Mann znikąd

To nie pierwszy raz, gdy nagle i zupełnie niespodziewanie wszystkie wątki, myśli i słowa spotykają się w jednym miejscu. Na początku jest tylko ten rodzaj zadziwienia, że „nie wiem i że  mi to umknęło”. Spóźnione pytanie „jak?” pozostające bez odpowiedzi.

Początek był banalny. Tak jak wówczas, gdy oglądając Nirgendwo in Africa (pol. Nigdzie w Afryce, 2003, reż. Caroline Link), dobiegł mnie dźwięk słów Breslau i Juden. Stało się tak mimo tego, że wiedziałem, że film jest adaptacją autobiografii Stephanie Zweig. Śląskość filmu przykuła mnie do ekranu tym silniej. Kazała powracać do tego obrazu po wielokroć.

Breslau popłynęło z ekranu i tym razem w The Best of Men (pol. Najlepsi z najlepszych,  reż. Tim Whitby). A potem przemówił on – filmowy doktor Ludwig Guttmann…

Pomyślałem, jak niewiele wiem.

Jest w Toszku ulica dra Ludwiga Guttmanna, są dwie (szpitalne) tablice. W Chorzowie i Wrocławiu. Tyle.

A sztandarowa publikacja na temat wrocławskich Żydów Macieja Łagiewskiego (Wrocławscy Żydzi 1850-1944, Wrocław 2010), milczy na jego temat. Czy to nie irytuje?

Tost czyli odkrywanie Guttmanna

Ludwig Guttmann, choć fakt ten nie zawsze bywa odnotowywany wprost i jednoznacznie, był niemieckim Żydem urodzonym (3 lipca 1899 roku) na Górnym Śląsku. Tutaj też spędził swą młodość.

Wywodził się z ortodoksyjnej rodziny żydowskiej mieszkającej w pruskim Toszku (wówczas Tost). Rodzina Ludwiga mieszkała w Toszku bardzo krótko, bo już rok później przeprowadziła się do Königshütte (Królewskiej Huty).

Dokumenty zgromadzone w Instytucie Leo Baecka w Berlinie dają nader skromny obraz społeczności żydowskiej w Toszku. Silnie z sobą związanej, mocno osadzonej w tradycji. Nielicznej. II wojna przyniosła całkowitą jej zagładę. Na miejscowym kirkucie zostało osiem macew. Zresztą, może dzisiaj jest ich jeszcze mniej…

Myśląc o żydowskim Toszku, wspominam go jednak w pierwszym rzędzie przez  pryzmat niezwykle zabawnej opowieści zachowanej w archiwach berlińskich i związanej z tym miasteczkiem. Historii z 1873 roku.

Jest w niej mowa o obchodach święta Purim w pruskim i zazwyczaj nobliwym Tost. Bawiono się tego dnia tak dobrze i beztrosko (co  jest częścią kolorytu i tradycji wpisanej w celebrowanie tego święta), że dopiero na miejscowym odwachu policji, stróże prawa  byli w stanie ustalić tożsamość wszystkich uczestników zabawy… Wyjątkowości całej sytuacji dodaje fakt, iż liczba zatrzymanych była znacząco większa, niż liczyła cała lokalna społeczność żydowska Toszka. Bawiło się niemal całe miasto…

Następna stacja – Königshütte

W rok po urodzinach Ludwiga, Guttmanowie opuścili miasteczko położne u stóp zamku, którego krótkimi właścicielami była rodzina von Eichendorff.

Sporo czasu i trudu pochłonęło mi ustalenie tego, gdzie zamieszkała rodzina Guttmann po przeprowadzce do ówczesnej Królewskiej Huty (Chorzowa).

Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, pan dr August Guttmann, nauczyciel w Gimnazjum Królewskim w Królewskiej Hucie i ojciec Ludwiga Guttmanna, zamieszkał wraz z rodziną przy obecnej ulicy Powstańców (Tempelstrasse 26). Czy jest to obecny numer 26… ? Nie wiem. Budynek zdecydowanie wygląda jak ten z epoki chce wierzyć, że to jest to miejsce.

