Podróż na Północ. Epilog historii Samuela Hirscha. Izrael (6)

Jadę na północ. Opuszczam Tel Awiw i jadę do miejsca, istotnego dla mojej opowieści o Samuelu (Franz) Hirschu. Ważnego dla zrozumienia jego życia po opuszczeniu Beuthen. To będzie symboliczny koniec opowieści o Samuelu Hirschu, lecz nie koniec  spotkań z rodziną Hirsch i historii bytomskich Żydów.

Północe dwie

Ale na jaką północ się wybieram? Tę na miejscu, powyżej Hajfy i w kierunku Góry Karmel? Czy będzie to wędrówka gdzieś w okolice Rygi, niegdyś polskiej Kurlandii i Lipawy, która po II rozbiorze stała się jedynym portem polskim nad Bałtykiem, który należał do Korony od 1793 do 1795 roku?

Kilka zdjęć na ścianie domu Samuela Hirscha (którego już nie ma, ale którego pamięci strzeże Hannah Kramer, pochodząca z łotewskiej  Liepāja (pol. Lipawa) wdowa po nim), podważy jednoznaczność Północy w tej topografii.

Tymczasem Izrael. Podróż na północ. Jedziemy płatną A6. Wiedzie z Tel-Awiwu przez stosunkowo zielone tereny, choć im dalej na północ, tym bardziej jest to zieleń wydzierana lub wydarta naturze. Na kilkudziesięciokilometrowych odcinkach po mojej prawej stronie rozciąga się mur graniczny z Autonomią Palestyńską. Szary i bez obrazów Banksy’ego  jest smutnym przypomnieniem muru ze śródmieścia Wschodniego Berlina.

Wiele jest w nim z tamtego. Wieżyczki wartownicze o nieco większych kapeluszach i jakby bardziej rozłożyste. Mimo to przypominają tamten berliński. Czarne otwory strzelnicze.

Odwracam wzrok, tak jest łatwiej. Dzisiaj zresztą nie chce nic o nim wiedzieć. Nie rozwiążę niczego. Ani sensu jego istnienia, ani nie znajdę dość dobrej odpowiedzi na pytanie dlaczego.

Tuż za murem i dalej, po horyzont widać kolejne arabskie, palestyńskie miasta. Minarety. Często po kilka w jednej osadzie. Pamiętam też już z pierwszej wizyty w Izraelu, że to co za murem jest bardziej szare. Mniej tam zieleni, soczystych jej odcieni.

Moszawa

Dojeżdżamy do Jokne’am. Właściwie tuż przed miastem skręcamy na jednym z rond w prawo i docieramy do Jokne’am Moszawa, dawnej spółdzielni, którą w 1935 roku założyli między innymi syjoniści wszelkiej orientacji i żydowscy imigranci między innymi z niemieckiego Bytomia i polskiego Bielska. Na zdjęciach publikowanych przez Jacka Proszyka („Życie według wartości. Żydowscy liberałowie, ortodoksi i syjoniści w Bielsku – Białej, Jaworze 2012), widać tamten czas i młodych Żydów pracujących przy budowie domów, odwiertów artezyjskich. Na zdjęciach dominuje syjonistyczny entuzjazm i szeroki uśmiech. W listach do domów więcej jest już prawdy. Opisów trudów zamieszkiwania na nieużytkach, złej sytuacji ekonomicznej i tego, że bycie pionierem oznacza czasami klepanie biedy, której nie znało się przed emigracją.

Współczesna moszawa przypomina plan wioski, jaki spotkalibyśmy na kontynencie. Jest jakiś centralny punkt, dawna obora i silos zbożowy zamieniony na sklep, dom kultury i lokalną, bardzo cenioną koszerną  restaurację Tanduka.

Obok plac, dawne zabudowania rady (dzisiaj szkoła) i prosty budynek synagogi. W niej śpiewał Samuel Hirsch. Nie zawsze. czasami. Tam też znajdziemy tabliczkę z jego imieniem i nazwiskiem, jaką tradycyjnie umieszcza się w domu modlitwy po śmierci członka wspólnoty.

Wnętrze synagogi w Jokneam Synagoga w Jokneam, fasada

Tablica z synagogi; inskrypcje odnoszące sie do Martina i Samuela Hirsch

Dzisiaj Jokne’am wita przybysza starą zielenią wysokich drzew, cieniem potężnych eukaliptusów zabijających wylęgarnie malarycznych komarów. Widok domków schowanych w zieleni. Nieco małych, przycupniętych do ziemi, ale przypominających podobne z Europy. Z tą różnicą, że miast jabłoni skrywają się w cieniu dawanym przez drzewa cytrynowe i pomarańczowe.

Stara tablica - dom Hirschów

Dom Samuela i Hannah Hirsch (d. Kramer) Jokneam, 2017 Eukaliptusy w Jokneam, (Izrael marzec 2017)

Zdjęcia i wspomnienia

Zanim jednak się rozglądnę, wysiądę z samochodu, przywołuje inne obrazy. Jest ich w istocie kilka. To zdjęcia z rodzinnych albumów rodziny Hirsch.

Na jednym z nich jest Leopold Saul Kramer. Elegancki łotewski Żyd, biznesmen z Libau (łot. Liepāja). Stoi na nabrzeżu gdyńskiego portu. W tle MS Polonia z podanym na burcie portem macierzystym w Gdyni. Statek dość słynny, bo nie tylko z tego powodu, że odbywał regularne rejsy między Europą, a Hajfą do 1939 roku. To na jego pokładzie doszło do słynnego i potężnego przemytu broni do Palestyny w 1936 roku. Tymczasem jest rok 1935 i Leopold Saul Kramer rozpoczyna swoją podróż do Hajfy. W Palestynie był już rok wcześniej, by kupić ziemię w moszawa w Jokne’am. Teraz definitywnie opuszcza rodzinną Łotwę, a wcześniej Lipawę. Wraz z nim są żona Deborah i córka Hannah, która ma wtedy 9 lat. Nie boi się podróży. Ufa rodzicom i w to, że jej tate wie co robi. W 1937 roku także na pokładzie MS Polonia przybędzie do Hajfy Samuel Hirsch. Dziesięć lat później pobierze się z Hannah.

Lipawa

Tymczasem powróćmy do zdjęć z Lipawy.

Grupa jest liczniejsza. Nie ma fotografii, na której byliby wszyscy. Wraz z nimi podróżuje kilka cioci i wujków, dzieci. Wszyscy są z Lipawy, a że w domu używa się hebrajskiego i niemieckiego, na długie dziesięciolecia wspomnienia krążyć będą wokół wyjazdu nazywanej z niemiecka Libau. W domu przez lata mówić się będzie po niemiecku, szczególnie gdy dorośli będą chcieli omówić coś poza wiedzą dzieci. A potem przestanie.

Żydzi z Niemiec, z Łotwy różnią się od innym żydowskich emigrantów. Są mocno zasymilowani z europejską kulturą. Pewni swojej pozycji. Łotewscy, podobnie jak ci z Niemiec, mówią po niemiecku. Wielu zabrało z sobą meble i przedmioty z „tamtego” świata. Do czasu Nocy Kryształowej mieli silne przywiązanie do kultury niemieckiej. No i noszą  marynarki. Z ich powodu, będą powszechnie przezywani przez miejscowych Żydów „Jekke” (niem Jacke – marynarka).

Niektórzy, przytłoczeni ciężką pracą i upałami, po krótkim pobycie zdecydują na powrót do Europy. W Palestynie – jak mówili – było dla nich po prostu za gorąco i tęsknią za domem. Powracają jeszcze przed wybuchem wojny na Łotwę. Żadne z nich nie przeżyje.

W 1935 roku, gdy Kramerowie opuszczali swój dom, w łotewskiej Lipawie mieszkało 7 379 Żydów. Wojnę przeżyje w ukryciu zaledwie dwudziestu, trzydziestu. Brak jest dokładnych danych.

Nic nie pozostanie z dwóch synagog zbudowanych w ostatnim ćwierćwieczu XIX wieku. Główna (chóralna) synagoga stała w zabytkowym centrum miasta, a druga – w jej nowej części. Żydzi do Lipawy przybywali z Rosji, Polski i Litwy. Żyli tu lata całe nielegalnie. Działo się tak po części dlatego, że port w Lipawie był jednym z największych europejskich portów tranzytowych dla żydowskich emigrantów. W okresie między rokiem 1906, a 1910 właśnie z tego miejsca Imperium Rosyjskie opuściło ponad 100 000 osób.

1941

Los społeczności żydowskiej przypieczętowały dwa zdarzenia.

Dekret Stalina, wydany tuż przed wybuchem wojny 14 czerwca 1941 r., zaprowadził 181 Żydów lipawskich, w większości niemieckojęzycznych,  na Syberię. Większość nie przeżyła.

Gdy pod koniec czerwca 1941 r. do Lipawy wkroczyły wojska Wehrmachtu, w mieście nadal było około 7 000 Żydów. Także ci z terenów podmiejskich zostali przetransportowani do Lipawy. W pierwszych dniach po wkroczeniu nazistów w centrum miasta zastrzelono 33 Żydów.

