Ponad dachami

Cieszyn na szczęście wciąż ten sam.

Nadal nieznany.

Poznawany w sposób, by nic nie tracił ze swojego uroku i mojej o nim niewiedzy.

Miejsce na granicy – historii, światów, pamięci.

Po długiej przerwie aparat wzięty do ręki.

Odżałowane kadry?

Nie wiem.

Czy przerwa nie była zbyt długa?

Okna Avionu (C. Tesin, 2017)

Dachy Cieszyna (1)

Oplatanie (dachy Cieszyna (2)

„Żegnaj mój Śląsku”

dedykowane

Ofiarom Tragedii Górnośląskiej 1945

W dziwny sposób Ziemia Święta i Palestyna odżyła we mnie dzisiaj. Lubię ten rodzaj koincydencji. Nagłej, nieco absurdalnej i poruszającej do głębi.

Uciekając przed zimnem zaglądnąłem do księgarni z tanią książką.

Po chwili wywołany na zewnątrz odgłosami orszaków jednego z Trzech Króli, wyszedłem na ulicę, dźwigając pod pachą album Stanisława Markowskiego, Kazimierz. La ville juive de Cracovie. 1870-1988. Tak, to wersja francuska książki. Polskiej nie mieli, no i górę wzięła i ta cena, i te zdjęcia, co w środku.

Nie mogłem się oprzeć jej lekturze i już wkrótce, gdy siedziałem przy ogromnej szybie restauracji na ul. Brackiej, pochłaniałem obrazy tamtego Kazimierza. Biednego, magicznego, nieistniejącego. Poruszałem się ze znawstwem po ulicach Izaaka, Meiselsa (znanych mi od końca lat osiemdziesiątych 20. wieku). Robiłem 70 lat wstecz i  wpadałem na Szeroką, by zobaczyć handlarzy karpiem, którego w pobliskich domach sprawnie sprawiano na przepyszną, szabasową gefilte fish…

Kazimierz za sprawą tej książki ma swoją opowieść o jednostce czasu, która ilustruje bycie i nie-bycie wspólnoty Żydów Krakowa. Górny Śląsk wciąż takiej nie ma. Wkrótce to zmienię.

To co jednak poruszyło mnie do głębi, to zacytowany w albumie wiersz Mordechaja Gebirtiga z 1940 roku, Żegnaj mój Krakowie. Do tego momentu wierzyłem, że bardziej właściwe jest nie-mówienie o Kazimierzu, gdyż jak pisano o nim „Tej pustki nic nie wypełni. Niech życie uszanuje jej ciszę” (Bogdan Frymorgen, Kazimierz bez słów, Kraków 2011).

Pomyślałem (krew rozgrzewała już gorąca herbata i może stąd śmiałość i odwaga myśli), że to nie-prawda. Może (przy całej umowności i oczywistym, symbolicznym charakterze  abstynencji werbalnej, którą deklaruje Frymorgen),  słowa wobec takiej historii i o takich miejscach  wymagają jedynie (?) większego wysiłku, by je odnaleźć, wymyślić? Trudu wydobywania ich z historii zbrukanej, zapomnianej lub po prostu lekceważonej?

Śląsk ma podobny problem i jak u Gebirtiga słyszę, te wersy skargi – wiersza, który wielu Ślązaków mogłoby napisać (w swoim nienapisanym wierszu z 1945 roku). (To swobodna trawestacja słów poety z Kazimierza, których tutaj użyję):

„Żegnaj mój Śląsku,

gdzie pochowani są mój ojciec i matka,

(…) lecz spocząć obok ich kości

nie moim będzie przeznaczeniem”

 [Kraków, 6 stycznia 2017 r.]