Dość, że stosunkowo liczna rodzina Guttmann cieszyła się z posiadania czwórki dzieci. Trzech córek i jedynego syna, Ludwiga właśnie. W kamienicy zamieszkiwał jeszcze inny nauczyciel miejscowego gimnazjum (Max Hatmann), a także emerytowany nadsztygar Beher, czy rentier Theophil Chran i wielu, wielu innych mieszkańców. Taki śląski mikrokosmos, którego opis przynosi książka adresowa  Königshütte z 1906/1907 roku…

W tym samym gimnazjum (Königliches Gymnasium in Königshütte) Ludwig Guttmann zdał w 1917 roku maturę. Jego ojciec nie był już w tym czasie nauczycielem. Tak przynajmniej wynika ze spisu w sprawozdaniu z działalności placówki z 1915 roku, autorstwa dyrektora gimnazjum dra M. Müllera (archiwum cyfrowe Leo Baecka w Berlinie).

Natychmiast po maturze, Ludwig, jak niemal wszyscy jego koledzy, trafił do wojska. Na jego szczęście służba nie trwała zbyt długo.

To jednak co tak naprawdę ukształtowało jego postawę życiową i zainteresowania, to praktyka w miejscowym szpitalu, jaką odbył w 1917 roku i widok sparaliżowanego górnika, gdy przywieziono go po wypadku na kopalni. Jego agonia przez kolejne 5 dni, poczucie bezsiły pomieszane z brakiem zainteresowania dla jego losu ze strony personelu medycznego, była momentem, jak piszą zgodnie biografowie Guttmanna, który zadecydował o jego dalszych wyborach zawodowych.

Kolejne ścieżki kariery zawodowej Gutmanna po 1918 roku znaczą: Uniwersytety wrocławski i uczelnia w Halle. Początkiem pełnej kariery zawodowej jest uzyskanie tytułu doktora medycyny w 1924 roku. Kolejnym, habilitacja z neurologii w 1930 roku we Wrocławiu i współpraca z tamtejszym  szpitalem neurologicznym.

Breslau

Ponad rok temu, postać Guttmanna przypomniano na łamach Wochenblatt, tygodnika Niemców w Polsce. Z wdzięcznością myśląc o autorze artykułu, nie mogę zrozumieć dlaczego wprost nie pisze się w nim o jego żydowskich korzeniach. Enigmatycznie bowiem i niejasno w tym kontekście wybrzmiewa  poświęcenie i niezwykła odwaga, z jaką Guttmann ratował z listopadowego pogromu 1938 roku sześćdziesiąt osób, udzielając im schronienia w żydowskim szpitalu, którego był dyrektorem…

Informacja ta brzmi wciąż dość zdawkowo. Liczby, daty. Dodajmy zatem do tego trochę życia i emocji. Guttmann zrobił coś znacznie więcej. 10 listopada 1938 roku, w dzień po Nocy Kryształowej, osobiście odbył z funkcjonariuszami gestapo obchód po szpitalu i z liczby 64 osób przyjętych w wyniku pogromu do szpitala, wybronił przed wypisaniem (i odesłaniem do KZ Dachau lub Buchenwald) 60 osób, prezentując ich dokumentację medyczną (sic!),  tłumacząc i uzasadniając konieczność ich pozostania w lecznicy…

Wcześniej, jako świeżo upieczony neurolog, pracował w 1933 roku we wrocławskim  szpitalu Wenzel Hancke, z którego wyrzucono go wiosną 1933 roku, jak wszystkich żydowskich lekarzy, których objął państwowy Berufsverbot. Na Dolnym Śląsku nie obowiązywały przepisy ochronne Konwencji Genewskiej i niearyjscy lekarze z dnia na dzień przestali pracować. To w jakimś sensie zamknęło dalszą karierę Guttmanna.