8 i 9 lipca 1941 r. setki żydowskich mężczyzn zostało przetransportowanych z miejscowego więzienia nad morze i tam (na południe od miejscowej latarni morskiej) zostali wymordowani przez plutony egzekucyjne. Pod koniec lipca 1941 r. doszło do masowych egzekucji przeprowadzonych przez Niemców i jednostki paramilitarne Łotyszy w znajdującej się na północ od Lipawy, Skede. W okresie między 15, a 17 grudnia 1941 r. zamordowano 2 773 Żydów.

Był to koniec istnienia społeczności żydowskiej w Lipawie i śmierć wszystkich krewnych Hannah Kramer.

Zdjęcie klasowe i smak bałtyckich szprotek

Tego wszystkiego nie dowiaduję się jednak w Jokne’am. Sięgam do źródeł, sprawdzam. Wszystko dlatego, że gdy jestem już w domu 91-letniej Hannah Hirsch, z domuKramer, pokazuje mi pewne zdjęcie, a może to ja widząc je na ścianie pytam, co przedstawia? Pytanie jest nieco oczywiste, to co widać na fotografii mówi już wiele.

To zbiorowy portret szkolny. Więcej niż liczna gromadka dzieci (jest ich blisko, a może więcej niż 100) otacza dorosłych.  To nauczyciele. Hannah Hirsch pomaga mi w odnalezieniu jej na fotografii. Mama Hannah, Deborah Kramer specjalnie na tę okazję uszyła jej jedwabną sukienkę. „Przyjście do szkoły fotografa to było wielkie święto”- mówi. Po czym dodaje. „Poza mną, nikt z tej fotografii nie przeżył…” „Tylu nas było i nikt poza mną”.

Szkolne zdjęcie z Lipawy, ok. 1933 Hannah Kramer - Hirsch (detal)

Stawianie kropki nad i

Rozmawiamy, czasami przechodzimy na niemiecki. Język ważny, dzisiaj wywołuje wzruszenie, ale po wszystkich tych latach, został wyparty i nieco zapomniany. Gdy na stół w kuchni jako prezent trafiają wędzone szprotki z Rygi kupione w delikatesach w Tel Awiwie (nie ja je przywiozłem), powracają na moment wspomnienia z Łotwy, z początków życia w Izraelu, trudu wychowywania czwórki dzieci, jakie miał Samuel (Franz) Hirsch i Hannah Hirsch z domu Kramer mieli w Jokne’am. Dla mojej opowieści najważniejsza pozostanie Michal. To ona we wrześniu 2016 roku odwiedziła Bytom i wraz z mężem Haim Noy, uczestniczyła w prezentacji kipy Samuela Hirscha. Ona też przywozi mnie do Jokne’am i oboje wiemy, że było to konieczne by historia  kipy z Bytomia zatoczyła swój krąg i się domknęła…

Hannah Hirsch (d. Kramer) przed swoim domem wraz z córkami Michal i Gila, Jokneam 2017

Obok pokoju, w którym się spotykamy, ostatnie tygodnie życia spędził Samuel Hirsch. Prowadzony przez Michal, bardzo dyskretnie spoza progu rzucam okiem na przyciemnione wnętrze. Niewiele się od tego czasu zmieniło.

Na ścianach zdjęcia. Niemal vis a vis łóżka Samuela Hirscha wisi fotografia jego dziadka i ojca Martina Hirscha. Tego, który znalazł kipę na zgliszczach bytomskiej synagogi.

Historia bez tytułu, początku i końca (13). Dar Samuela Hirscha (wersja 2. – blogowa)

Poszukiwanie początku

Właściwie można by zacząć tą historię od tego, że w 1897 roku F.E. Neumann przebudował część chóralną bytomskiej synagogi. Było to już wiele lat po tym, jak 25 maja 1868 roku położono kamień węgielny pod miejscowy dom modlitwy. Nadano mu popularny kostium mauretański. Wiele podobnych synagog powstało wówczas w Europie Środkowej. Taką właśnie wzniesiono w nieodległych Gliwicach. Wzorem, niedoścignionym i wspaniałym była dla bytomskiej Nowa Synagoga w Berlinie i w Budapeszcie…

Niedługo potem w przedsionku prowadzącym na emporę chóru znalazła się (tak to sobie wyobrażam) szafka z nazwiskami, a może tylko numerkami przypisanymi do członków synagogalnego chóru. Z upływem czasu tabliczki były wymieniane na kolejne. Gdy i ta opowieść nabierze tempa i kolorów, chórmistrzem zespołu będzie Heinrich Rosenthal.

Widzę też zupełnie odmienny początek dla tej historii.

Jest 9 listopada 1938 roku i klęczący przed synagogą bytomską Żydzi są zmuszani przez SS-mannów do patrzenia na oba płonące budynki przy Friedrich-Wilhelm-Ring (obecnie pl. Grunwaldzki) w Bytomiu. Budynki synagog dopalać się będą trzy długie noce i dni. I nic nie ocaleje. Tak myślano dotychczas. To istotne dla tej historii. Było tak do czasu, gdy z dalekiego Izraela nadszedł list od Samuela Hirscha. Zmienił wszystko.

List Samuela

List nie jest długi, ale nie to jest w nim istotne. Każde napisane w nim zdanie jest jak otwieranie drzwi do przeszłości, choć wydawało się, że ta jest już znana i pewna. Nie jest.

Samuel, pisząc list w 1994 roku miał 73 lata. Zrobił to w tajemnicy przed rodziną. Ustalę to jednak dopiero 22 lata później, gdy w słuchawce telefonu po raz pierwszy, w sierpniu tego roku usłyszę wzruszony głos jego córki Michal Hirsch-Noy.

Co zawiera list? Zaledwie cztery zdania, co ze zdziwieniem odkryłem omiatając go wzrokiem po raz wtóry. Samuel Hirsch napisał, że postanowił przesłać do Muzeum w Bytomiu swoją kipę (jarmułkę), którą wkładał śpiewając w chórze synagogalnym w Bytomiu. Kipę na zgliszczach synagogi, po Nocy Kryształowej, odnalazł jego ojciec – Martin Hirsch. Traktując jak największą relikwię wywiózł potajemnie do Palestyny. Dzisiaj on, Samuel Hirsch postanowił przekazać ją muzeum, by była przypomnieniem i przestrogą dla kolejnych pokoleń i pamiątką po żydowskiej społeczności miasta. Tyle. Ja zaś już wiedziałem, że historia ta ma zbyt wiele pytań, by tak ją zostawić. By nie dowiedzieć się czegoś więcej. I by list nadal spoczywał w muzealnym magazynie.

Rozplątywanie wątków

Pamiętam, gdy pierwszy raz zobaczyłem kipę. Zawinięta w biały delikatny papier. Po jego odwinięciu moim oczom ukazała się aksamitna jarmułka, wyścielana czarną podszewką. Od razu dostrzegłem podpis na jej otoku „Franz Hirsch”. Środek kipy wypełniał list złożony w kwadrat.

Oglądam list. Napisany tysiące kilometrów od Bytomia, na papierze dobrej jakości. Słowa wybite maszynowo. Na końcu odręczny podpis: Samuel Hirsch. To bohater tej historii. Podpis jest nieco nieporadny, a może po prostu zdradza sędziwy wiek autora? Już wiem, że kipę, którą widzę, Samuel (Franz) Hirsch zakładał w bytomskiej synagodze.

Samuel Hirsch. Bytom ok. 1930 roku (wszelkie prawa zastrzeż. repr. L. Jodliński; z archiwum rodziny Hirsch)

Zaczynam swoje muzealne śledztwo. Z listu wydobywam wszystko co może naprowadzić mnie na coś więcej. Na złapanie wątków i kierunków. Nazwiska, daty. Cokolwiek.

Krążąc po mapie Izraela znajduję miejscowość, z której go wysłano. To jedna z najstarszych moszewach [małych spółdzielni rolniczych – L.J.] w Yokneam. Dzisiaj osada liczy około 1 300 mieszkańców i leży na zielonych, południowo-wschodnich stokach Góry Karmel (pol. Winnica Boga). Nazwa pasuje mi do tego, co jest moim wspomnieniem Palestyny i Ziemi Świętej. Niemal każde miejsce jest tam naznaczone, słowa mają swoją moc, a ziemia własne mikro i makro opowieści. Ta jest kolejną.

Yokneam Moshavah założona została w 1935 roku przez żydowskich, imigrantów z Europy Środkowej. Głównie z Niemiec. Spełniali tu swoje marzenia o własnym państwie, bezpiecznym domu i sprawiedliwości społecznej. Samuel miał, czego nie wiedziałem przez kolejne tygodnie poznawania go, spełnić swój wielki sen o byciu rolnikiem.

Oglądam archiwalne zdjęcia z pierwszych lat osadnictwa.

Na szczęście ktoś zebrał je razem i w 70.rocznicę postawania moszewach umieścił na You Tube. Na zdjęciach widać proste, wręcz prymitywne domki. Trochę ‘miejscowe’, a trochę przypominające te pozostawione w Europie. Zaorane stoki, sadzone drzewa oliwne i pomarańczowe. Pierwsze plony. Nauka nowych zawodów i porzucanie starych, które w warunkach budowania wszystkiego od podstaw stawały się nagle anachroniczne i zupełnie nieprzydatne.

