Luksusowe żagle nad Tel Awiwem. Izrael (2)

Stare kino. Kronika PAT-u. Reportaż Romualda Gantkowskiego. Jest lato roku 1939.

Na ekranie najpierw widać  miasto z samolotu, a potem przed naszymi oczami pojawiają się już rozświetlone letnim słońcem białe budynki i ulice Tel Awiwu. Miasto liczy wówczas 50 tysięcy mieszkańców i jest spełnieniem snów. O nowym początku, o modernistycznej, a może tylko luksusowej  architekturze trzeciej dekady 20. wieku, jakiej w takim nagromadzeniu nie było nigdzie w Europie.  W stosunku do skali Tel Awiwu niczym jawią się eksperymenty wystawy WUWA we Wrocławiu (1929) czy realizacja osiedla Weissenhoff w Stuttgarcie w 1927 roku.

Kamera rozpoczyna spacer po mieście od Placu Meir Dizengoffa, założyciela miasta i pierwszego burmistrza Tel Awiwu. Krąży po Placu Króla Dawida. Nowo budowanym porcie i elektrowni miasta. Takie bliskowschodnie „Metropolis” na skalę i rozmiar brytyjskiej Palestyny. Jest prąd, jest trud człowieka i nowa forma miasta wyrastającego z niebytu. Taki przekaz. Taki obraz.

Prawdę mówiąc miejsca pokazywane na filmie  nie zmieniły się, by ich nie rozpoznać we współczesnym mieście. Raczej ogarnia nas lekki niepokój, że w stosunku do współczesnego obrazu Tel Awiwu, brak jest jedynie brytyjskich posterunkowych, czerwonych skrzynek królewskiej poczty i angielskojęzycznych szyldów i drogowskazów, których dzisiaj już zdecydowanie mniej w tej części miasta i w ogóle w Tel Awiwie.

Podobnie i dzisiaj spotkanie z Białym Tel Awiwem, można rozpocząć od obu tych miejsc, które intrygowały filmowców blisko 80 lat temu. Spacer po Białym Tel Awiwie można też rozpocząć z innego dowolnie wybranego miejsca w okolicach Bulwaru Rothschilda czy ulicy Allenby, jednej z pierwszych wytyczonych w tym mieście.

Nadal ponad jeden z narożników Placu Króla Dawida wyrasta dynamiczna i opływowa architektura Poli House, wzniesionego w 1934 roku apartamentowca, zaprojektowanego przez Schlomo Liasowskiego. Zrewitalizowany (jego inwestorem był Yehuda Polishuk stąd współczesna nazwa Poli House) jest jednym z hoteli w sieci luksusowych i dizajnerskich Brown Hotels.

Wizyta na placu jest cenna także z innego powodu. Plac Króla Dawida daje  pojęcie o czymś, co jeszcze nie tak dawno działo się w Tel Awiwie i pozwala zobaczyć jak to niegdyś Białe Miasto, zszarzało.  Na przestrzeni minionych 50-ciu lat biel tynków i gładzi elewacji domów  z lat trzydziestych minionego wieku sczerniała i  pokryła się plątaniną nadbudówek i ścianek. Fasady zostały zaś przysłonięte przez nowe otwory okienne, instalacje klimatyzatorów lub po prostu popadły w ruinę, porzucone przez swoich pierwotnych właścicieli.

Tak szaro wyglądał niegdyś cały Biały Tel Awiw jeszcze na początku tego wieku. Stan ten zmienił się po 2003 roku, gdy ponad cztery tysiące budynków wzniesionych w latach trzydziestych i czterdziestych 20.wieku, które znajdują się  na obszarze pierwotnego centrum Tel Avivu  (w kształcie zadanym mu przez urbanistę Patricka Geddes’a po 1929 roku) zostało objęte ochroną i wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Czym jest Biały Tel Awiw? Miastem z marzeń? Kaprysem bogatych inwestorów? Tworem marzycieli i fantastów architektury? Wszystkim po trosze.

Na początku była wizja Meira Dizengoffa, obraz  miasta nowego i niepodobnego do innych. Niemożliwego, bo budowanego na nadmorskich wydmach, a kto buduje na piasku poza szaleńcami? Funkcjonalnego i przyjaznego ludziom, społecznie dostosowanego i odżegnującego się od obrazu miasta przeludnionego i znieprawionego, jaki odnaleźć możemy na berlińskich obrazach Ernsta Ludwiga Kirchnera i współczesnych mu ekspresjonistów.

Była to wizja miasta, która spotkała się nie tylko z żywą odpowiedzią ze strony żydowskich architektów, którzy zaczęli napływać do Palestyny, głównie z terenu Niemiec, gdzie począwszy od 1933 aktywność ruchów związanych z Nową Rzeczowością (Neue Sachlichkeit) została ograniczona niemal do zera.  Architekci owi byli emigrantami ogarniętymi albo ideą syjonizmu lub jak Erich Mendelsohn (do niedawna członek Pruskiej Akademii Sztuk z której go bezceremonialnie wyrzucono w 1933 r.), wygnańcami poszukującymi nowej drogi.

Równie istotne dla takiego rozwoju zdarzeń było to, że ów ruch budowlany znalazł oparcie u miejscowych i europejskich inwestorów, ludzi zamożnych, którzy postanowili dać szansę  początkującym architektom i uznanym gigantom moderny. To, co zostało potem okrzyknięte przez nazistów  mianem sztuki i architektury wynaturzonej, na bielejących wydmach koło arabskiej Jaffy, znalazło życzliwą i szeroką akceptację.

W gronie przybyszy najważniejszą rolę odegrało zaledwie kilku absolwentów Bauhausu (tacy jak Arieh Sharon, czy Munio Weinraub). Inni to  Dov Carmi i Zeev Rechter, Pinchas Hueth, Josef Neufeld, Genia Averbuch,  czy powiązany z Miesem van der Rohe, Richard Kauffmann.

Pośród przybyszy do Tel Avivu znalazł się też cieszący się już światową sławą, wspomniany wcześniej Erich Mendelsohn. Nie pozostał tu jednak zbyt długo. Wybrał Amerykę.  Patrząc wszakże na falujące elewacje wielu spośród budynków Białego Tel Awiwu, odnoszę wrażenie jego wszechobecności w tej części miasta i patrząc na nie mam przed oczyma  jego ostatnie realizacje z Niemiec Weimarskich w Chemnitz (Schocken Kaufhaus), czy z Berlina (Columbus Haus). Katy proste elewacji domów i willi przy reprezentacyjnym bulwarze Rothschilda przypominają mi jego Sedenhaus Weichmann z Gliwic.

Wśród historyków architektury wciąż trwają dyskusje na temat tego, jak dalece w przypadku Białego Tel Awiwu uprawnione jest mówienie o tak jednoznacznym oddziaływaniu szkoły Bauhausu na to co działo się w architekturze tego miasta.

Patrząc na Białe Miasto, uważam, że  jest to swoisty rodzaj syntezy tego, co na grunt tego miasta i społeczności poszukującej tu swojej nowej tożsamości (narodowej i artystycznej) przynieśli  architekci ukształtowani przez awangardę europejską okresu międzywojnia.

Większość z nich pochodziła z Europy, jednak niewielu w istocie wprost powiązanych było z gigantami architektury tego okresu: Gropiusem, van der Rohe, czy Le Corbusierem i Mendelsohnem. Postawiłbym więc raczej tezę, że w przypadku Tel Awiwu mamy do czynienia z pierwszą tak masową recepcją, interpretacją i reakcją na tradycję modernistyczną, zrodzoną kilka i kilkanaście lat wcześniej. I to właśnie stanowi o wyjątkowości tego miejsca i fenomenie Białego Miasta.