Ludwig Guttmann kolejne lata spędził w kwartale ulic Hohenzollernstrasse (Sudecka), Neudorferstrasse (Wiśniowa) i Menzelstrasse (Sztabowa) pracując, a od 1937 roku kierując Szpitalem Żydowskim. Zyskał w tym czasie, jak dowodzą wspomnienie innego wrocławskiego neurologa Fritza Richarda Sterna (pochodzącego nomen omen z Pyskowic…) reputację najwybitniejszego neurochirurga w mieście.  Ze szpitalem i swoim Breslau rozstanie się na samym początku 1939 roku.

Anglia

Okazji do ucieczki z nazistowskim Niemiec dostarczyli mu po części sami naziści wyrażając zgodę na wyjazd do Portugalii w celu wyleczenia bliskiego znajomego portugalskiego dyktatora Salazara.

Podróż powrotna Guttmanna pierwotnie  została zaplanowana przez Londyn i okoliczność ta pomogła w decyzji o emigracji. Skorzystał z tej okazji i faktu, że Rada Pomocy Uchodźcom Naukowcom (CARA) wyjednała mu zgodę na pobyt w Wielkiej Brytanii.

W Anglii wraz z żoną Else Samuel Guttmann i dwójką dzieci Dennis i Evy  zatrzymał się w Oksfordzie. 14 marca 1939 roku CARA, wynegocjowała w brytyjskim Home Office zgodę na stały pobyt i przekazała mu i jego rodzinie 250 funtów (odpowiednik  dzisiejszych 10.000 funtów), by w ten sposób pomóc mu w osiedleniu się w Oksfordzie.

Przez kolejne lata Guttmann kontynuował swoje badania nad urazami kręgosłupa w Klinice Neurochirurgii w Nuffield Radcliffe Infirmary.

„Kaleka – taki sam człowiek, jak ja i Ty!”

We wrześniu 1943 roku brytyjski rząd poprosił Guttmanna o podjęcie pracy  w Stoke Mandeville Hospital w Buckinghamshire i zajęcie się inwalidami wojennymi – pacjentami z trwałym paraliżem dolnych kończyn.

Ośrodek otwarto 1 lutego 1944. Guttmann został mianowany jego dyrektorem i pomimo kontrowersji dotyczących metod pracy, jak i samego stylu zarządzania oddziałem, piastował  to stanowisko do 1946 roku.

Jako dyrektor brytyjskiego pierwszego zespołu specjalistycznego leczenia urazów kręgosłupa wierzył, że to sport pozostanie głównym sposobem leczenia i ich rehabilitacji. Przy okazji, pierwszy raz położono w metodzie tej nacisk na odbudowę tężyzny fizycznej osób niepełnosprawnych i odzyskiwanie przez nie szacunku dla samych siebie.

„Pappa” (jak mówili życzliwi i zakochani w nim pacjenci) Guttmann uzyskał obywatelstwo Zjednoczonego Królestwa w 1945 roku. Zorganizował pierwsze Stoke Mandeville Games dla osób niepełnosprawnych dokładnie 28 lipca 1948 roku, a więc tego samego dnia, gdy otwierano Letnie Igrzyskach Olimpijskie w  Londynie. W uznaniu za swoje zasługi otrzymał tytuł szlachecki z rąk królowej brytyjskiej w 1966 roku i to on, uchodźca ze Śląska i wrocławski neurolog, uznawany jest dzisiaj za twórcę igrzysk paraolimpijskich…

Doktor Ludwig Guttmann zmarł 18 marca 1980 w Aylesbury, w Wielkiej Brytanii.

 

Na Górnym Śląsku ma jedną (sic!) ulicę swojego imienia… Cóż za rozrzutność w docenieniu… i pamiętaniu…

Fragment książki adresowej z 19006/1907 roku

historie pisane przez małe „h”

„… z ekscytacją śledzę historię

pisaną przez małe „h”

ks. Jan Kaczkowski

Ten cytat spadł mi z nieba. To pewien stan emocji, który się pojawia, ilekroć powracam do osoby ks. Jana Kaczkowskiego. Na początku mojego z nim spotkania było (lepsze niż bym chciał) rozumienie czym jest walka – w jakimś sensie i w pewnych stanach beznadziejna – z nowotworem. Walka o godne odchodzenie. Rozumienie, że przegrana w tej chorobie oznacza śmierć i prawo do mówienia o tym. Pisałem już o tym kiedyś na swoim blogu. Nie ma potrzeby, by się powtarzać.