Port w Hajfie był zapewne tym, do którego przybyła rodzina Martina Hirscha, bytomskiego Żyda i ojca Samuela, który napisał list. W 1937 roku do Palestyny dotarła jednak tylko  żona Rachel Hirsch, z domu Jacobson poślubiona w listopadzie 1920 roku wraz z dziećmi. Rachel to nietuzinkowa kobieta. We Wrocławiu, gdzie się poznali, studiowała medycynę, której nie ukończyła. Wraz z nią przyjechały dzieci: Bianka, Miriam i syn Samuel.

Gdy rodzina Hirschów ląduje w porcie w Hajfie jest rok 1937. Martin Hirscha został w Bytomiu, by ich najstarszy syn Joseph ukończył średnią szkołę. Ludzie wtedy wciąż planowali. Martin miał szczęście -jego plany się spełniły. To niezwykłe, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że to Martin właśnie spędził trzy tygodnie w KZ Buchenwald po Nocy Kryształowej 1938 roku. Wrócił odmieniony jak wspominali najbliżsi.  Może jednak dlatego chciał sam, osobiście doprowadzić wszystkie sprawy do końca.

Zdążył wyjechać. Jako jeden z ostatnich bytomskich Żydów opuścił miasto i dotarł do rodziny w maju 1939 roku. W czasie I wojny światowej był podoficerem piechoty w 51. regimencie stacjonującym w Breslau (Wrocławiu). Pewnie w tym należy widzieć między innymi powody specjalnego potraktowania go przez nazistów i umożliwienia mu tak późnego wyjazdu. Przypomina mi tym losy Erwina Weichmanna, o którym kiedyś pisałem, czy Paula Karlinera z Pyskowic.

Martin Hirsch od początku lat dwudziestych 20. wieku był właścicielem sklepu z tytoniem, papierosami i cygarami. Sklepy zmieniały adresy. Towar pozostawał ten sam. Wszystkie je prowadził w Bytomiu. Gdy moje śledztwo dobiegnie końca, zobaczę wyciągnięte z archiwum rodziny Hirsch druki reklamowe firmy tytoniowej Hirsch, pokazujące jelenia (niem. Hirsch – jeleń) ujętego w wyskoku ponad cygarem. Ostatni bytomski adres sklepu jaki odnajduję to – wedle książki adresowej z 1937 roku – Kattowitzer Strasse 24.  Tu mieszkała też cała rodzina. To Martin Hirsch spędza ostatnie dni przed opuszczeniem Bytomia i Niemiec.

Papier firmowy składu Martina Hirscha (wszelkie prawa zastrzeżone; repr. L. Jodliński, archiwum rodziny Hirsch)

Z pewnym niepokojem i podekscytowaniem wybieram się pod ten adres. Dom stoi jak stał, a na parterze wciąż jest sklep. Teraz spożywczo-monopolowy. Z zachowanym, typowym narożnym wejściem. Nic się nie zmieniło chciałoby się powiedzieć, choć to nieprawda. Wszystko jest inne. Na drzwiach mieszkania rodziny Hirsch nie ma nawet śladu po mezuzie…

Chór synagogalny

Według żydowskiej tradycji pełne zrozumienie Tory jest niemożliwe bez odczucia jej dźwięku i brzmienia. Dlatego rytualne odczytywanie jej treści wymaga obecności pierwiastka muzycznego. Na tym gruncie wyrosła funkcja kantorów (chazanów), czyli profesjonalnych śpiewaków i melorecytatorów liturgicznych, a także chórów synagogalnych.

Chór synagogi w Bytomiu cieszył się sławą wykraczającą poza granice miasta i G. Śląska. Podobnie jak chór, znani byli bytomscy kantorzy. Rzeczą wyjątkową dla Bytomia było i to, że na organach synagogi (nieortodoksyjnej co prawda) grał nieznany bliżej Küster, nie będący Żydem.

Sam chór tworzyli mężczyźni i chłopcy bytomskiej gminy. Ci ostatni śpiewali altem i sopranem. Wszyscy chórzyści dostawali rodzaj niewielkiego honorarium, co było zgoła nietypową i wyjątkową sytuacją.

Jednym z członków chóru był urodzony w  7 czerwca 1921 roku w Katowicach, Max Ruben Guttmann, syn znanego dziennikarza katowickiego Fritza Guttmanna. Max Ruben Guttmann, był co ciekawe jednym z pierwszych napadniętych w Bytomiu Żydów. Stało się to  w drodze na… próbę chóru właśnie na Hohenzollernstrasse  (obecnie Jagiellońska) w 1930 roku.

Młody Max musiał się doskonale znać z Samuelem Hirschem, urodzonym 27 listopada 1921 roku. Myślę, że chodzili do tej samej szkoły przy dawnej Goystrasse 22 (obecnie ulica Rostka). Max dołączył do chóru w wieku 9 lat, w trzeciej klasie szkoły podstawowej.

Max R. Guttmann  i bohater tej opowieści przeżyli wojnę, choć tylko Guttmann wrócił na G. Śląsk po 1945 roku. Żył tutaj do 1959 roku. W 1960 roku wyemigrował do USA. Samuel Hirsch był po wojnie jeden jedyny raz w Bytomiu w 1986 roku. To musiała być dla niego ważna wizyta. W swoim archiwum zachował nawet orbisowskie bilety podróży pociągiem.

Archiwum Herpera i doktora Kamma. O chórze raz jeszcze.

Przeglądam archiwalia po Erwinie Herperze, dyrygencie Orkiestry Górnośląskiej (Oberschlesischer Orchesterring) w Bytomiu. Obfita korespondencja z  Żydowskim Związkiem Kulturalnym Górnego Śląska (Juedischer Kulturbund Oberschlesien).  Niestety, jedynie jakieś ułamki z tego, czym było muzyczne życie górnośląskich Żydów.  Jeszcze mniej informacji na temat chóru synagogalnego.

Znajduję jakieś zaproszenie na koncert muzyki żydowskich kompozytorów 12 grudnia 1934 roku w bytomskim hotelu Hamburger Hof. W koncercie jest anonsowany udział chóru synagogi reformowanej pod dyrekcją Rosenthala.

Pośpiesznie i niemal łapczywie rzucam się na zestawienia finansowe gminy bytomskiej z lat 1935-1936. W pozycji „Wydatki” pojawiają się kwoty wyasygnowane na chór. W roku 1935 jest to 700 RM, w 1936 800 RM. Chórmistrz dostaje  w 1935  r. 511,92 RM. Porzucam te słupki. To wciąż tylko liczby, Metadane wypełniające niewiedzę na temat chóru.

W poszukiwaniu informacji o chórze spędzam godziny nad lekturą tygodnika Juedisches Gemeindeblatt z lat 1934-1937. Jestem rozczarowany. Nic na temat chóru tam nie znajduję.

Ważnym uzupełnieniem do historii samego choru są zapiski bytomskiego adwokata, doktora Güntera M. Kamma zdeponowane w nowojorskim Instytucie Leo Baecka.

Przy okazji wspomnień na temat szkoły  podstawowej i on wymienia wykładowcę Rosenthala i równocześnie dyrygenta w chóru synagogalnym. W książce adresowej Bytomia jest Heinrich Rosenthal, nauczyciel w… szkole podstawowej. Mieszkał przy Lindenstrasse (ul. Lipowa) 66. To ten jestem już tego pewien.

Wspomnienia dra Kamma przynoszą też nowe ustalenia, choć komplikuje rzeczywistość, którą rekonstruuję z takim mozołem. Okazuje się bowiem, że były … dwa chóry. Mniejsza synagoga, zwana ortodoksyjną miała własny zespół. Tym chórem kierował dr Max Gruenewald. Mój bohater śpiewał w chórze dużej synagogi?  Nie jestem i tego pewien. Dobrze jednak wiedzieć, że były dwa.

Cukierki Pana Bernsteina

9 listopada 1938 roku była środa. Późnym wieczorem tego dnia obie bytomskie synagogi przestały istnieć. To znaczy stały jeszcze fragmenty ich murów, ale to było wszystko co z nich zostało.

Skoro była to środa to domyślam się, że śpiewy chórów po raz ostatni wybrzmiały  we wnętrzach bytomskich synagog w piątek 4 listopada 1938 roku. Czy był to tradycyjny Hymn chwały ? Nie wiem.

Pewne jest za to, w co chce wierzyć by ucukrzyć nieco tę historię, że w ów piątek 4 listopada, chłopcy z chóru jak zawsze, jak zwykle, „zarobili” po kilka cukierków w sklepie Raphaela Bersteina. Ten bowiem zawsze, jak wspomina Max R. Guttmann, obdarowywał ich kilkoma cukierkami „na łebka”, ilekroć zmierzali w piątkowe wieczory do synagogi. Nie mogli wiedzieć, że to ostatnie takie cukierki. Pewnie smakowałyby zupełnie inaczej. Wśród chórzystów nie było już wówczas Samuela Hirsch. Od niemal roku był Palestynie. I uczy się rolnictwa. Jest w tym bardzo dobry, kończy jedną z najlepszych szkół rolniczych w tym czasie. To syjonistyczna szkoła rolnicza w Mikwe Jisra’el. Tam uczy się sadzenia i pielęgnacji pomarańczy, uprawy warzyw. Bytom jest daleko i cokolwiek nierealny.

Bytomska synagoga

Nie ma zbyt wiele opisów bytomskich synagog. W tej opowieści skorzystam ze wspomnień, które w 1977 sporządził , wspomniany już, a mieszkający wtedy w Nowym Jorku  adwokat dr Günther Kamm.