Chodząc ulicami Białego Miasta (White City) trudno się uwolnić od wrażenia,  że to miejsce starcia wielu tradycji modernistycznych. Z jednej strony architektura ta miała ambicję zaznaczenia silnego nurtu funkcjonalistycznego  (co było bliskie estetyce i myśli van der Rohe czy Le Corbusiera przede wszystkim), z drugiej zaś strony niosła ze sobą element estetyzującej ekspresji i dynamiki, która (gdy patrzymy na wybiegające tarasy i balkony domów wokół Placu Dizengoffa), jest przypomnieniem mieszanych intencji Gropiusa, jak pisał o jego architekturze  Charles Jencks. Jencks pisząc to wskazał na coś, co dostrzegam w Tel Awiwie i zabudowie Białego miasta. Zderzanie idei maszyny do mieszkania z ekspresją  i estetyką form klasycznych, gotycyzujących czy nowocześnie ekspresjonicznych, jak u Mendelsohna.

Taki właśnie jest architektoniczny obraz Białego Tel Awiwu. Co jednak ciekawe (zważywszy na tradycje awangard początku 20. wieku) wątek społeczny architektury zrodzonej z ducha Bauhausu, gdzieś zniknął  w Tel Awiwie.  To co oglądamy, to w istocie droga architektura  willowa, luksusowe apartamentowce. Architektura idąca już własną drogą i bardzo powierzchownie odwołująca się do ideologii rewolty i  misji architektury, jako czynnika zmiany społecznej.

Wszystko to jednak nie zmienia odczucia, iż Białe Miasto jest w sensie przestrzennym i w odniesieniu do poszczególnych projektów, zjawiskiem nader interesującym. Wartym spaceru i refleksji.

Białe Miasto wytworzyło swoje własne Leitmotivy: kody architektoniczne (termometrowe okna, opływowe fasady, balkony; taśmowe układy okien) czy (co widać doskonale na przykładzie zrewitalizowanego obecnie  dawnego Cinema Esther – obecnie Cinema Hotel) i  formy dizajnu przedmiotu i detalu architektonicznego opartego na kącie prostym i swoistym flircie z geometrycznym art deco.

Estetyka białego putzu (nazywanego Waschputz)  pokrywającego każdy metr kwadratowy nowej architektury, jak niegdyś piasek miejscowe wydmy…

Białe Miasto, skąpane w błękicie nieba i szmaragdzie morza odbijającego się od plaż i brzegów Tel Awiwu. Znowu rozwija swoje białe żagle…

Stary Biały Tel Awiw (Plac Króla Dawida) Stary Biały Tel Awiw, Hakarmel)

Poli Hotel (1933-34) Plac Króla Dawida Poli House (tablica fundacyjna)

Dizengoff Cicrle (94-96), 1936 (m.in. siedziba Cinema Esther)  Fragment zabudowy (Dizengoff Circle, Tel Awiw)

Łuki, fragment budynku przy rondzie Dizengoffa - Białe Miasta, Tel Awiw

Hotel Cinema, Tel Awiw Cinema Hotel, wnętrze d. Cinema Esther

  Wnętrze dawnego Cinema Esther (obecnie Hotel Cinema) Cienie, klatka schodowa d. Cinema Esther,

Detal poręczy (Ciname Hotel  Segregatory z d. Cinema Esther, (obecnie Hotel Cinema)

Plakat d. Cinema Esther (wnętrze Hotelu Cinema)

Hotel Cinema - klatka widok z góry; na parterze historyczny projektor kinowy

White Tel Awiw (fragment elewacji domu rodziny Ariav, 1933) Ariav House Tel Awiw, 1933 (rewitalizacja 2016)

Budynek przy bulwarze Rotschilda (zdj. archiwalne) Rewitalizacja apartamentowca przy Bulwarze Rothschilda (obiekt z 1933-34)

Fragment domu przy Rothschild Blvd / róg Bar Ilan Street 17

Dom Sary Rappaport (Rotschild Blv. 118, 1933) (ciekawy przykład użycia tzw. okien termomentrowych w doświetleniu klatki schodowej)

Willa rodziny Sadowski, archit. Carl Rubin, 1933 Fragment elewacji willi Sadowski

Melchet Str 23 (realizacja z 1933 r.)

Pobielone drzewa i trawy

To niezwykłe, że nie będąc w Olsztynie przez całe swoje dorosłe życie, choć powodów było kilka, w tym roku byłem tam trzykrotnie. Chyba za każdym razem w tle takiego wyjazdu stał Erich Mendelsohn. Spóźniona podróż sentymentalna? Może, ale czy emocje są kiedykolwiek spóźnione? Raczej dojrzewają do momentu, ewoluują i stają się powodem. Na przykład do tego, by zasiąść za kierownicą samochodu i pojechać do… Olsztyna właśnie.

Olsztyn się zmienia. Jest (tak było tym razem) innym miejscem niż zapamiętana z poprzedniej podróży ulica Grunwaldzka, na której może jest serwowany najlepszy kebab (powtarzam za reklamą) w mieście, ale gdzie dominuje szarość i płaskie, pobijane fasady starych kamienic ze skundlonym w ten sposób rodowodem. To co uderzyło mnie tym razem to miasto, może i senne wieczorem i pustawe, ale odzyskujące pamięć, kształt. Z ludźmi, dla których powroty do Olsztyna były świadomą decyzją. Mam wrażenie, że bolesną (bo niosącą pewną dozę niepewności, czy to dobry wybór), ale dającą im teraz sporo satysfakcji, że są u siebie. Takich ludzi przynajmniej spotkałem pod gwiaździstym  nieboskłonem Bet Tahara, Domu Oczyszczenia zaprojektowanego przez Mendelsohna i zrealizowanego w 1913 roku.  Mendelsohn wyjechał z miasta, a „nowi Olsztynianie” ufundowali mu tablicę, że to tutaj, przy ulicy świętej Barbary przyszedł na świat… I może w ten sposób mówią sobie i innym, że można inaczej. Że część ich tożsamości jest już zatopiona w kostce brukowej i elewacjach kamienic miasta i tutaj pozostaną? Nowi Olsztynianie?

Chodząc po ulicach miasta przechodzę obok liceum świętującego 70.lecie swojego istnienia. Rok 1945 przyjmowany jest tutaj jako rok zero. Nullstunde, od której wszystko się zaczęło. Może dlatego łatwiej jest sobie i innym powiedzieć „jestem stąd”?

Pytam ludzi, co to znaczy być olsztynianinem /olsztynianką i nie dostaję dobrej, mnie satysfakcjonującej odpowiedzi. To trochę „łatanie historii” (że byliśmy i jesteśmy z tą ziemią i miejscem powiązani), a trochę powiedzenie sobie, ze jest dość czasu by padła odpowiedz na tak postawione pytanie, kiedyś. A do tego czasu pochylmy się nad miejscem, nad jego historią, obłaskawmy go jako własne, choć geograficznie i historycznie wciąż znajdujące się na końcu światów. Zachodu i Wschodu. Miejsce dotąd(?) dobre do ucieczki, ale nie do życia? Dalekie od Gdańska, Warszawy, Wilna, czy dawnego Królewca, który należy wciąż do innego uniwersum post-sowieckiego człowieka. Ten ostatni przyjeżdża tutaj, „shopuje” i tyle z tego wynika.

A może tożsamość olsztynianina jest jak te macewy lodowe, które w ramach projektu Marcusa Jordana, postawiono w grudniu 2011 roku na terenie dawnego kirkutu, by przypomnieć pamięć nie tylko o miejscu, ale pośrednio o tożsamości Olsztyna. Macewy i słowa na nich wyryte rozpłynęły się, zniknęły, ale woda wsiąkła w ziemię, pobudziła ducha miejsca, wrażliwość na to co było? Pamięć jako stan pobudzania emocji u współczesnych? Świadomość, że potrzebuje znaków i symboli. Niezwykle jest to miejsce przy ulicy Zyndrama z Maszkowic 2…

*

Powrót do, będzie tym razem wyłącznie opisem. Słowa, emocje w słowach i używanie ich, będzie musiało wystarczyć za opis światłem. Zabrakło prądu i mój Nikon D80 okazał się niczym innym jak nieznośnym balastem, ktory wiozę. Skutek? Żadnych zdjęć i decyzja, by kolejnym razem mieć ze sobą aparat analogowy, tak stary jak czas jaki upłynął od mojego spotkania z Mendelsohnem w Gliwicach, ponad dwadzieścia lat temu.