Nowotwór, co może oczywiste(?) wyzwala potrzebę mówienia o tym co najważniejsze. Tym bardziej ucieszyłem się, że w swoim rozrachunku na temat tego, co naprawdę jest w życiu „naj” ks. Jan Kaczkowski (Ekskluzywny żebrak, Siedlce 2016) odniósł się także do znaczenia historii najmniejszych, osobistych. O  pamiętaniu o tych, co byli przed nami. Zauważał konieczną i fascynującą potrzebę pochylenia się nad zdarzeniami, które stoją na odległym planie i w tle napisów wyrytych na cmentarnych tablicach. Historiach pisanych z punktu widzenia doświadczenia jednostkowego. Ułomnie małego. O tym „błędzie statystycznym”, jakim w Historii są historie przysłowiowego Jedermanna…

W drodze do pracy mijam  napisy takie jak te. Ułamki słów. Słowa powracające. Bezczelnie wychodzące na powierzchnię życia. Łapią oddech, by dotrwać do jutra. Na Górnym Śląsku nie mają one w istocie prawa do własnej egzystencji (w przeciwieństwie do takich miejsc jak krakowski Kazimierz). Skazane na powolne odchodzenie, blaknięcie. Przed ich unicestwieniem ratują je bieda i zaniedbanie. Nie mam złudzeń, że to ich ostatnie tygodnie, miesiące. Odejdą, zgasną, a z nimi historie, napisane przez małe „h”. Szkoda. Jest we mnie złość z tego powodu.

Lampen (Bytom) Hansa Haus (Bytom)

...Herren... (Chorzów)

Herren (2) (Chorzów) Herren (2) (kolor)

Alojzy Klosa wykonuje (Chorzów) Alojzy Klosa (2) (Chorzów)

Ogrody Cwajki

To nie pierwsza moja wizyta. Trochę wciąż tak samo. A może nawet gorzej. W Słońcu widać lepiej? I to znaczy, że   rzeczy gorzej się mają?

Te same zapachy. Odór  moczu docierajacy do nozdrzy, brud i psie kupy, bo w sumie i o trawnik tutaj trudno. Brudno. Miejsce porzucone, choć wciąż sie tutaj mieszka.

Bramy wjazdowe przycięte do rozmiarów drzwi „Made in China”. Brak tynku na ścianach i cegła skruszała.

Domy z zaślepionymi oknami, wyglądają jak okaleczone.

Cudza pamięć i znajomość topografii miejsca nie (zawsze) pomaga w zrozumieniu i uspokojeniu emocji.

„Lombardi” za rogiem kolejnej ulicy. Z „włoska” brzmiąca nazwa, która łagodzi prawdę o tym, że ktoś tam kogoś oskubie z ostatnich groszy, tak do końca, do spodu. na Amen.

A jednak podniesienie głowy ku szczytom kamienic jest jak nadzieja, która powraca w chwili rozpaczy.

Ogrody Zwajki. Zieleń, egzotyczne owoce i niesłyszalne trele kanarków…

[Esej fotograficzny, Chorzów, Cwajka, 24 wrzesień 2015 r.]

 

Ogrody Cwajki (1)

Słonecznik (Ogrody Cwajki)

Gaje pomarańczowe (Ogrody Cwajki)

Gaje cytrynowe (Orody Cwajki)

Wiszące ogrody (Ogrody Cwajki, Chorzów)

Rajskie ptaki (Ogrody Cwajki)

 

Podróż (1). Zdjęcia dwa

Nieznośmy upał. Teraz ogromna burza. Nawałnica. Nie wiem jak nazywa się stan odwrócenia tego, że więcej wody jest nade mną niż pod stopami? Nie ma Kanta,  by spytać kogoś o sens takiego zaprzeczenia prawa ciężkości.