W liście doktor przypomina fakt, który czasami umyka współczesnym, że w Bytomiu były dwie, a nie jedna synagoga.  Mniejsza, jak pisze Kamm, była świątynią „ortodoksyjną”. Znane jest jej zdjęcie z Nocy kryształowej. Okna i mury są już w ogniu. Wokół i w pobliżu klęczą przed nią, zmuszeni do tego przez siły policyjne, ortodoksyjni ubrani Żydzi.

Wnętrze drugiej bytomskiej synagogi... (z archiwum rodziny Hirsch; prawa do reprodukcji bez zgody zabronione)

Kamm przywołuje też obraz drugiej synagogi. Reformowanej,  z dwiema kopułami, emporami, organami i chórem. Wspomina, że mieściła 1500 wiernych.

Synagoga choć liberalna, zachowała podział na część zajmowaną przez mężczyzn i kobiety. Oglądam po raz kolejny jedyne zdjęcie z jej wnętrza i przypomina mi się karniowska synagoga. Były do siebie  bardzo podobne. Tamta stoi, po wnętrzu bytomskiej jest to jedno, jedyne zdjęcie z połowy lat dwudziestych. Zobaczyć je można w cyfrowym archiwum w Leo Beck Institute w Berlinie.

[link: http://digital.cjh.org/view/action/singleViewer.do?dvs=1473521578534~159&locale=pl_PL&VIEWER_URL=/view/action/singleViewer.do?&DELIVERY_RULE_ID=5&search_terms=Beuthen&frameId=1&usePid1=true&usePid2=true]

Noc Kryształowa

Gdy nad listopadowym Bytomiem 1938 roku miast jesiennych mgieł, unosiły się dymy płonących synagog, w Beuthen nie było już Samuela (Franza) Hirscha. W synagodze, odłożona na półkę została jego kipa z numerem 9. Nozdrza drażnił gryzący dym palącej się, lakierowanej stolarki. Wznosiły się ku górze czarne dymy z pokryć dachów mykwy, ubojni i synagog.

Ojciec Samuela, Martin Hirsch nie był tego dnia w pobliżu synagogi. O tym co się stało, dowiedział się z relacji jaką do domu przy Kattowitzerstrasse 24 przynieśli jego brat i siostra.

Usłyszał więc o dantejskich scenach, o przerażeniu tym co zobaczyli i o tym, że najpierw zniszczona została synagoga reformowana, a potem ta należąca do ortodoksyjnych Żydów. Tak mało i tak wiele. Dla mnie to jednak też interesujące, bo niejako obok tej historii dowiadujemy się po raz pierwszy o tym w jakiej kolejności oba domy modlitw zniknęły z powierzchni ziemi? Historycy znają tę sekwencję? Wątpię i jest to chyba coś nowego.

Jest kilka innych opisów tego, co działo się 9 i 10 listopada 1938 roku w Bytomiu.

Sięgam po mniej znany, spisany przez Pana Wernera, w liście do córki Suselotte Werner, szczęśliwie przebywającej wówczas już w Anglii.

List, znajduje się w kolekcji Instytutu Leo Baecka w Berlinie. Co ciekawe – napisano go w Katowicach, licząc się z tym, że tylko stamtąd będzie możliwa jego wysyłka za granicę.  Powstał 19 listopada 1938 roku i mimo upływu dziesięciu dni, pełen jest traumy i poczucia beznadziei.

Gdy dochodzi do opisu zdarzeń z 9 listopada, ojciec Suselotte pisze: –  Obie synagogi,  jak dom ich opiekuna o nazwisku Totschek spłonęły. Podobnie jak wyposażenie, meble itd. Totschek widząc pożar wyszedł niemal nagi z dozorcówki i został odciągnięty od budynków podobnie jak jego żona. Ta stała jedynie w swojej nocnej koszuli i szlafroku. Strażacy z uwagą obserwowali pożar pilnując, by wszystko się dokładnie spaliło i by ogień nie uszkodził innych domów. Kobiety i mężczyźni zostali dotkliwie pobici, młodzi i starzy. Najbardziej jednak starzy. Znany jest mi przypadek, gdy jedną z kobiet pobito niemal na śmierć. Mógłbym napisać ci dużo, dużo więcej, ale jestem bliski rozchorowania się mając to wszystko przed oczyma i muszę na tym poprzestać. (…) Świat pozna się na tym, ale będzie już za późno (…).

Nie wiadomo jak i kiedy Martin Hirsch trafił na zgliszcza synagog. Przypędzony na miejsce, gdy je porządkowano na rozkaz gestapo (co było powszechną praktyką zastosowaną m.in. w Gliwicach), czy może z oczywistych powodów trafił tam z własnej woli? Tego dziś nie ustalę. Noc kryształowa była tematem tabu w rodzinie. Niemal nikt nic nie pamiętał i o niczym w związku z nią nie mówił. Wkrótce po Nocy trafia do KZ Buchenwald. Jak wielu, jak większość nie będzie o tym mówił. Do końca swoich dni.

Samuel Hirsch wyraźnie jednak napisał w liście, że kipa odnaleziona została pośród zgliszczy synagogi… przez jego ojca Martina. Wierzę mu. Upewniła mnie w tym rozmowa z Michal Hirsch-Noy, córką Samuela Hirscha – Ojciec był bardzo wymagającym i zasadniczym człowiekiem. Zawsze mówił prawdę, nawet jeśli to bolało i było trudne.

Kilka miesięcy później Martin Hirsch dołączył do bliskich w Palestynie.  On jak i cała rodzina rozpoczęli nowe życie. Przypomnieniem tego zostawionego w Bytomiu był album ze zdjęciami i dokumenty zabrane z ‘Boiten’, jak później o odległym Bytomiu z rzadka mówiło się w rodzinie Hirsch.

Telefon w miejsce epilogu

Ustalenia dotyczące losu Samuela Hirscha i kipy z bytomskiej synagogi, dzisiaj jedynego judaikum w zbiorach Muzeum Górnośląskiego o tak ogromnej wartości historycznej i emocjonalnej, domknęły się gdy w po nawiązaniu kontaktu z Michalą Hirsch-Noy (od czego poczciwy Facebook), usłyszałem jej głos w słuchawce telefonu.

Zdziwienie pomieszane z radością. Niedowierzanie, że kipa, o której istnieniu pamiętano w rodzinie trafiła do… Bytomia, a nie do któregoś z izraelskich muzeów. Wzruszenie, gdy przesłałem do Izraela jej zdjęcie… Tak, to ona, pamiętam… powiedziała kilka dni potem Michala Hirsch-Noy.

Nie był to jednak kres niespodzianek i odkryć.

Okazało się, że Samuel Hirsch po ukończeniu szkoły rolniczej z powodzeniem, przez wszystkie te lata zajmował się rolnictwem. Było to spełnienie jego marzeń z bytomskich czasów.

Praktyka w chórze przydała się na tyle, że w synagodze, którą osadnicy wznieśli w Yokneam Samuel Hirsch był przez lata społecznym kantorem. Nagranie z jego śpiewem, wkrótce po naszej rozmowie trafiło, przesyłką ekspresową do muzeum. W ten sposób nie tylko kipa, gdy ją pokażemy śląskiej publiczności, ale i głos Samuela Hirscha wybrzmi podczas bytomskiej prezentacji. Będzie to zdarzenie więcej niż symboliczne.

No i wreszcie fotograficzne archiwum rodziny Hirsch, założone przez Martina Hirscha, które okazało się pełno niespodzianek i wręcz sensacyjnych zdjęć.

Wśród nich poza fotografiami Samuela, gdy miał 9-10 lat i zaczynał śpiewanie w chórze, zdjęciami rodziny, znalazły się absolutnie nieznane wcześniej zdjęcia pokazujące losy społeczności żydowskiej Bytomia, w tym nigdy wcześniej nie publikowane wnętrze synagogi ortodoksyjnej w Bytomiu. W zbiorach rodziny Hirsch są trzy (sic!) takie zdjęcia. Nie posiada ich w zbiorach ani Instytut Leo Baecka w Berlinie, ani w Nowym Jorku czy Yad Vashem w Jerozolimie. Znana jest jedynie fotografia wnętrza reformowanej synagogi bytomskiej. Premierowo i po raz pierwszy pokażemy światu, bo nie tylko górnośląskiej publiczności, jak wyglądała druga z synagog. Wszystko to zdarzy się  9 września w Muzeum Górnośląskim w Bytomiu. Zrobimy to w obecności córki Samuela, Michalę Hirsch-Noy, która tego dnia, wraz z mężem będzie z nami w muzeum.

Czy to zamyka historię Samulea Hirscha, jego daru dla muzeum i wypełnia pamięć o bytomskich Żydach? Z całą pewnością nie. To dopiero jej początek.

Tej historii i kolejnych dotyczące losów górnośląskich Żydów, czy innych społeczności które żyły na Górnym Śląsku. Wiem też jedynie, że nie szybko  coś równie wyjątkowego, tak w sferze materialnej jak i symbolicznej dorówna temu, co do naszej wiedzy o Żydach Górnego Śląska wnosi dar Samuela Hirscha… Kipa, uratowana ze zniszczonej synagogi bytomskiej, świadectwo istnienie społeczności, której już nie ma…

Historia bez tytułu, początku i końca (10). Fotografia

„Roland Barthes przewraca się w grobie ze zgrozy,

słysząc, jak MIT – wtórny system modelujący –

likwiduje pierwotny sens języka, czyli tej fotografii”

(zasłyszane, dziwnie pasujące)

Susan Sontag pisze o fotografiach, po których obejrzeniu się zmieniamy. Bezpowrotnie. Definitywnie. Tak jest w przypadku i tej historii. Staje się inna, a my z nią, gdy oglądamy postaci z jej kart.