Co zobaczyłem? Szarości, które rozpościerały się nad jeziorami. Były sine i wilgotne. Wyglądały na zmarznięte. Mleczna mgła otulała drogi, ustępowała łagodnie. Ostatnie oddechy jesieni listopadowej? Za mną uśpiony wciąż Olsztyn… potem Olsztynek…

Lasy i drzewa przy drodze lekko się kołysały pobielonymi koronami. Trawy przy drodze wysztywnione szronem… Czekały na słońce, które nie nadchodziło…

Do tego strzępy polskiej, najnowszej historii. Mijam zdewastowany, rewitalizowany (?) pałac Sobańskich w Guzowie. Znam takie miejsca. Wokół zarośniętego parku i poza bramą noszącą herb Junosza (baran na czerwonym polu), dawne czworaki. I te jak i pałac wybebeszone z życia i mieszkańców.  Pałac jeszcze w 1979 roku zagrał w nokturnowo-depresyjnym filmie Klucznik. Dzisiaj po prostu zmaga się z grawitacją i trzeba mocno się rozglądać, by poprzez sitowie stawu i drzewa parku zobaczyć z drogi jego sylwetę.

Skręcam. A1. Jadę dalej na południe.

***

[Olsztyn: 27 listopada 2015 r. –  wykład dedykowany nieznanej historii Domu Tekstylnego Weichmanna, Ericha Mendelsohna. Wkrótce powstanie książka? Mam taką nadzieję.

Podziękowania dla Fundacji BORUSSIA za organizację spotkania i pobytu w Olsztynie]

Zdjęcie macew lodowych ze strony:

Link: http://www.sztetl.org.pl/pl/cms/aktualnosci/2026,lodowe-macewy-na-cmentarzu-w-olsztynie/

Weichmann w Olsztynie (plakat spotkania)

Nieboskłon w Domu Oczyszczenia (Bet Tahara)

Lodowe macewy w Olsztynie (za portalem: Wirtualny Sztetl)

Przekraczanie Rubikonu (8). Metropolis w Neue Galerie

Jest taka wyjątkowa mila w Nowym Jorku (Museum Mile), która jest w istocie przedłużeniem Piątej Alei. Na wysokości Central Parku rozlokowane są wzdłuż tego jej odcinka liczne muzea miasta, poczynając od Met(ropolitam Museum of Art), z którego trudno jest wyjść, bo posiada tak fantastyczne i przepastne zbiory, a kończąc na muzeach mniejszych, jak Neue Galerie, do której dotarłem skuszony tytułem trwającej tam właśnie wystawy Berlin Metropolis 1918-1933.

Wystawa o jakiej kilka słów poniżej (sorry, ale Archibald Motley czeka!) potrwa do 4 stycznia przyszłego roku, więc jeśli ktoś będzie miał na zbyciu 20 dolarów lub będzie to jeden z pierwszych piątków miesiąca, gdy podwoje muzeum stoją otworem dla publiczności, można się tam wybrać.

W samym muzeum jest z reguły kameralnie, podają niezłą kawę i miejsce to ma coś w sobie raczej z przystani dla tych, którzy łakną tradycji i kultury Austrii i Niemiec (oficjalna nazwa instytucji to Neue Galerie. Museum for German and Austrian Art) w Nowym Jorku, niż posiada cechy wybitnej i potężnej instytucji muzealnej. Rodzaj slow museum. Fanom takiego muzealnictwa miejsce to się z pewnością spodoba.

Na co dzień Galeria oferuje zbiory, których lwią część zbudowano na kolekcji nieżyjącego już Serge’a Sabarsky’ego, kolekcjonera i marszanda sztuki secesyjnej i ekspresjonistycznej powstałej w środowiskach artystycznych Wiednia, Monachium i Berlina. Dlatego zapewne na wystawie stałej (tworzą ją zaledwie trzy salony pierwszego pietra pałacu miejskiego, w którym ulokowano Neue Galerie) tyle Oscara Kokoschki, Gustawa Klimta, czy Josefa Olbricha.

Zbiory Sabarsky’ego bywały zresztą pokazywane w Polsce. Zamierzchłe to już czasy, ale w Krakowie w Międzynarodowym Centrum Kultury pokazywano prace wiedeńskich Wilde w połowie lat 90-tych 20. wieku, wywołując w tamtym czasie i klimacie spore poruszenie. Były to bodaj pierwsze prace Kokoschki, czy Schiele’go pokazywane nad Wisłą, a że cenzura obyczajowa już nie szalała, to było w tych pokazach więcej zachwytu niż oburzenia ze strony widzów i krytyki. Jedna i druga spragniona była dzieł  twórców światowych. Kolekcja Sabarsky’ego dawała bodaj namiastkę obcowania z taką właśnie sztuką.

To co jednak ciekawego w Neue Galerie to nie wspomniane prace klasyków przełomu 19.i 20. wieku, lecz znajdująca się na 2. piętrze Galerii opowieść o Niemczech i Berlinie po wielkiej zmianie jaką w życiu tego miasta i państwa był rok 1918 i powstała na gruzach Cesarstwa Republika Weimarska. Lustrem, w którym się przeglądamy i zaglądamy do Niemiec tego okresu jest Berlin pokazany w okresie jego zachłyśnięcia się awangardą, Berlin oddychający moderną, kosmopolityczny. Czarny, jazzowy. Szalony.

Wystawa (kuratorem jest dr Olaf Peters) potwierdza wciąż żywe zainteresowanie tym okresem zarówno po stronie krytyków i historyków, jak i publiczności, która (może szczególnie w Nowym Jorku, gdzie istnieje i spora diaspora emigracji niemieckiej, i liczne środowisko Żydów mających swoje korzenie w krajach niemieckojęzycznych Europy), ustawia się w kolejce, by zobaczyć wystawę (stałem w takiej około 15 minut).

Czy warto? Na pytanie to nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć, ale chyba drugi raz bym się na nią nie wybrał i jest to chyba jakaś forma odpowiedzi nie wprost na to moje pytanie.

Pomimo ambicji mówienia o nowej rzeczywistości (świadoma gra autorów wystawy z kategorią Neue Sachlichkeit, jako nurtu artystyczno- intelektualnego, funkcjonującego w Berlinie w drugiej połowie lat 20-tych XX wieku), obracamy się raczej wokół tradycyjnego dla podobnych wystaw odtwarzania obrazu tamtego miasta i tamtego społeczeństwa (co już wielokrotnie robiono i powiedzmy to sobie wprost na znacznie lepszym poziomie, jak między innymi w obrębie wystaw zestawiających ze sobą dwie awangardy artystyczne Berlina i Tokio).

Na wystawie mamy więc miasto w biegunowym ujęciu. Jeden oparto na wizji miasta i społeczeństwa rodem z „Metropolis” Fritza Langa. Potężnego, żarłocznego i… fascynującego. W jego cieniu rozgrywa się narracyjna i niemal dokumentalna (choć nie mniej przerażająca chwilami) opowieść o Berlinie współczesnym dla czasu wystawy, w filmie Alfreda Döblina „Berlin Aleksanderplatz” z końca lat dwudziestych XX wieku.