Wcześniej Nowy Sącz. Bardziej niż gorąco. Chowam się w krótkim półcieniu rzucanym przez skąpe szczyty dachów.

Po raz kolejny, a jestem drugi raz w tym mieście, na witrynie sklepu ze starzyzną, pamiątki z Górnego Śląska. Dziwne i zaskakujące.

Tym razem moją uwagę przykuły dwa zdjęcia z… Chorzowa, a własciwie z Koenigshuette.

Atelier Paula Hildebrandta. Portrety Jej i Jego. Jak trafiły tutaj ich zdjęcia? Nie mogę tego pojąć. Mieszczanie z odległego Górnego Śląska  tutaj (ze mną). Wczoraj ja w Chorzowie, dzisiaj oni z tamtego miasta. Jak nie wierzyć w sens przyciągania się miejsc, ludzi i okoliczności?

Z drugiej strony jeśli pomyśleć o nomadycznej naturze niektórych fotografów z przełomu XIX i XX wieku, wożących ze sobą oprócz namiotu (ciemni), aparat, płyty szklane i statywu, czy zestaw teł na każdą okoliczność, to spotkanie z Paulem, fotografem z Królewskiej Huty, nie musi tak bardzo dziwić.

A może to śląscy, polskojęzyczni Żydzi, którzy w okresie międzywojnia przyjechali do Sącza i tutaj się osiedlili? Nie wiem.

Wdzięczny jestem przypadkowi, że natknęliśmy się na siebie tutaj. Setki kilometrów, które potrafią nic (na szczęście) nie znaczyć.

Ona i on. (Widziane w witrynie sklepu ze starzyzną) Wynurzanie (Portret symboliczny)

 

 

Muzyczne trzy po trzy (moje). Literska i Vorbrodt

To z jednej strony taka zaległość, z drugiej  powracajacy zachwyt nad odkrywaniem istnienia muzyki i muzyków, bez których mój świat odczuwania, wzruszeń byłby zdecydowanie uboższy.

Literska

Gdy pierwszy raz usłyszałem Multikino Technokolor w wykonaniu Joli Literskiej (płyta Małe rzeczy, wspólnie z Rafałem Rękosiewiczem) wiedziałem, że będę ją (płytę) chłonął i chłonął. Nie wiem dlaczego (a może wiem?) nagranie to przypominało mi moją wyprawę do Krainy wielkiego nieba (Big sky country), jak nazywają Montanę… Dziwne? Wiem, że dziwne, ale takie skojarzenie było tym pierwszym, które mnie dopadło. Oglądany tam doroczny indiański Pow-wow odgrywany w rezerwacie Czarnych Stóp, mimo że w nie do końca  zrozumiały sposób, to jednak idealnie pasował do tego co czułem zasłuchany w Multikino… I tym wspomnieniem wciąż otulam tę piosenkę i po części całą płytę…

Vorbrodt

Wczoraj natomiast wpadłem (z niemal trzyletnim opóźnieniem?!) na muzykę, słowa i emocje Joanny Vorbrodt… Jej kreacja w Chorzowskim Centrum Kultury, przy okazji XIII edycji Portu Poetyckiego (tego ostatniego już tak komplementować nie będę, bo sądzę że tym razem było na nim łatwiej o dobrą muzykę niż o wybitną poezję) sprawiła, że  dołączyłem do rosnącego grona wyznawców  alternatywnego, ekspresyjnego i bardzo indywidualnego stylu jej brzmienia.