To „oglądanie” jest zresztą pojęciem umownym. Lewczyński by się ucieszył. Nie lubiłem jego archeologii fotografii, bo miała cechy grzebania po intymnych szufladach osób bez imienia. Szufladach co prawda wyrzuconych na śmietnik, ale jednak. Tymczasem praktykuję coś na jej kształt, wczytując się w narrację zdjęcia. Tego i kolejnych. Odtwarzając relacje, sekwencje zdarzeń. Ale zdjęć nie wziąłem bez pytania, więc to chyba nie ta sytuacja… Ulga.

Fotografia (ta i inne) właśnie wylądowały w mojej skrzynce mailowej. Przywędrowały aż spod Tel Awiwu. Obrazy, które ucinają spekulacje. W ich miejsce pojawiają się fakty wciąż nieostre, ale jednak pokazują to co było, a nie to co być mogło.

Dzisiaj już wiem więcej. Historia zatem wypełnia się faktami. Daty, osoby. Pewniki.

Pamiętacie to moje krążenie wokół Nocy Kryształowej? Nie chciałem tego, ale w jakimś sensie musiałem, bo tam się ta historia zaczynała i kończyła (czego wciąż nie wiecie). To miała być taka klamra. Dziś wiem, że nic bardziej mylnego. Złudzenie pielgrzyma, który po dotarciu do celu wędrówki odkrywa, że to nie koniec, a początek właśnie.

Gdy nad listopadowym Bytomiem 1938 roku miast mgieł, unosiły się dymy płonących synagog, w tamtym Beuthen nie było już Samuela Franza Hirscha. Nozdrza drażnił gryzący dym palącej się, lakierowanej stolarki. Wznosiły się ku górze czarne dymy z pokryć dachów mykwy, ubojni i synagog.

Samuel nie poszedł do synagogi w piątkowe popołudnie 4 listopada jak wcześniej myślałem. Od ponad roku był w odległym Jokneam Moshavah  w Palestynie i jego życie całkowicie się zmieniło. Z ucznia gimnazjum stał się osadnikiem. Wgryzał się w ziemię, twardniał, spełniał (jak mówią jego bliscy) swój sen o nowym życiu… rolnika.

Szarzało i oddalało się jego Beuthen. Pisane późnej po hebrajsku jako „Boiten”, pogodzi wszystkie tradycje językowe miejsca. Naziści i to co stało się po 15 lipca 1937 roku, było wspomnieniem. Upiornym, żywym, nie dającym spać, ale jednak dalekim. Topografia zbrodni ma wpływ na intensywność odczuwania.

Cały czas nie wiem, czy wyjeżdżając z Bytomia wiedział, że opuszcza miasto na zawsze. Zostawił tu przecież swojego ojca Martina Hirscha, siostry Miriam i Biankę, starszego brata Josepha. Ten ostatni został w Bytomiu, bo miał jeszcze skończyć średnią szkołę i potem wyjechać… Planowanie w czasach zarazy… A jednak zdążyli.
Gdy Samuel stawał się synem rolnika, w Bytomiu był rok 1938. Nie było go zatem wśród tych, którzy patrzyli na unicestwienie świątyni. Także tej, w której śpiewał w chórze podczas nabożeństw.

Martin Hirsch też nie był tego dnia w pobliżu synagogi. O tym co się stało, dowiedział się z opowieści  jakie do domu przy Kattowitzerstrasse 24 przynieśli jego jego brat i siostra. O dantejskich scenach, o przerażeniu tym co zobaczyli i o tym, że najpierw zniszczona została synagoga reformowana, a potem ta należąca do ortodoksyjnych Żydów. Tak mało i tak wiele. Czy to jednak nie jest interesujące, tak obiektywnie i niejako obok tej historii, dowiedzieć się o tym w jakiej kolejności oba domy modlitw zniknęły z powierzchni ziemi? Historycy znają tę sekwencję? To coś nowego?

Dowiaduję się, że Noc Kryształowa stała się (nie tylko w tej rodzinie) wielopokoleniowym tabu. Nie mówiono o niej. Rozumiem to. To dość typowe, a jednak pytam siebie, dlaczego Martin Hirsch poszedł na zgliszcza obu synagog? Przypędzony na miejsce czy z własnej woli? Jałowe spekulacje. Bo przecież, gdyby tam nie poszedł nie byłoby listu jaki Samuel Hirsch wysłał w 1994 roku i dał początek tej opowieści… I nie wysłałby tego, co na miejscu znalazł jego ojciec Martin Hirsch.  Samuel wyraźnie napisał, że to co wysłał odnalezione zostało pośród zgliszczy synagogi… przez jego ojca Martina. Wierzę mu. Nie miał powodu, by kłamać.

Nikt nie wie, jak było. Irytuje mnie taka świadomość. Znowu czas na domysły i spekulacje.  Bywają niebezpieczne. Wymuszają nawracanie i krążenie.

Gdyby zastosować analogię do sytuacji w nieodległych Gleiwitz, już zapewne od 11 listopada śląc pisma i grożąc władze wymuszały na Żydach porządkowanie terenu synagogi i innych budynków gminy, które zniszczono podczas Nocy. W ślad za tym szły upomnienia od nadzoru budowlanego, policji i straży pożarnej. Wszystko w zgodzie z tamtym (bez)praw(i)em.

Nie zapomnę wrażenia jakie zrobiły na mnie oschłe wersy urzędniczej nowomowy, w których – jak w pismach gliwickiego gestapo – ludność żydowska była zobowiązywana do „natychmiastowego usuwania szkód i zniszczeń zagrażających mieszkańcom miasta”. W ślad za tym konstruowane były tabele i zestawienia  kosztów, jakie gmina żydowska miała uiścić z tytułu zabezpieczenia ruin i pogorzelisk.  Pewnie podobne rozkazy popłynęły z adresu przy Gustav-Freytagstrasse (ul. Oświęcimska) 11 – gdzie mieściło się bytomskie gestapo – do miejscowych Żydów i władz gminy…

Martin Hirsch poszedł tam, bo został zmuszony? A może (cofnijmy się do czasów Wojny Światowej, gdy stacjonował w Alzacji na froncie zachodnim) jego przeszłość wojskowa uchroniła go przed takim aktem pohańbienia. Lub było zupełnie inaczej. Poszedł tam, bo nie mógł tam nie być. Bo chciał być razem z tymi, którzy zostali. I pomimo opowieści rodzeństwa zobaczyć co zostało z synagog…

Obłęd zgadywania, przypuszczeń.

Tak czy inaczej, to coś co wysłał po blisko 60 latach, Samuel Hirsch, syn Martina do kiedyś rodzinnego Bytomia, pochodziło z miejsca, które w te dni jeszcze dymiło, śmierdziało swędem spalenizny. Tyle wiemy.

Teraz już wiecie, dlaczego ta historia tak zmaga się ze swoim początkiem, punktem zero.

Ale, ale. Historie przecież mają alternatywne początki. Niech będzie nim zatem zdjęcie Martina Hirscha. W końcu to on był wówczas w Bytomiu… i tak czy inaczej trafił na zgliszcza synagogi…

Martin Hirsch z córkami Bianka (l.) i Miriam (r.) (żródło: zdjęcie z albumu rodzinnego rodziny Hirsch; wszelkie prawa zastrzeżone)

Historia bez tytułu, początku i końca (9). Spacer

Historia, którą mam opowiedzieć powoli dobiega końca. Tak myślałem, ale dziś już wiem, że będzie jednak miała kilka puent i finałów.

Czekam na telefon z Izraela, który pewnie wiele wyjaśni. Wprowadzi też nowych bohaterów do tej historii.

Bohaterowie mojej opowieści wreszcie odzyskują  (z niepamięci) swoje twarze. Widziałem ich zdjęcia. Wreszcie.

Odczułem rodzaj nieskrywanej ulgi, że moja (w sensie opowieści) historia przybierze ludzki wymiar, że spoza miejsc, opisów, przedmiotów ujawni się twarz Martina Hirscha i jego syna Samuela. Są mi potrzebni. Także po to, bym i ja mógł w nią bezwarunkowo uwierzyć. Jak można opowiadać historię wątpiąc w czyjeś istnienie? Nie będąc tego pewnym, ścigając się z domysłami?

Odbywam spacer po Bytomiu. Raz jeszcze. Po miejscach związanych z tą historią.

To wciąż te same miejsca.

Patrzę na to co stanowi resztki murów posesji, na której wznosiły się budynki synagog, mykwy. Nieciągłości muru, jego wygląd jest metaforą tego miasta.

Mur (d.posesja synagogi)

Ponad nim wznosi się kamienica. Z jej okien i tego nie muszę już sobie wyobrażać oglądano pożar synagogi.