Na przeciwległym biegunie umieszczono oniryczne, kabaretowe i ultranowoczesne migawki z miasta, które znajdujemy na obrazach Ludwiga Kirchnera, Georga Grosze, czy na fotomontażach Johna Heartfielda. Półnagie zdjęcia Josephine Baker w kabaretach Berlina to ikoniczny obraz nowego Berlina. W jego i jej tle nowa kobieta (Neue Frau), berlińska kobieta wyzwolona, która po wojnie jest już inna od tej z kojarzonej z tradycyjnymi trzema K(kościół), K(uchnia), K(ilkoro dzieci). Nowa jest niepodobna do niczego wcześniej co widział Berlin przed 1914 rokiem. Inaczej ubrana i uczesana, inaczej odczuwająca. Wyzwolona, także w sferze seksualnej jak dowodzi bardzo odważny obraz Christiana Schada Girls/ Dziewczęta z 1928 roku, które w mieście bez mężczyzn leniwie  masturbują się na naszych oczach…

Jeśli już pójdziemy na tę wystawę to dlaczego warto to uczynić? Ja miałem swój powód i był nim Berlin. Jakie mogą być inne?

Wystawa to natłok obiektów (głównie obrazów ekspresjonistycznych tego czasu, do wymienionej już grupy artystów dodajmy m.in. prace Otto Dixa, czy Maxa Beckmanna). Zamierzony lub nie rodzaj kolażu wrażeń i ikon (z) tego czasu właśnie. Trochę wymuszone (bo ograniczone przestrzenią sal wystawowych), a trochę przemyślane, by dać obraz pełny i zróżnicowany.

Obok tego sztuka plakatu, fotografii (rewelacyjny Herbert Bayer, Lonely Metropolitan, 1932) i przede wszystkim (także w obrębie narracji o schyłku Berlina urodzonego 1918 roku, a umierającego w 1933 roku w cieniu brunatnych koszul) fantastyczne dokonania grafiki fotograficznej (zaangażowanej społecznie) wspomnianego już tutaj wcześniej Johna Heartfielda. Duża gratka by zobaczyć je tutaj w oryginale.

Na szczęście (nie tylko dla mnie) na wystawie pojawia się tez opowieść o architekturze miasta, architekturze Niemiec tego okresu, pośrednio Europy.

Głos zyskuje cała awangarda i przywiezione specjalnie na tę wystawę eksponaty między innymi z Niemieckiego Muzeum Architektury z Frankfurtu nad Menem. Wśród nich oryginalne rysunki Miesa van der  Rohe (w tym słynny wieżowiec zaprojektowany na Aleksanderplatz), czy projekty Ericha Mendelsohna, wraz z jego gipsowym modelem Wieży Einsteina w Poczdamie. Lekki uścisk w gardle i moment niezwykły dla kogoś, kto jego architekturze poświęcił kawałek swojego życia. Obok tego lekka irytacja, że jak rzadko w nowojorskich muzeach, nie można robić zdjęć na wystawie. Właściwie pisząc o niej na swoim blogu robię wyjątek od wyjątków, bo wystawy na których nie można dokumentować, by móc o nich potem pisać, w jakimś sensie nie interesują mnie (jako przedmiot opisu właśnie). Będziecie w Nowym Jorku, wpadnijcie, zobaczcie. Może jednak warto? Wciąż nie wiem…

***

Co: Berlin Metropolis: 1918-1933

Gdzie:   Neue Galerie, Nowy Jork

1048 Fifth Ave.

Wstęp: 20 USD

 Berlińskie Metropolis

 

Otwórz oczy na… fotografię (i Berlin)

Berlin widziany podczas tych ostatnich dni przyjemnie mnie uwodzi. W jakimś sensie to relacja obustronna, bo miasto wciąż mile zaskakuje (lub odwrotnie, jest po prostu sobą?), a ja pozostaję pod jego urokiem.

Berlin jest sobą zarówno wtedy, gdy ucinam sobie krótką rozmowę ze sprzedawcą Currywurstu późnym wieczorem, gdy klientów mniej i można poczytać ulubioną gazetę, jak i wówczas gdy zmierzając do siebie mijam po drodze tutejszą knajpę na rogu. Przez szeroko otwarte okno (wieczory są zaskakująco ciepłe ostatnio) widzę kilka stolików, które w dużej liczbie obsiedli starsi panowie. Pochłonięci są w takim samym stopniu rozmową o niczym, jak i w grą w karty, bo w końcu ktoś musi postawić to piwo (no i je wypić) zanim zamkną lokal.

Kilka utartych dróg wyprowadza mnie z centrum miasta.

Mijam jedno z ostatnich dzieł Ericha Mendelsohna w Berlinie i w Niemczech w ogóle.

Postanowiłem wreszcie zobaczyć zaprojektowaną przez niego siedzibę IG Metall z 1930 roku. W budynku tym jest wiele z Mendelsohna, którego znałem i niewiele mniej z architekta, który w wyraźny sposób szedł już nową, własną drogą. Trzy lata później nie będzie już Mendelsohna w nazistowskich Niemczech, zmieni imię na Eric i definitywnie zamknie ten rozdział w swojej twórczości i życiu, przede wszystkim.

Gdy dzisiaj spoglądam na fasadę IG Metall jest dla mnie pewną ironią to, że jego realizacje w Niemczech, przez kolejne dekady były systematycznie wyburzane, choć w większości zostały oszczędzone przez wojnę.  Tak znikną domy towarowe braci Schocken w Stuttgarcie i Norymberdze. Buldożery nie zostawią kamienia na kamieniu po słynnym Columbus Haus, gdy odbudowany po wojnie spłonie podczas zamieszek 1953 roku we Wschodnim Berlinie.  IG Metall jest na szczęście na swoim miejscu i po gruntownej rewitalizacji w 1995 roku jest jednym z zaledwie kilku berlińskich śladów Mendelsohna w tym mieście. Zostawiam za sobą charakterystyczną szklaną latarnię fasady IG i brnę w nowe (dla mnie) terytoria Berlina.

Skuszony wysokim murowanym ogrodzeniem, trafiam po drodze do stacji metra na pochodzący z końca osiemnastego wieku cmentarz przy ewangelickiej parafii kościoła Świętego Krzyża (die Heilig-Kreuz Kirche). Znajdujący się po przekątnej świątyni cmentarz (przy Zossener Strasse) swoim wysokim murem i sterczynami neogotyckich grobów zdradza bycie miejscem innym od tego, co wokół i teraz.  Za lekko uchyloną bramą przetacza się i dudni w uszach cisza. Wyraźnie oddziela to co istotne, od tego co dzieje się za wysokim murem cmentarza. Dociera tu delikatny szmer samochodów i przebijające się przezeń dzwonki rowerów. Tyle. Reszta jest błogim spokojem.

Krążę po nekropoli. Kilka „dzień dobry” rozwiazuje problem zaufania (lub raczej jego chwilowego braku) gdy spotykam obecnych to ludzi. W większości wiekowych, lekko zaskoczonych wizytą kogoś z aparatem w widoczny sposób bez celu krążącego po nekropolii. Guten Tag uspokaja i pozwala wrócić do utartych zajęć w tym miejscu. zabierają swoje konewki wiszące na specjalnych stelażach i zabezpieczone kłódkami i idą. znikaja w oddali ścieżek, kryjąc się za konstrukcjami imponujących nagrobków.

Wokół groby i tablice. Radcy budowlani, urzędnicy królewskiego dworu, urzędnicy i ich pogrążone w smutku kobiety. Odchodzą poźniej? Zapewne. Jeśli słowa wyryte w kamieniu mają mówić prawdę, to jest tak z pewnością.

Niespodziewanie wpadam niemal na mające formę greckiej świątyni mauzoleum rodziny… Caro. Grabarz (jest jeszcze taki zawód?) pytany nie wie zbyt wiele, kto co i jak. Moja ciekawość i pytanie o związki (potencjalne) z Oscarem w Gliwicach, pozostają na tym etapie bez dobrej, ba… jakiejkolwiek odpowiedzi.

Ten dzień kończy wizyta w okolicy dworca Zoo.