Wiem, że na Śląsku Vorbrodt jest szczególnie lubiana za piosenkę „Idą górniki drogą”, ale ja chyba wolę jej warszawsko-prasko-bałkańskie brzmienie i teksty, które (jak niegdyś w innej konwencji i tradycji muzycznej utwory Grzesiuka, czy Stanisława Staszewskiego) wpadają w otchłań czarnych dziur stołecznej Pragi, miejsc (nie)nazwanych lub po prostu w otchłań niesklasyfikowaną, jak gdzieś, ktoś trafnie napisał w cyberprzestrzeni (klimaty tego rodzaju uwodzą mnie w utworze Zagraj osła).

A obok tego swobodnie płynące nuty, słowa i dźwięki własne – wymyślone (w takich razach mam nieodparte skojarzenia z aranżacjami Laurie Anderson), które tworzą całość mocno niezwyczajną i pozwalają się rozpływać, zatapiać w słuchaniu i… odczuwaniu.

Zwiewność, subtelność. Dotyk poranka i chłód nocy, mgieł sunących brzegami Wisły i po zakamarkach duszy, zakochanej kobiety? Rodzaj zatrzymania, na które w życiu nie możemy zbyt często sobie pozwolić… Cieszę się, że teksty są równie dobre jak muzyka, a autentyzm tchnący ze sceny nie pozostawia obojętnym. To coś. Autentyzm i niepowtarzalność.

Czekam na kolejne koncerty i płyty…(obu pań).

 ***

Kilka zdjęć z wczorajszego koncertu Joanny Vorbrodt w ramach XIII edycji Portu Poetyckiego [Chorzów, 20 czerwca 2015 r.]

Kolor

Koncert (Joanna Vorbrodt, Chorzów, 20.06. 2015)

Koncert (2) Joanna Vorbrodt

Śpiew (Joanna Vorbrodt, Chorzów, 20.06. 2015)

Black&White

Koncert (Joanna Vorbrodt, Port poetycji, XIII edycja, Chorzów)

Koncert (Joanna Vorbrodt)

"Czy jest tam ktoś..." Joanna Vorbrodt (Chorzów, 20.06. 2015)

 

Huta – esej fotograficzny

Byłem tam dzisiaj. Królewska Huta w Chorzowie. A właściwie to, co z niej zostało.

A zostało niewiele. To smutne. Trochę budynków, pustych przestrzeni i piachu, i gruzu (i… kuriozalny zakaz fotografowania przez obecnego właściciela dawnej huty Arcelor Mittal).

Puste miejsce, jak wyrwane serce. W środku miasta i wspólnoty, którą żywiła. Osierocona Cwajka.

Z nieodległymi wieżami kościoła Elżbiety, Królowej Prus (ciekawe, że patronka kościoła nie dostała się jeszcze na ząb pseudohistoryków i orędowników jedynej prawdy objawionej o dziejach Śląska).

Industriada to świetny projekt edukacyjny.

Pomysł na to, jak inaczej mówić o przeszłości, która uczyniła Górny Śląsk, tym czym był przez ostatnie 200 lat. Takie poszukiwanie korzeń, tam gdzie jeszcze są, ich resztki, ślady, cienie…

Było gorąco. I były spotkania i serdeczne rozmowy.

Widziałem wzruszenie tych, którzy w ślad za muzykami z zespołu Oberschlesien, powtarzali  – Mój Górny Śląsk, to mój ojciec i moja matka…

Zapis fotograficzny z miejsca.

[Chorzów, dawna Huta Królewska, 13 czerwca 2015 r.

Temperatura powietrza –  32,5 stopnia Celsjusza; temperatura serc – nieskończenie wyższa…]

Była huta...

I gdzie jest ta huta ?

Widok zza muru. Kościól Elżbiety

Ja nie mam już nic (Baildon)  i  ty nie masz nic (von Reden).... Industriada. Dawna Huta Królewska (Chorzów)

Data (na ścianie dawnej elektrowni Huty Królewskiej) Okno (detal hali dawnej elektrowni)

Graffiti  Bez tytułu

Koncert

Przeszklenie (fragment wystroju hali)

Huta, która trwa (1) Huta, która wciąż trwa (2)

Hala z 1911 (Huta, która odchodzi)

 Pożegnanie / Forma linearna