Okna, które widziały

W pobliżu placu, przy którym stała synagoga wciąż tkwią budynki straży pożarnej. Ta bliskość nie uchroniła synagogi od spalenia. Miała obrócić się w proch i w niwecz. Więc jej nie ma. A na murze remizy wciąż tkwi relief strażaka. Lekko heroizujący, syntetyczny. Jemu podobni stali 9 listopada 1938 roku na placu Wilhelma Fryderyka, patrząc nieczule na pożar i nieszczęście bytomskich Żydów.

Strażak (relief na budynku straży pożarnej, Bytom)

Inne miejsce jest niezwykłe i w jakimś stopniu metaforycznie pasuje do tej historii. To studnia dawnego hotelu Hamburger Hof. Brzydka, zapuszczona. I to drzewo. Jest. Trwa. Trudno uciec od elementarnej symboliki, gdy się ją nosi w sobie.

Nadzieja (Tył d. Hamburger Hof)

Na koniec ta cegła z wypisanym rokiem 1929.

Kamień węgielny budowanego wówczas w Bytomiu nowego muzeum. Dlaczego tutaj i teraz? Właściwie zdjęcia tego by nie było, gdyby nie fakt, że jedna z piękniejszych fotografii synagogi, jej dachu i wież, wykonana została z dachu nowego muzeum… dwa, trzy lata później. Więc to zdjęcie ma powód by tu być. By być początkiem własnej, odrębnej opowieści.

Może zresztą dowiem się wkrótce, czy Martin i Samuel lubili chodzić do muzeum… Martin – to już wiem – walczył podczas Wojny Światowej. Przeszłość miała dla niego znaczenie, podobnie jak wychowanie obywatelskie syna, więc może myśl o jego wizytach w Oberschlesisches Landesmuseum, nie jest już czymś więcej niż tylko literackim wymysłem…

Kamień węgielny

Zdjęcia. Wkrótce kolejne… słowa w tej opowieści…

Historia bez tytułu, początku i końca (8). List

Napisano go tysiące kilometrów od Bytomia.

Krążąc po północnej mapie Izraela odnalazłem miejscowość, która pojawia się w kartce papieru. Papier jest mocny, dobrej jakości.  Słowa ze stanowczością wybite na maszynie do pisania. Pod nim podpis. To główna postać tej historii.

Osada, z której go wysłano leży na zielonych, południowo-wschodnich stokach Góry Karmel (pol. Winnica Boga). Nazwa pasuje mi do tego co jest moim wspomnieniem Palestyny i Ziemi Świętej. Niemal każde miejsce jest tam naznaczone, słowa mają swoją moc, a ziemia mikro i makro opowieści.

Osada nazywa się Yokneam Moshavah. Leży stosunkowo niedaleko śródziemnomorskiej Hajfy. Dzisiaj liczy około 1 300 mieszkańców.

Założona została w 1935 roku przez żydowskich imigrantów z Europy Środkowej. Spełniali tu swoje marzenia o własnym państwie i nowym, bezpiecznym domu. Ta ostatnia potrzeba dla wielu uciekinierów z Europy musiała być czymś najważniejszym, podstawowym.

Oglądam archiwalne zdjęcia z pierwszych lat osadnictwa. Na szczęście ktoś zebrał je razem i umieścił na You Tube.

Na zdjęciach oglądam proste, wręcz prymitywne domki. Trochę miejscowe, a trochę przypominające te pozostawione w Europie.

Zaorane stoki, sadzone drzewa oliwne i pomarańczowe. Zbierane pierwsze plony. Ciężka praca pierwszych osadników. Nauka nowych zawodów i porzucanie starych, które w warunkach budowania wszystkiego od podstaw stawały się nagle anachroniczne i zupełnie nieprzydatne.

Port w Hajfie był zapewne tym, do którego przybyła rodzina Martina Hirscha, Żyda bytomskiego. Właściciela sklepu z tytoniem, papierosami i cygarami. Ostatni adres sklepu jaki odnajduję to – wedle książki adresowej z 1937 roku – Kattowitzer Strasse 24.

Z pewnym niepokojem i podekscytowaniem wybieram się pod ten adres. Dom wciąż stoi jak stał, a na parterze jak kiedyś wciąż jest sklep. Teraz spożywczo-monopolowy. Z zachowanym, typowym narożnym wejściem. W nie najgorszym stanie.

Wraz z Martinem Hirschem do Palestyny przyjechała jego rodzina.

Żona Rachel Hirsch i syn Samuel. Mimowolny bohater tej opowieści. To właśnie jego podpis znajduje się na końcu listu. Nieco nieporadny, a może po prostu zdradzający jego sędziwy wiek.  To Samuel urodził się 27 listopada 1921 roku w Berlinie. Pamiętacie?

List nie jest długi, ale nie to jest w nim istotne. Ważą zdania wypisane na maszynie. Każde jedno jest jak otwieranie drzwi do przeszłości, choć wydawało się, że ta jest już znana i pewna.  A teraz zatacza coraz szersze kręgi…

(cdn)

Narożny sklep Martina Hirscha (kiedyś Kattowitzer Strasse 24)

Jokneam Moshavah (1936; stopklatka z You Tube)

Historia bez tytułu, początku i końca (7). Archiwum Herpera

Przeglądam archiwalia po Erwinie Herperze, dyrygencie Orkiestry Górnośląskiej (Oberschlesischer Orchesterring) w Bytomiu. Obfita korespondencja z  Żydowskim Związkiem Kulturalnym Górnego Śląska (Juedischer Kulturbund Oberschlesien).  Niestety, jedynie jakieś ułamki z tego, czym było muzyczne życie górnośląskich Żydów.  Jeszcze mniej informacji na temat chóru synagogalnego.

Jakieś zaproszenie na koncert muzyki żydowskich kompozytorów 12 grudnia 1934 roku w Hamburger Hof. W koncercie jest anonsowany udział chóru synagogi reformowanej pod dyrekcją Rosenthala.  Nic więcej, choć tym razem cieszy mnie nazwisko Rosenthala, gdy znajduję je na skanie dokumentu. Jesteśmy już znajomymi? Trochę tak. To przecież ten sam nauczyciel z żydowskiej szkoły podstawowej.

Losy dyrygenta chóru synagogi w Gliwicach Willy’ego Fleischera kierującego gliwickim zespołem przez ponad 25 lat i świętującego ten jubileusz w 1936 roku, dają mi nadzieję że Heinrich Rosenthal z 1913 roku, to ten sam Rosenthal który kieruje chórem w latach trzydziestych. W najgorszym wypadku (bo jak się okazuje to zawód dziedziczony) jego syn lub krewny. Niemal łapczywie i zachłannie rzucam się na zestawienia finansowe gminy bytomskiej z lat 1935-1936, ale niestety Rosenthal i tam jest tylko pozostaje Rosenthalem. Kwestia jego imienia do końca tej opowieści wnosić będzie pierwiastek niepewności. Nie jedyny.

Tak naprawdę nie ma się tu czego chwycić.

W pozycji Wydatki pojawiają się kwoty wyasygnowane na chór. W roku 1935 jest to 700 RM, w 1936 800 RM. Chórmistrz dostaje  w 1935  r. 511,92 RM. Porzucam te słupki. Ciekawe jest może to, że podobne kwoty na swoje chóry w tym czasie wydaje synagoga w Gliwicach. Wspomnienia rabina Jacoba Cohna z Katowic z 1900 roku, uświadamiają mi zaskakujące ustalenie, że 30 lat wcześniej podobne kwoty (bo 750 RM) pokrywały koszty funkcjonowania chóru synagogi w ówczesnych Kattowitz. Zbieżność, która do niczego tutaj nie prowadzi. To wciaz tylko liczby, po prostu. Metadane wypełniające niewiedzę na temat chóru.

Kopalnią wiedzy na jego temat  pozostaje Max R. Guttmann. Gdy trafił w trzeciej klasie szkoły podstawowej do chóru, traktował to jako pewną odmianę od rutyny życia codziennego.  Przygodę, pozwalającą na słuchanie podczas modlitw w synagodze muzyki organowej, którą właśnie od tego czasu szczerze pokochał.

W poszukiwaniu tropów i ich cieni trafiam na lekturę Juedisches Gemeindeblatt z lat 1934-1937. Skany tego tygodnika wydawanego metodą niemal „powielaczową”, wręcz siermiężnego i po prostu lichego (analogia do wydawnictw drugiego obiektu w Polsce lat 80-tych jest najbardziej wskazana), dostarczają niezwykle ciekawej lektury tego czym żyła społeczność Żydów Bytomia, Zabrza i Gliwic.  Życie muzyczne w tym opisie jest też dość bogate, jednak informacji na temat chóru synagogi z Bytomia właściwie nie ma… Jestem rozczarowany. Nic. Nic tam nie znajduję.

Chór pozostanie więc nieznany. Nie dowiem się ilu liczył członków, gdzie i jak często koncertował poza synagogą. Jedynym tropem jest archiwum Erwina Herpera. Jestem mu za to wdzięczny. No i Maxowi Guttmannowi też. Zamykam sprawę chóru. Tymczasem.

(cdn)

To co zostało. Dawny Hamburger Hof, (Bytom lipiec 2016)

Historia bez tytułu, początku i końca (6). Cukierki Pana Bernsteina

9 listopada 1938 roku była środa. Późnym wieczorem tego dnia obie bytomskie synagogi przestały istnieć. To znaczy stały jeszcze ich mury, ale to było wszystko co z nich zostało.