Nie, nie z powodu dawnej sławy, czy raczej niesławy tego miejsca i poruszającego filmu sprzed ponad trzydziestu już lat (Wir Kinder von Bahnhof Zoo, reż. Udi Edel, 1981). Adresem który kusi, jest America Haus i znajdujące się tam CIO Berlin, miejscowa świątynia fotografii.

100 lat istnienia małoobrazkowej fotografii spod znaku Leica, to doskonała okazja, by istotnie otworzyć (szeroko) oczy (tytuł wystawy to Augen Auf!) i zobaczyć jak zmieniła się fotografia od słynnego zdjęcia Roberta Capy Ranny żołnierz (inny tytuł: Śmierć lojalisty/The Falling soldier) z 1936 roku. Od tego czasu (tak zwykło się każdorazowo mawiać przy podobnych zdarzeniach i aktach kreacji jak ten) nasze oczy pozostały szeroko otwarte bo zrozumieliśmy, że nic nie będzie już takie samo, jak przed spustem migawki aparatu Leica, którą Capa trzymał (wówczas) w dłoniach.

Wystawa jest świetna, miejscami niezwykle ciekawa. Recenzja już wkrótce. Powiem już teraz. Warto, warto ją obejrzeć.

Currywurst station

IG Metall (E. Mendelsohn/ R. Reichel, 1930)

Ślady  / Caro (Berlin, cmentarz przy Zossener Strasse)

Augen Auf! / Otwórz Oczy!

Okno Scharouna. Berlin jakiego nie (po)znacie

Otwarty dzień zabytków zdarza się i tutaj raz do roku. Jest częścią Europejskich Dni Dziedzictwa i w mieście takim jak Berlin oznacza bardzo często szansę na poznanie miejsc niezwykłych, z rzadka udostępnianych lub po prostu nieznanych szerszej publiczności.

Na pocżatek krótki rys topograficzny Berlina i miejsca gdzie się znalazłem. Jestem w dzielnicy Charlottenburg – Nord. To niezbyt dobry adres zarówno wtedy, gdy projektował tu domy wielorodzinne Hans Scharoun, jak dzisiaj, gdy lokalizacja ta wciąż zdradza gorszy status społeczny jego mieszkańców.

W pierwszym odruchu chciałem napisać, że znalazłem się na jednym z wielu typowych i tutaj  blokowisk, ale byłby to opis nieprecyzyjny, naganny i z pewnością odbierający wartość dziełu Scharouna. Nie są to bowiem wzniesione w wielkiej płycie osiedla, jakie znamy z NRD, a  dziś stoją puste i są masowo opuszczane przez swoich mieszkańców (wiele z nich dzisiaj „za chwilę” przyjmie emigrantów z Syrii i Bliskiego Wschodu). Miejsca takie znamy zresztą wszyscy. Upstrzone są nimi pejzaże miast powojennej Polski, dawnej Czechosłowacji i krajów byłego bloku Wschodniego. Swoje doświadczenie mają też w tym zakresie mieszkańcy anonimowych przedmieść we Francji, czy w Wielkiej Brytanii. „Maszyny do mieszkania”, by odwołać się do innego wielkiego klasyka modernizmu Le Corbusiera stały sie niemal w każdym z tych krajów bardziej maszynkami do nocowania niz uszczęśliwiania ludzi, w istocie pogłębiając poczucie anonimowości i  wyobcowanie ich mieszkańców. Jak pamiętacie (lub nie) to właśnie pierwsze  wyburzenie blokowisk  w 1972 roku w St. Louis (USA), Charles Jencks potraktował jako symboliczny początek post-modernizmu i nadziei na nowe i lepsze w architekturze. Nic dziwnego, że skazanie na zagładę wielotysięcznych mrówkowców stało się momentem symbolicznym w historii architektury końca 20. wieku.

Myśli te i podobne dosięgają mnie, gdy stoję przed wejściem do wysokościowca przy ulicy Heilmannring 66A w dzielnicy Böblingen. (Podaję ten adres mając nadzieję, że wytrwałym pomoże w dotarciu do mieszkania Scharouna). Wieżowiec (niem. Wohnhochhaus) Orplid liczy przyzwoite siedem pięter i nawet w tej liczbie widać powściągliwość Scharouna i jego inne – od reprezentowanego przez współczesnych mu architektów – myślenie o architekturze projektowanej na miarę przeciętnego człowieka, owego Jedermanna II połowy 20. wieku.

W życiu tego osiedla to dzień szczególny. Wieżowiec projektu Hansa Scharouna przykuwa uwagę wielu gości i z niekłamaną radością widzę, jak z rożnych stron, wąskimi strumykami docierają pod ten adres miłośnicy berlińskiego, światowego (?) modernizmu.

To więcej niż truzim powiedzieć, że Hans Scharoun to gigant światowego modernizmu. Obecny niemal od początku w jego głównym, modernistycznym nurcie, począwszy od eksperymentujących z formą ekspresjonistów z kręgu Gläserne Kätte (Szklany- Łańcuch / Krystaliczne – Stowarzyszenie), a skończywszy na środowisku uprawiającym architekturę organiczną. Ta ostatnia ewoluując, uparcie poszukiwała funkcjonalnie zindywidualizowanych rozwiązań i charakteru. To ostatnie nie było typowe dla większości architektów tego okresu i w tym sensie także pozytywnie wyróżnia Scharouna z ich grona.  Scharoun stworzył własny kod przestrzenny i formalny, który  – jak w przypadku Filharmonii Berlińskiej (1953-1963) – utrwalił się pod definicją pejzażu architektonicznego.  Architektury funkcjonalnie przemyślanej, zróżnicowanej. Uwzględniającej zarówno sferę symboliczną, jak i jej funkcję właśnie. Pewnie dlatego projektowane przez Scharouna szkoły odwoływały się do struktury całego miasta, kreowały swoisty mikrokosmos świata dziecięcego, podobnie zróżnicowanego, wielowątkowego jak świat człowieka dorosłego.

Scharoun był z kilku powodów architektem niezwykłym. Był, o czym warto pamiętać w na blogu takim jak ten (w części dedykowanego Śląskowi), powiązany w latach dwudziestych  20. wieku, ze środowiskiem awangardy wrocławskiej. Bez wątpienia znajduje się też  gdzieś w tle awangardowej wystawy architektonicznej WUWA  z 1929 roku.

To jednak co przy okazji rozważań na jego temat uznaję za wyjątkowe i zupełnie nietypowe, to fakt iż jak mówił, chciał zawsze mieszkać w takich budynkach, które zaprojektował dla ludzi. Nie można powiedzieć chyba nic bardziej uwiarygadniającego postawę architekta. Chciałoby się powiedzieć, że ryzykował to co Bertold Brecht nazywał sytuacją, w której jeśli krzywo siedzisz, to krzywo myślisz. Projektując architekturę mieszkaniową Scharoun sam stawał się podmiotem tego projektowania, a nie statystycznym mieszkańcem sprowadzonym do norm budowalnych i rachunku ekonomicznego. Nie traktował też użytkownika architektury jak funkcjonalistycznego eksperymentu, który logiki i planu mieszkania (i zadanych mu funkcji) nie rozumie, sprzeciwia się mu i w konsekwencji pomstuje na dzieło (najczęściej) anonimowego architekta.

Atelier Scharouna jest więc właśnie takim mieszkaniem, w którym projektując osiedle w dzielnicy Böblingen zamieszkali wspólnie Margit i Hans Scharoun.

Mieszkanie znajduje się na siódmym piętrze wspomnianego wieżowca.  Docieramy nań typową, lekko przyciasną jak na współczesne potrzeby windą. Nie mieszczą się w niej kolejne osoby zainteresowane wizytą w mieszkaniu Scharoun(-ów). Kolejka na dole nader szybko rośnie w czasie, gdy z inną grupą docieram szczęśliwie na ostatnią kondygnację wieżowca.

Mieszkanie liczy około 70m2. Może nieco więcej, jeśli dodać do tego taras i znajdującą się na niższym piętrze sypialnię.

