, konieczność i potrzeba zmierzenia się z (po części) własną historią rodzinną. Także po to, by odpowiedzieć sobie na pytanie, na ile historia ta jest ważna dla tożsamości współczesnego mieszkańca Górnego Śląska, dla Ślązaka. Mieszkał obok siedzib szlachty, pracował dla niej, w ich pałacach, fabrykach, przędzalniach.

Film powinni, na co nie liczę, obejrzeć także wojujący adwokaci sprawy polskiej na Górnym Śląsku; wojujący głupio i nacjonalistycznie. Może, w co nie wierzę, nauczą się, że mówienie o historii odpowiedzialnie i uczciwie jest szansą, by ktoś chciał jej wysłuchać i budować: przebaczenie, zrozumienie i wzajemny szacunek.

Bolko Szczęśliwe powroty. Von Kuester w Łomnicy / Lomnitz Gregor

Pani na Pałacu Morawa (Dolny Śląsk) Guidotto (von Henckel. Fuerst von Donnersmarck) Nikolaus

Ślązacy. Niania von Donnersmarcków

Dzieciństwo. Klatka z dokumentu. Obrazy, jak ze snu. Świerklaniec (Neudeck) Ogrody nieistniejące. Świerklaniec przed 1945 r. Obrazy zagubione. Neudeck/ Świerklaniec

Mity i piękne postaci. Matka Ewa (Eva von Tiele -Winkler) w środku zdjęcia.

Pokaz filmu w Goerlitz. Na sali wielu z bohaterów dokumentu... Autorzy filmu. Pokaz w Goerlitz Andrzej Klamt. Jeden z autorów filmu. Pokaz w Muzeum Śląskim w Goerlitz

 

 

Słoik z wodą. Muzealne post scriptum do Dnia Matki

W Ruhr Museum w Essen można zobaczyć eksponat doskonały. Tak mi się przynajmniej wydaje. Opowiadam o nim studentom muzealnictwa. Jak by powiedział profesor Piotr Szacki, to przedmiot, który poprzez swoją historię „przemówił” w sposób wyjątkowy i ma pogłębioną, wielokrotnie złożoną strukturę znaczeniową.  Kreuje inną rzeczywistość emocji i obrazów, choć znajduje się w gablocie i jest na pozór zwykłym słoikiem z wodą…

Dlaczego? Co to za słoik

Był koniec marca 1945 roku, gdy Pani Keuter, podczas przerw miedzy nalotami, wymykała się nocami do parku wokół pałacu Borbeck, dzielnicy Essen, w której mieszkała przez całe swoje życie.

Essen, jak i całe Zagłębie Ruhry przeżywało wówczas nieustające, wyniszczające naloty dywanowe. Wzmagał się ostrzał artyleryjski poszczególnych dzielnic miasta. Pani Keuter, sama wychowując swoje dzieci (niespełna półroczne niemowlę i trójka starszych dzieci) obawiała się o to, jak je wykarmi, czy przetrwają czas wojny… W mieście nie było już wody, a ludzie coraz więcej czasu spędzali w bunkrach. Codzienne poszukiwanie i zapewnienie wody stawało się zadaniem ponad siły jednego człowieka. Postanowiła więc zgromadzić i przechować tyle wody ile to możliwe, licząc się z tym, że w pewnym momencie, nie będzie mogła opuszczać schronu ani na chwilę…

W pobliskim, bodaj najpiękniejszym przed wojną parku Essen, znajdującym się wokół pałacu w Borbeck, woda wciąż była. Było tam źródło zasilające sztuczną kaskadę, którą zdążono już zniszczyć. Po wodę chodziła nocą i napełniała nią słoiki, wekowała je i znosiła do bunkra. Przyniosła tam także małą kuchenkę (rodzaj prymusa) i na niej gotowała jedzenie dla dzieci. Gdy 11 kwietnia 1945 roku wkroczyli Amerykanie, miała jeszcze dwa, ostatnie słoiki…

Gdy w 2010 roku uroczyście otwierano Ruhr Museum w jego nowej siedzibie na terenie Zollverein w Essen, pośród eksponatów tam prezentowanych znalazł się jeden ze słoików Pani Keuter. Na witrynie, w której go umieszczono, napisano coś, co opisuje sens ludzkiego trwania i woli przetrwania, także w tych najtrudniejszych czasach… „Musiałam przecież coś zrobić”. A słoik Frau Keuter dyskretnie, bez wykrzykiwania swojej historii opowiada o tym, czym jest wojna postrzegana z perspektywy matki drżącej o życie swoich dzieci. Dla mnie to absolutnie wyjątkowy przedmiot.

Słoik pani Keuter. Ruhr Museum, Essen Ruhr Museum. Wjazd/zjazd do Muzeum.