Skoro była to środa, to domyślam się, że śpiew chórów towarzyszących modlitwom szabasowym po raz ostatni wybrzmiał  we wnętrzach bytomskich synagog w piątek 4 listopada 1938 roku. Czy był to tradycyjny Hymn chwały ? Nie wiem.

Nie wiem też (ile tego „nie wiem” w tej historii jeszcze się zdarzy?) jaka była pogoda 4 i 9 listopada 1938 roku w Bytomiu.  Chciałbym wiedzieć jak wyglądał każdy z tych dni, gdy po dekadach istnienia chór synagogalny milkł na zawsze…

Tymczasem trzask płomieni w miejsce śpiewu. Gorąc w listopadowy dzień. Szloch i wyzwiska w miejsce głosu kantora…

Pewnie w ów piątek, 4 listopada, chłopcy z chóru jak zawsze, jak zwykle, „zarobili” po kilka cukierków w sklepie Raphaela Bersteina. Ten bowiem zawsze, jak wspomina Max R. Guttmann, obdarowywał ich kilkoma cukierkami „na łebka”, ilekroć zmierzali w piątkowe wieczory do synagogi. Nie mogli wiedzieć, że to ostatnie takie cukierki. Nie wiedział też pewnie tego mój bohater.  Może wiedząc to doceniliby ich niepowtarzalny smak. Ta historia to ocean domysłów. Takich i innych.

Jest kilka opisów tego, co działo się 9 i 10 listopada 1938 roku w Bytomiu. A w nich historia Nocy kryształowej jako momentu narodzin zła absolutnego i jego upaństwowienia i zinstytucjonalizowania. Uznania przez system jednych za lepszych, a innych za gorszych i niegodnych. Przyzwolenie na nienawiść. To był ten moment, po którym  trudno uwierzyć słowom tych, którzy w 1945 roku powiedzą „nie wiedzieliśmy”. Byliśmy ślepi? Głusi? Nie poczuliśmy swądu spalenizny? Obojętność, co zabija wtedy i dzisiaj.

Każdy z opisów Nocy jest na swój sposób poruszający. Sięgam do mniej znanego, napisanego przez Pana Wernera (znowu ten brak imion!) w liście do córki Suselotte Werner, szczęśliwie przebywającej wówczas w Anglii.

List, znajduje się w kolekcji Instytutu Leo Baecka. Co ciekawe – napisano go w Katowicach, licząc się z tym, że tylko stamtąd będzie możliwa jego wysyłka za granicę.  Powstał 19 listopada 1938 roku. Mimo upływu kilkunastu dni pełen jest emocji, traumy i w istocie poczucia beznadziei.

Gdy dochodzi do opisu zdarzeń z 9 listopada, ojciec Suselotte pisze:

„ Obie synagogi,  jak dom ich opiekuna o nazwisku Totschek spłonęły. Podobnie jak wyposażenie, meble itd. Totschek widząc pożar wyszedł niemal nagi z dozorcówki i został odciągnięty od budynków podobnie jak jego żona. Ta stała jedynie w swojej nocnej koszuli i szlafroku. Strażacy z uwagą obserwowali pożar pilnując, by wszystko się dokładnie spaliło i by ogień nie uszkodził innych domów. Kobiety i mężczyźni zostali dotkliwie pobici, młodzi i starzy. Najbardziej jednak starzy. Znany jest mi przypadek, gdy jedną z kobiet pobito niemal na śmierć. Mógłbym napisać ci dużo, dużo więcej, ale jestem bliski rozchorowania się mając to wszystko przed oczyma i muszę na tym poprzestać. (…) Świat pozna się na tym, ale będzie już za późno (…).”.

Więc gdzie był w tym czasie mój bohater?  Miał niemal dokładnie 17 lat. Przeżył, nie wywieźli do do Buchenwaldu. Czy do jego domu, jak do mieszkania pana Wernera, też wpadli ludzie, bywa że sąsiedzi?

Werner wspomina:  „(…) całe mieszkanie było jedną wielką ruiną. Wszystko co szklane, porcelanowe potłuczone. Mieszanina porozrzucanych talerzy, zastawy, zdjęć, zegarów, dokumentów na podłodze. Fortepian porąbany siekierą, fisharmonia rozbita. Kredens wybebeszony i tez porąbany siekierą, inne meble zniszczone. Krzesła porozbijane na kawałki. Trudno to wszystko opisać.  Oczywiście ta odrobina biżuterii, jaką mieliśmy skradziona. Odłożone 160 marek jakie miałem zapłacić za zdjęcia w sobotę, skradzione. Drobne matki na żywność coś 15 czy 18 marek też. Za co przeżyjemy? Zredukowani zostaliśmy do żebraków. Schowałem się przed napastnikami u wdowy Friedlaender i tam pozostałem do wczoraj [czyli 18 listopada – przyp. L.J.]”. 

Gdzie schował się mój bohater? Jak przeżył  te dni? Powtarzam te pytania bo to,  że przeżył to pewne. Ba, wiem też, że nie wszystko na szczęście spłonęło 9/10 listopada. Gdyby tak było, opowieść ta nie miałaby swej puenty.

Miało być o chórze, a jednak nie jest. A może jest?  Ten inny nieoczekiwany odcinek daje mi czas, by ochłonąć i powrócić do tego, co o chórze wiem.

(cdn)

Gwiazda / Star (Synagoga/Synagogue/Synagoge zum Weissen Storch/pod Białym Bocianem, Wrocław/Breslau)

Historia bez tytułu, początku i końca (5). Maszyna do pisania doktora Kamma

Nowojorskie Forrest Hills. Jedna z enklaw żydowskich w Nowym Jorku.

Otulone sidingiem, małe pobielone domki. Rezydencjonalna zabudowa z połowy lat sześćdziesiątych, w cieniu ceglanych domów mieszkalnych. Na nie i na pobliską 66. Aleję patrzą zmęczone, a może po prostu stare oczy doktora nauk prawniczych Güntera M. Kamma.

Jest rok 1977. Zimny, bezśnieżny poranek 3. lutego. Emerytowany adwokat Kamm właśnie siedzi przy swoim dębowym biurku. Przed nim walizkowa maszyna do pisania (papier zasłania markę) i arkusze papieru, które staranie wypełniają słowa – wspomnienia z Beuthen, Bytomia. Sporządza je dla archiwum Leo Baecka w Nowym Jorku. By pamiętano i by on nie zapomniał. Dr Kamm ma już 75 lat.

Zaczyna się jak niemal zawsze każda taka opowieść i biografia wygnańca.

„Urodziłem się 9 sierpnia 1905 roku w Bytomiu, na Górnym Śląsku”…

W innym miejscu wspomni o swoim ojcu Isidorze Kamm. Przedsiębiorcy zajmującym się sprzedażą mebli i właścicielem nieruchomości w Bytomiu. Ułanie z okresu I wojny światowej.

„Wiosną 1931 roku jako adwokat, dołączyłem do Kancelarii Prawniczej i Notarialnej w Bytomiu  Mandowsky & Schindler”… pisze w kolejnym zdaniu.

Następne zdania są przypomnieniem świata, który począwszy od owej wiosny 1931 roku, zaczął się radykalnie zmieniać.

Wspomnienie z 1 kwietnia 1933 roku. Dr Kamm spisuje swoje wspomnienia, a ja wiem, że pisze o mieście w którym w 1933 roku mieszka 3 148 Żydów. To dane gminy przygotowane na polecenie policji.

Tego dnia, jak wspomina, otrzymał decyzję o pozbawieniu go prawa do wykonywania zawodu. Niemcy nie chcą obcych. Obcy to zdrajcy, jak chce rządowa propaganda. ”Obcy” dziwią się, że są obcy, ale nikt ich nie słucha. Isidor Kamm walczący na frontach Wojny Światowej zdziwiłby się zapewne że jest obcym, że nie jest patriotą…

Decyzja o zakazie wykonywania zawodu zostaje wkrótce cofnięta w wyniku postępowania przed Ligą Narodów i tzw. Petycji Bernheima. Czytam te słowa i nagle  przechodzą mnie dreszcze, bo to jeden z tych prawników, którzy osobiście otarli się o sprawę, którą zajmowałem się kilka lat temu.

W Bytomiu sprawę Petycji Bernheima prowadził radca Georg Weismann. Dr Kamm znał go, współpracował. To dzięki Petycji Bernheima, Żydzi na Górnym Śląsku mogli podnieść do góry głowę i do czasu obowiązywania konwencji cieszyć się, oficjalnie tolerowani, pełnią praw obywatelskich. Po 15 lipca 1937 roku ich świat runął w niwecz. Praktycznie z dnia na dzień.

Z tych wspomnień dowiaduję się jeszcze, że  Georg Weismann przekazał manuskrypt Petycji do Jewish National Library w Jerozolimie.  Znowu dreszcz emocji. Ona tam jest. Czeka. Kiedyś przeczytam oryginał?

Wątki przeplatają się i plączą. Brak chronologii. Emocje? Widzę – nie widząc postać dra Kamma, gdy w Forrest Hills stuka sprawnie (robił to całe życie) w klawiaturę maszyny.

Obrazy z 10 listopada 1938 roku.

Płonące synagogi.

Splądrowane mieszkanie.