To co oglądam, jest z ducha bardziej atelier artysty i samotnią architekta, niż typowym mieszkaniem. Przypomina miejsce spotkań i projektowania nowego niż wprost jest miejscem do życia i zamieszkiwania. Ale życiem Scharouna była architektura, więc tak naprawdę wszystko jest na swoim miejscu. Projektem sporządzonym na jego miarę i z uwzględnieniem jego potrzeby. I – co warto podreślić – wciąż w obrębie typowego planu mieszkania w tym budynku.

Gdy pisze, że znajduję na miejscu wszystko w takim stanie jakim było w przeszłości, to jest to opis ułomny. Nie ma oczywiście tego, co było wyposażeniem osobistym małżeństwa Scharoun. Mieszkanie pozostawiono zwiedzającym  jako projekt niejako „czekający na zasiedlenie” i przed zmianami wprowadzanymi przez jego użytkowników. Pozostały więc na miejscu wbudowane w ściany i będące integralną częścią projektu meble. Są to między innymi regały na książki oddzielające sypialnię od pracowni architekta i salonu. Podobnie autentyczny i pierwotny charakter ma zabudowana kuchnia.

Scharoun nie jest w tym projekcie dogmatycznym orędownikiem tradycji modernistycznej. To oczywiste z dwóch co najmniej powodów. Po pierwsze, dużo wcześniej poszedł własną drogą. Projektując i to atelier, i ów cały wieżowiec był  już ukształtowanym, dojrzałym, ba… niemal  schodzącym z firmamentu architektem.

Po wtóre, nigdy nie był dogmatykiem.

Gdy wszedłem do pierwszego pomieszczania z bardzo krótkiego przedpokoju, trafiłem na kuchnię, o której inny reformator masowego budownictwa z czasów młodości Scharouna, Bruno Taut powiedziałby że jest zdecydowanie za duża  i nie daje kobiecie (jedynie ją tam umiejscawiał?) komfortu dostępu do  wszystkich przedmiotów i sprzętów. Przypomnijmy, że Taut który sam  chyba nie gościł w kuchni zbyt często, proponował jej rozmiary 2×3 metry, argumentując przy tym, że niemal każdy sprzęt w kuchni powinien być na wyciągnięcie ręki gospodyni domowej… 

Kolejne mijane pomieszczenia to łazienka i WC, nieco klatkowate, małe, przypominające bardziej kabiny transatlantyku. Skojarzenie poniekąd słuszne, bo i ten wieżowiec, jak i inne realizacje Scharouna z tego czasu „płyną” i rozpruwają powietrze wokół. Także w samej  łazience doświetlenie wnętrza zapewnia okrągłe, nawiązujące okrętowego bulaja okno wychodzące na korytarz. Dalej już pracownia, dzisiaj ascetyczna, która łączy się  z minimalistycznie zaprojektowaną sypialnią, oświetloną typowymi, lecz wówczas rewolucyjnymi w swoim kształcie lejkowatymi lampami, które pionowo zwisają z sufitu.

Łączący się z sypialnią salon (oddzielony przez kotarę zaprojektowaną przez Scharouna i wspomnianymi już wcześniej regałami na książki), to miejsce które było dosłownym i symbolicznym centrum wszechświata jego mieszkańców.

To co w jego przestrzeni uderza i pobudza wyobraźnię gościa to ogromnych rozmiarów okno, za którym roztacza się zielona przestrzeń miasta i osiedla. Symboliczna, bo i ona upstrzona jest lekko rozkołysanymi sylwetkami wieżowców podobnych do tego, w którym jesteśmy. Widziane w oddali krzywizny Scharouna  są dla mnie miłym, bo osobistym przypomnieniem falujących form Mendelsohna.

Poniżej ogromnej szyby (asocjacje z Marcelem Duchampem może nie są aż takie odległe), rozsypane w betonowej rynnie leżą kamienie i kamyczki.

Leżą, ocierają się o siebie, w statycznym bezruchu gotowe na to, by ktoś taki jak Hans Scharoun tchnął w nie życie.

Kamienie z Prus Wschodnich, Dolnego Śląska, czy Berlina i Stuttgartu. Miejsc, gdzie projektował, ale to wyłącznie moja sugestia i licencia poetica. Godzę się z tym, że  równie dobrze wydobyto je z kamienistego dna Sprewy…

Nieważne. Istotne jest to, że takie i podobne im kamienie zamieniał w struktury architektoniczne. Ta forma, ten obraz jaki odnajduję w atelier Scharouna, zamierzony lub nie, skutecznie do mnie przemawia. Jest dobrym opisem stanu emocji, które noszę w sobie, gdy opuszczam mieszkanie przy Heilmannring 66A.

[esej fotograficzny z miejsca – wkrótce]

Krzywizny Scharouna (widok z tarasu mieszkania małżeństwa Scharoun)

Ogród Scharouna (fragment kuchni w atelier Margit i Hansa Scharoun, Berlin)

Kuchnia

Bulaj (łazienka w atelier H. Scharouna)

Pracownia (w głębi) i sypialnia

Jest - było (1) Było - jest (2) (w tle regały biblioteki H. Scharouna)

Kamienie i szyba (za oknem taras; fragment)

Pejzaż prowincjonalny

Między Półwsią, a Kamieńcem

Wyprawy na tzw. Ziemie Odzyskane mają niemal zawsze ten sam posmak. Są odkrywaniem świata w jakiejś części nieznanego, ale dziwnie bliskiego.

To okaleczona rzeczywistość wsi i miasteczek, w których często jedynym świadectwem tego co pozostało po  przeszłości jest miejscowy kościół, czasami fragment zabudowy rynku, miejscowe więzienie, koszary. Utylitaryzm wojenny i pragmatyzm gospodarczy w jednym. Przy zrujnowanych majątkach dziwnym trafem to co ocalało i służyło przez kolejne dekady (aż do ich fizycznego unicestwienia) to były obory, stajnie, magazyny. Taki obraz zastałem między innymi w Kamieńcu (dawnej Finckenstein), wiosce leżącej około 8 kilometrów od Susza…

Mijane wioski, nomen omen Półwieś czy Zalewo, były niczym więcej jak szpiczastymi wieżami kościołów, drogami wybrukowanymi polnymi kamieniami. W każdej z wsi, jak Kamieńcu, sklep jest po prostu sklepem i cieszy prostym szyldem informującym o tym doniosłym fakcie. Inna sprawa, że wystarczy się przy nim zatrzymać, by zrozumieć, że to centrum miejscowego życia, punkt informacji turystycznej i infiltracji przybyszy, którzy z niewiadomych powodów, przybywają do osady…

W Kamieńcu wszystkim wydaje się cokolwiek podejrzane, że ktoś jeszcze (tzn. ja) chce zobaczyć ruiny pałacu, o którym miejscowi wiedzą, że bywał w nim Napoleon, książę Poniatowski czy słynna Maria Walewska (o Adolfie Hitlerze nie wspominając, bo po co drażnić i to rozpamiętywać, choć i o niego pytają niektórzy turyści). A przecież, zdaniem mieszkańców, to coraz mniej malownicza ruina, która doprawdy w niczym nie jest bardziej atrakcyjna od sąsiadującego z nią, dobrze wyposażonego sklepu z piwem, alkoholem i zagrychą. No tak wziąć coś na ząb, popić i popatrzeć na znajdujący się vis a vis szkielet dawnej siedziby rodu Finckenstein, to może miałoby i sens. Ale tak bez zakąski, gdy człowiek wypije i popatrzy na to wszystko dopadają go tylko smutne myśli nad bezsensem gromadzenia dóbr i przemijaniem wszystkiego… Więc po co? No może miłość trwa wiecznie, to znaczy wspomnienie o niej, bo taka Walewska i Napoleon to już całkiem ludzka historia jest i nawet ruiny zyskują na urodzie…

Olsztyn

Olsztyn, była stolica Prus Wschodnich to miasto okaleczone i wciąż nie na swoim miejscu.