Aresztowanie jego rocznej córki. Do bytomskiego aresztu trafia w dziecięcym wózku. Dr Kamm ląduje w KZ Buchenwald. Wrócił do Bytomia w grudniu 1938 roku. Pięćdziesięciu innych Żydów z tego transportu nie.

Zwolnienie (o czym nie pisze, ale to wiem z losów rodziny Karliner z Pyskowic), zawdzięcza uzyskaniu wizy wyjazdowej z Niemiec. Celem jest Szanghaj. Znajdzie się tam już w marcu 1939 roku. Rodzice i teść trafią do Chin drogą przez Syberię w 1940 roku. Nie wiem co to znaczyło w praktyce. Nie pisze.

Znajduję w maszynopisie kilka słów o synagodze bytomskiej.

Obserwuję prawie dziecięce zauroczenie jej dwoma kopułami.  Wspomina, że mieściła 1500 wiernych. W istocie dr Kamm pisze o dwóch domach modlitwy. Mniejsza była świątynią ortodoksyjną. To chyba jej zdjęcia, gdy płonie oglądałem. I klęczących przed nią, zmuszonych do tego przez siły policyjne, ortodoksyjnie ubranych Żydów.

Na moment wraca jeszcze obraz dużej, drugiej synagogi.

Reformowana, z emporami, organami i chórem. Liczyłem na więcej wspomnień o chórze. To przecież mnie interesuje w tej historii, a tutaj nic.  Ale czy mogę się dziwić, że w tej opowieści zdania o chórze (których tu zabrakło) przegrywają z Nocą kryształową i historiami o rabinie dr  Maxie Kopfstein?

Synagoga choć liberalna, to jednak zachowała podział na część zajmowaną przez mężczyzn i kobiety. Oglądam po raz kolejny jedyne zdjęcie z jej wnętrza i przypomina mi się karniowska synagoga. Są bardzo podobne. Tamta stoi, po wnętrzu bytomskiej jest to jedno, jedyne zdjęcie z połowy lat dwudziestych.

Symboliczne sceny.

1926 rok.

Pogrzeb rabina Kopfsteina. Zamknięte w mieście wszystkie szkoły, większość sklepów. Lampy uliczne okryte kirem. Nad grobem przemawiają burmistrz miasta i proboszcz w miejskim kościele Najświętszej Marii Panny ks. Józef (Josef) Niestrój (Niestroy, jak pisze dr Kamm). W imieniu związku rabinów przemawia Leo Baeck. To dla instytutu jego imienia dr Kamm teraz spisuje swoje wspomnienia.

1938 rok

Inny czas. Następca rabina Kopfsteina nie będzie miał już tyle szczęścia. Dr. H. Golinsky trafia z transportem Żydów bytomskich do Buchenwaldu. Przeżyje.

Zatrzymałem się na tych fragmentach wspomnień, a przecież mam czegoś dowiedzieć się o chórze lub tego co może go pośrednio dotyczyć.

Na szczęście są wspomnienia dotyczące młodości dra Kamma.

Szkoła podstawowa. Choć żydowska to o statusie szkoły miejskiej. Popołudniami i w niedzielę prowadzone są zajęcia z języka hebrajskiego. Te opłaca gmina żydowska. Nauczycieli co do zasady miasto.

Padają nazwiska. Wśród nich pojawia się „wykładowca Rosenthal i równocześnie dyrygent w chóru synagogalnego”. Pojawia się (nazwisko) po raz kolejny. Mam już pewność, choć wciąż nie mam imienia. A może jednak mam? W książce adresowej Bytomia z 1912 roku jest Heinrich Rosenthal, nauczyciel w… szkole podstawowej (niem. Volksschule). Mieszkał przy Lindenstrasse 66.

A zatem to Heinrich Rosenthal… dyrygował chórem synagogi w Bytomiu. To na ruchy jego rąk, na jego spojrzeniu koncentrował się mój bohater dwadzieścia lat później? Chyba. To już mocne chyba.

Wspomnienia dra Kamma przynosi mi nowe ustalenia. Jestem mu za to wdzięczny, choć komplikuje rzeczywistość, którą rekonstruuję.

Były bowiem… dwa chóry. Mniejsza synagoga miała własny. Tym chórem kierował dr Max Gruenewald. Mój bohater śpiewał w chórze dużej synagogi. Ale dobrze wiedzieć, ze były dwa.

Odkładam na bok jego wspomnienia.

Moje poszukiwania nie ustają.

(cdn)

Zdjęcie

Historia bez tytułu, początku i końca (4). Sklepy tytoniowe i kolonialne

Nie wiem czy bliższa jest mi pamięć sklepów cynamonowych z kart powieści Schultza, czy też wyobrażenie jakiegoś tajemniczego i dystyngowanego miejsca jakim mógł być sklep tytoniowy Hirscha w Bytomiu.

W oczach stają mi obrazy z filmu Dym (1995, reż.  Paul Auster, Wayne Wang), na które nakłada się wspomnienie gabinetu fajkowego Pana Domu w Willi Oscara Caro. Jego brązowy, koniakowy klimat, przywołuje obrazy wnętrz brązowych kawiarni i pubów Amsterdamu i Brukseli. Zadymionych, przesiąkniętych zapachem dymu, skóry męskich cholew i rękawiczek, odłożonych na bok.

Cygaro, papieros, czy damska cygaretka w odsłonie cywilizacyjnej początku wieku, urastały do pozycji przedmiotów nieco mrocznego pożądania i spełnienia.

Już na samą myśl o aromacie ćmionego cygara staje mi przed oczyma jego żarząca się stopa, powoli oplatana kręgami ognia i nadpalonych tytoniowych krawędzi. Obietnica i zapowiedź. Dym lekko unosi się ku górze, oplata myśli i wyostrza zmysły…

Wyobrażam sobie zatem te sklepy przy ulicy Tarnogórskiej 36, czy Katowickiej 24.  Rzędy półek wypełnionych paczkami papierosów, pudełek z cygarami i ich pobłyskujących pierścieni.  Lufek i innych akcesoriów palacza. Ciemny brąz mebli sklepowych, mosiężne okucia drzwi, klamki drzwi. Niedbale rozłożone gazety na sklepowym stoliku, para foteli wygodnych i rozłożystych, na których stali klienci lubili zasiąść zanim dokonali wyboru cygara lub w chwilę po tym jak trzymali w ręku swoje corona, czy panatela

W takim to sklepie, którego dziś już nie ma, w oddaleniu od synagogi i od Placu Friedricha Wilhelma, ktoś właśnie kupuje kilka cygar Julietta nr 2. (To dobry wybór i gwarancja tego, że cygaro nie będzie nudne – palacze cygar wiedzą o czym mówię).

W powietrzu wciąż jeszcze unosi się trauma Wojny Światowej. Mimo to życie wydaje się być dość pewne i przewidywalne.  Sprzedawca i biorący do ręki cygara mężczyzna nie myślą nawet o tym, że już za lat kilka cygaro to zmieni nazwę na Churchill i będzie to zmiana więcej niż symboliczna…

(cdn)

Wspomnienie (pudełko po cygarach)

Historia bez tytułu, początku i końca… (3) Chór synagogalny w Bytomiu

Według żydowskiej tradycji pełne zrozumienie Tory jest niemożliwe bez odczucia jej dźwięku i brzmienia. Dlatego rytualne odczytywanie jej treści wymaga obecności pierwiastka muzycznego. Na tym gruncie wyrosła funkcja kantorów (chazanów), czyli profesjonalnych śpiewaków i melorecytatorów liturgicznych, a także chórów synagogalnych.

Chór synagogi w Bytomiu cieszył się sławą wykraczającą poza granice miasta i G. Śląska. Podobnie jak chór znani byli bytomscy kantorzy. Rzeczą wyjątkową dla Bytomia było i to, że na organach synagogi (nieortodoksyjnej co prawda) grał nieznany bliżej Küster, nie będący Żydem.

Sam chór tworzyli mężczyźni i chłopcy bytomskiej gminy. W jego składzie rolę altów i sopranów pełnili ci ostatni. Wszyscy dostawali rodzaj niewielkiego honorarium, co było zgoła nietypową i wyjątkową sytuacją.

Jednym z członków chóru, którego powołano w jego skład zapewne rekompensować owe kobiece głosy, był urodzony w  7 czerwca 1921 roku w Katowicach, Max Ruben Guttmann, syn znanego dziennikarza katowickiego Fritza Guttmanna.

Młody Max musiał doskonale znać się z bohaterem mojej opowieści. Myślę, że chodzili do tej samej szkoły przy dawnej Goystrasse 22 (obecnie ulica Rostka). Max dołączył do chóru w wieku 9 lat, w trzeciej klasie szkoły podstawowej.

Max Ruben Guttmann, był jednym z pierwszych napadniętych w Bytomiu Żydów. Stało się to  w drodze na… próbę chóru na Hohenzollernstrasse  (obecnie Jagiellońska) w 1930 roku.  Co za przypadek… ? Nie wiem czy był z nim wtedy bohater tej opowieści. Może… Kolejny klocek do ułożenia w tej mojej układance…

Max R. Guttmann  i bohater tej opowieści przeżyli wojnę, choć tylko Guttmann wrócił na G. Śląsk po 1945 roku. Żył tutaj do 1959 roku. W 1960 roku wyemigrował do USA.

(cdn)

Kamienie (ulica w Bytomiu)