Dziwnej urody rynek z wypreparowanymi fasadami kamieniczek, niemal niewolniczo powtarzającymi pseudohistoryczną zabudowę jaką można spotkać przy placach i na rynkach Dolnego Śląska, gdy masowo je odbudowywano nadając piastowskie formy i artyzm bliski architekturze „Panienki z okienka” (1964) czy „Historii żółtej ciżemki” (1961). Kicz i historyzujący banał. Brzydota i tandetne materiały…

Czas zresztą obchodzi się z tymi formami nader okrutnie. Pseudohistoryczne aplikacje, reliefy i sgraffito dzisiaj epatują estetyką, która do nikogo nie przemawia. Z ducha socrealistyczna, z formy modernizująca, prowokuje do jej usunięcia i powtórzenia za Adolfem Loosem, że „Less is more”.

W tym oceanie nijakości i form niby na niby, cieszą takie miejsca jak budynek na rogu rynku i św. Barbary 1. Miejsce, bo już nie sam dom, związany jest z postacią giganta architektury niemieckiej i europejskiej I połowy 20. Erichem Mendelsohnem, który pod koniec 19. wieku przyszedł na świat i spędził swoją młodość w Olsztynie, gdy ten nazywał się Allenstein.

Mendelsohn, syn kupca tekstylnego, ostatecznie porzucił intratną przyszłość handlowca i balwierza i w Olsztynie jeszcze zdążył zadebiutować jako architekt, wznosząc na zlecenie miejscowej gminy dom przedpogrzebowy i stróżówkę przy olsztyńskim cmentarzu żydowskim. Praca dyplomowa, bo tym był  projekt i realizacja Mendelsohna, nie uderza wybitnym charakterem projektu (cóż, wiadomo, architekt był do pewnego stopnia zakładnikiem inwestora i tradycji), ale mnie – badacza jego twórczości – cieszy bardzo, że niedawno całe założenie zostało pieczołowicie odrestaurowane.

Patrząc na dom cmentarny przy obecnej ulicy Zyndrama z Maszkowic( do 1945 roku See-Strasse), widzę jak przeprowadzone podziały elewacji budynku, są jakąś studencką próbą poszukiwania własnej drogi, posiadając widoczne odniesienia do architektury Olbricha i innych współczesnych Mendelsohnowi. Zwłaszcza tych traktujących architekturę rzeźbiarsko i funkcjonalnie.  W Olsztynie jednak (jest rok 1913 gdy Mendelsohn kończy dom przedpogrzebowy i kończy się pewna epoka w życiu i gminy, i świata w jakim wyrósł)  Mendelsohn jest wówczas dopiero przed swoim wielkim skokiem, którego dokona (wraz ze swoimi kolegami z Berlina i Monachium) w architekturze europejskiej kilka lat później.

Dzisiaj, gdy po latach zajmowania się Erichem Mendelsohnem dotarłem wreszcie do Olsztyna, mogę jedynie żałować, że  nie mogłem zobaczyć wnętrza domu przedpogrzebowego. Następnym razem?  Miejmy nadzieję.

Smutkiem może napawać jedynie to, że i ta ulica i przylegające doń zabudowania składały się przed 1945 roku na olsztyńską dzielnicę żydowską, po której nie został żaden ślad. Poza ocalonym budynkiem projektu Mendelsohna nic nie pozostało.

Dopełnieniem Holokaustu, była świadoma polityka wypierania pamięci… Kirkut był świadkiem ostatniego pochówku w 1940 roku. Lata po 1945 roku upłynęły na konsekwentnym niszczeniu cmentarza, profanowaniu go i używania macew jako materiału budowlanego i kamieniarskiego. Patrząc na wysoki poziom nasypu na ponownie wygrodzonym terenie nekropolii wiem, że jak kiedyś Remuh, cmentarz tak naprawdę czeka na odkopanie pozostałości znajdujących się tutaj  nagrobków i przywrócenia elementarnej godności i pamięci tych, którzy pod kamieniami i kikutami macew wciąż spoczywają…

Wracając do śródmieścia idziemy ulicą Grunwaldzką, czcząc wszystkich uczestników bitwy 1410 roku (zważywszy na liczbę uczestników tej rzezi patronów dla nazw ulic nigdy tu nie zabraknie). Mijamy domy odarte z wszystkiego co je niegdyś zdobiło. Wyjątkiem jest narożna kamienica przy dawnej See-strasse, w której znajdowała się typowa trafika i gdzie handlowano (jak widać) między innymi cygarami i tytoniem. W sam raz po drodze z cmentarza lub z synagogi… Pozostałe kamienice w tej części miasta trwają w niemym zdumieniu nad swoją brzydotą. Kuszą, jak podstarzałe dziewoje w dzielnicach  czerwonych latarni wytartym makijażem, oczodołami po barwnych witrażach  i bramami, które niegdyś jak one same musiały być piękne.

Tak naprawdę tylko boczne uliczki starego miasta i zlokalizowane wzdłuż nich herbaciarnie i bary-mary nocne (jak te przy Okopowej) pozwalają by w kawie, piwie czy w czym kto chce, utopić bezdenny smutek i poczucie wyobcowania. Dają swoistego kopa, by odnaleźć w sobie jeszcze dość siły, by uciec stąd pociągiem, samochodem lub byle jak. Byle dalej. Wcześniej dotykamy nosa Kopernika. Gest współczucia, że on musi tutaj zostać?

Zadzieram głowę do góry. Wysoka szara ściana, równie szarego domu. Na szczęście powyżej lini muru błękitne dzisiaj niebo. Niespodziewanie w oknie widzę szmacianego lwa. Jest tak samo autentyczny i tak samo stąd, jak wszystko inne i to co wokół. Chciałby uciec, nie może. Zostanie. Taki rodzaj trwania.

Dom przedpogrzebowy (Olsztyn, architekt E. Mendelsohn, 1913) Dom przedpogrzebowy. Detal (Olsztyn, proj. E. Mendelsohna)

See-strasse. Wspomnienie (Olsztyn)

Trafika. Detal (Olsztyn)

Olsztyn nostalgiczny Nos Kopernika (Olsztyn)

Okopowa (Olsztyn) Okopowa. Impresja (Olsztyn)

Stare miasto (Olsztyn)

Lew czuwający (Olsztyn, ul. Okopowa)

Linie Mendelsohna

Dwa miasta.

Lecz nie jak u Zagajewskiego – Lwów i Gliwice.

To nie są też Gleiwitz i Gliwice, jak w prozie Lachmanna.

Ostrawa i Gleiwitz. Dynamika i funkcja.

Domy towarowe, które zmieniały oblicze architektury śródmieść miast dwudziestolecia międzywojennego.

Górny Śląsk i Morawy.

Gleiwitz – symboliczny początek.

Ostrawa – koniec dzieła Mendelsohna na kontynencie. Dzieło osierocone.

Linie

– początku – Gliwice

i końca – Ostrawa.

Weichmann i Bachner. Ten ostatni ze śląskich Wilamowic.

Żyd i Żyd.

Człowiek i człowiek.

Dwa żywoty. Tragiczne. Lini więcej.

Architektura została.

 Linie Mendesohna. Gleiwitz

Linie Mendelsohna / Mendelsohn's Lines (ex-Bachner's department store)

Ostrava. Powitanie jesieni

Ostrawa. Krótki spacer. Takie pożegnanie lata i powitanie jesieni?

Lato odchodzi z kieszeniami wypchanymi  kasztanami. Syte owocami, żegnane smutkiem, tych co już za nim tęsknią. Asfalt ulic wystyga… Dzień po dniu…

Jesień pozostaje niewiadomą? Niekoniecznie. Poza tym, że przyniesie deszcz, liście skręcone jak tytoń i słońce ozłacające największą brzydotę. I nostalgię czająca się za drzwiami?

Ostrawa. Miasto, o którym można powiedzieć rzecz banalną, bo prawdziwą w odniesieniu do każdego miejsca. Ma wiele twarzy?

Ostrawa jest upiornie szpetna (brzydka), zaniedbana, bo stare przegrywa z nowym.

Centrum handlowe Karolina stwarza pozory nowego świata (jak nawiano na początku XX wieku), ale to ersatz miasta. Za 10 lat będzie tak samo paskudne jak te widziane przeze mnie w USA. Tandeta konsumpcji, która zadławi się sama sobą. Centrum to ucieczka od tego, co za oknem.

A tam potężne kamienice, których nie zmiotły naloty dywanowe. W różnym stanie. Bywa, że porośnięte krzakami, małymi drzewami, zawilgocone i skazane na wyburzenie. Przedmiot bezwzględnej spekulacji.

Ulica Stodolni pachnąca kebabem, bez szans na dobry knedlik i świcczkową na śmietanie. Piwo jest.

Straceńcy wygrzebujący coś z koszy, bezrobotni opijający piwami przy koszach  system opieki społecznej.

 

Mieszkańców Ostrawy nie lubili w okolicy. Zawsze zarabiali lepiej, ale – jakby na pocieszenie – byli dla innych brudni; pracą pod ziemią i w hucie…

Nie lubili ich, ale zazdrościli. Talonów, pieniędzy, splendoru płynącego od święta. Pracy pod ziemią, chyba mniej.

Pamiętają tutaj do dzisiaj autobusy pełne urobionych robotników, górników, wylewających się z autobusów po szychcie do piwiarni i zalewających się do nieprzytomności. Czasami pijących już przed pracą, by pracować i nie myśleć.

Ostrava ma też swoje piękne miejsca. Splendor przeszłości, relikty przemysłu, co zatruwał. Dzisiaj używanego, by wzbudzać niegroźną fascynację czasem Ziemi obiecanej. Łatwa kasa w tanich kasynach, dla znudzonych zwiedzaniem.

Ulice z końca XIX wieku, architektura, nawet jeśli tak okaleczona, jak barbarzyńsko potraktowany dawny dom towarowy Bachner.

Nie można nie lubić miasta, w którym sprzedają Harley-Davidsony i są galerie sztuki, jak ta fotografii ‚FIDUCIA’, schowana na półpiętrze, na ulicy Młynarskiej 8.

Niebo oplata pajęczyna drutów, a mimo to słońce świeci, jak w pierwszy dzień lata, choć to jego koniec.

Pierwsze popołudnie w Ostrawie, gdy jesień już.

Ostrava, miasto, na szczęście, niejednoznaczne.

Sieć / Web (Ostrava)

Żółta fasada / Yellow facade

Blue and white Landscape / Pejzaż niebiesko - biały (Ostrava)

Kiedyś Bachner / Once Bachner Department Store (Ostrava)

Stairs / Schody (Bachner department store)

To co zostało. Dawny dom towarowy Bachner / What has remained? Former Bachner department store (detail)

Art Nouveau Window / Secesyjne okno (Ostrava)

Katowickie rurki / Katowice dessert (what's a surprise!)

 

 

Mendelsohn przyjechał z Ostrawy i odwiedził Gliwice…

Wczorajszy wieczór w Gliwicach był w jakimś sensie niezwykły. Po pierwsze przyjechałem z Opawy do Gliwic, ścigając się z czasem, by zdążyć (to nie jest, aż tak blisko) i uczestniczyć w spotkaniu, którego współorganizatorem był Kabinet Architektury z Ostrawy, co jest w tych okolicznościach sytuacją nieco, dla mnie, przewrotną.

Powodem tego zamieszania był wykład Pani dr Ity Heinze – Greenberg, posiadaczki trzech paszportów (czasami takie padają odpowiedzi, gdy po prostu spytasz, skąd ktoś jest), wykładowczyni w Wyższej Szkole Technicznej w Zürchu. Bohaterem spotkania Erich/ Eric Mendelsohn. Architekt, artysta, fotograf, muzyk.

Wykład odbywał się, niejako w tle książki i filmu poświęconego twórczości Mendelsohna. Przypomniał czasy dla architektury niezwykłe (z fascynacji tej się wciąż nie wyleczyłem), które w naszej ponowoczesności już takimi, w mojej ocenie, nie były. Architektury zdominowanej ideą jej kreowania tak, by odzwierciedlała rytm, dynamikę i emocje czasów, w których powstaje. Gdy może zarozumiale, ale jakże wymownie dla wiary w sens tworzenia architektury wybitnej (lub żadnej!), architekci porównywali się do Stwórcy, Sprawcy powołującego do życia nowe i wcześniej ludzkości nieznane byty i formy.

To generacja, która z okopów Wojny Światowej wyniosła przekonanie, że świat musi się zmienić, by do podobnych kataklizmów w historii ludzkości już więcej nie dochodziło. Kto potem jeszcze tak mocno wierzył, że sztuka może nas przemieniać i zmieniać na lepsze (no poza może modernistami post-1945, którzy projektując osiedla do masowego zasiedlania i te z wielkiej płyty, zapomnieli, że maszyna do mieszkania, była już od jakiegoś czasu przeżytkiem)? No właśnie. Mendelsohn to pokolenie ostatnich Mohikaninów (w architekturze).

Mam ogromną sympatię dla Mendelsohna, gdy na skrawkach papieru (idealnego do użycia w czasie wojny w każdym innym celu), wyrysowuje w okopach przyszły świat, marzy i zadziwia. Trochę jak włoscy futuryści, trochę jak nasi Skamandryci, antycypując (i wierząc głęboko) w świat, ten po wojnie.

Wdzięczność dotyczy jednak tego przede wszystkim, że Mendelsohn (w poszukiwaniu powodów tego zdarzenia odsyłam do swoich artykułów o Seidenhaus Weichmann; te ostatnie wciąż są dostępne na stronach internetowych Gazety Wyborczej), pojawił się na Górnym Śląsku. W miejscu, jak mi się wydaje zupełnie na te nowoczesność nieprzygotowanym. Inne pytanie, czy były wtedy takie w ogóle w okolicy? Mendelsohn wzniósł tutaj coś, co choć w skromnym stopniu (w proporcji do jego całego dorobku architektonicznego), umieściło Gleiwitz/Gliwice na mapie rodzącej się moderny i – czego dowodów już wokół nie brakuje – zaczęło oddziaływać na projektowaną i wznoszoną tutaj architekturę.  A sam Mendelsohn, gdy pisze o konieczności tworzenia architektury holistycznej, dostosowanej do potrzeb współczesnego życia, ale także korespondującej z naszą wrażliwością, sztukami plastycznymi czasu, który nas formuje, jawi mi się, jako architekt wyjątkowy i współcześnie pożądany. Pisze to po latach znajomości z nim i jego architekturą, znajomości, co za odkrycie, trwającej już ponad 24 lata…

W miejscu, gdzie o Mendelsohnie mówiono, w gliwickiej restauracji Supernova, zorganizowano także małą, ale wysmakowaną wystawę prezentującą to, co o Mendelsohnie, architekci, powinniśmy wiedzieć, czego być może nie widzieliśmy i już nie zobaczymy (jak m.in. zniszczone domy towarowe Braci Schocken w Norymberdze i Stuttgarcie).

Mendelsohn wrócił już do siebie, ja do Opawy. Dom tekstylny Weichmanna wciąż trwa. I dobrze, i dość na ten temat (tym razem i w tym miejscu).

EINSTEINTURM / Wieża Einsteina w zimowej odsłonie... (Potsdam, 2010) Wieża Einsteina. Manifest architektoniczny Ericha Mendelsohna (Potsdam, 2010) Detal. Wieża Einsteina (Potsdam, 2010)

Wieża Einsteina. Oświetlenie nad wejściem głównym Wieża Einsteina. Fragment elewacji