Podróż na Północ. Epilog historii Samuela Hirscha. Izrael (6)

Jadę na północ. Opuszczam Tel Awiw i jadę do miejsca, istotnego dla mojej opowieści o Samuelu (Franz) Hirschu. Ważnego dla zrozumienia jego życia po opuszczeniu Beuthen. To będzie symboliczny koniec opowieści o Samuelu Hirschu, lecz nie koniec  spotkań z rodziną Hirsch i historii bytomskich Żydów.

Północe dwie

Ale na jaką północ się wybieram? Tę na miejscu, powyżej Hajfy i w kierunku Góry Karmel? Czy będzie to wędrówka gdzieś w okolice Rygi, niegdyś polskiej Kurlandii i Lipawy, która po II rozbiorze stała się jedynym portem polskim nad Bałtykiem, który należał do Korony od 1793 do 1795 roku?

Kilka zdjęć na ścianie domu Samuela Hirscha (którego już nie ma, ale którego pamięci strzeże Hannah Kramer, pochodząca z łotewskiej  Liepāja (pol. Lipawa) wdowa po nim), podważy jednoznaczność Północy w tej topografii.

Tymczasem Izrael. Podróż na północ. Jedziemy płatną A6. Wiedzie z Tel-Awiwu przez stosunkowo zielone tereny, choć im dalej na północ, tym bardziej jest to zieleń wydzierana lub wydarta naturze. Na kilkudziesięciokilometrowych odcinkach po mojej prawej stronie rozciąga się mur graniczny z Autonomią Palestyńską. Szary i bez obrazów Banksy’ego  jest smutnym przypomnieniem muru ze śródmieścia Wschodniego Berlina.

Wiele jest w nim z tamtego. Wieżyczki wartownicze o nieco większych kapeluszach i jakby bardziej rozłożyste. Mimo to przypominają tamten berliński. Czarne otwory strzelnicze.

Odwracam wzrok, tak jest łatwiej. Dzisiaj zresztą nie chce nic o nim wiedzieć. Nie rozwiążę niczego. Ani sensu jego istnienia, ani nie znajdę dość dobrej odpowiedzi na pytanie dlaczego.

Tuż za murem i dalej, po horyzont widać kolejne arabskie, palestyńskie miasta. Minarety. Często po kilka w jednej osadzie. Pamiętam też już z pierwszej wizyty w Izraelu, że to co za murem jest bardziej szare. Mniej tam zieleni, soczystych jej odcieni.

Moszawa

Dojeżdżamy do Jokne’am. Właściwie tuż przed miastem skręcamy na jednym z rond w prawo i docieramy do Jokne’am Moszawa, dawnej spółdzielni, którą w 1935 roku założyli między innymi syjoniści wszelkiej orientacji i żydowscy imigranci między innymi z niemieckiego Bytomia i polskiego Bielska. Na zdjęciach publikowanych przez Jacka Proszyka („Życie według wartości. Żydowscy liberałowie, ortodoksi i syjoniści w Bielsku – Białej, Jaworze 2012), widać tamten czas i młodych Żydów pracujących przy budowie domów, odwiertów artezyjskich. Na zdjęciach dominuje syjonistyczny entuzjazm i szeroki uśmiech. W listach do domów więcej jest już prawdy. Opisów trudów zamieszkiwania na nieużytkach, złej sytuacji ekonomicznej i tego, że bycie pionierem oznacza czasami klepanie biedy, której nie znało się przed emigracją.

Współczesna moszawa przypomina plan wioski, jaki spotkalibyśmy na kontynencie. Jest jakiś centralny punkt, dawna obora i silos zbożowy zamieniony na sklep, dom kultury i lokalną, bardzo cenioną koszerną  restaurację Tanduka.

Obok plac, dawne zabudowania rady (dzisiaj szkoła) i prosty budynek synagogi. W niej śpiewał Samuel Hirsch. Nie zawsze. czasami. Tam też znajdziemy tabliczkę z jego imieniem i nazwiskiem, jaką tradycyjnie umieszcza się w domu modlitwy po śmierci członka wspólnoty.

Wnętrze synagogi w Jokneam Synagoga w Jokneam, fasada

Tablica z synagogi; inskrypcje odnoszące sie do Martina i Samuela Hirsch

Dzisiaj Jokne’am wita przybysza starą zielenią wysokich drzew, cieniem potężnych eukaliptusów zabijających wylęgarnie malarycznych komarów. Widok domków schowanych w zieleni. Nieco małych, przycupniętych do ziemi, ale przypominających podobne z Europy. Z tą różnicą, że miast jabłoni skrywają się w cieniu dawanym przez drzewa cytrynowe i pomarańczowe.

Stara tablica - dom Hirschów

Dom Samuela i Hannah Hirsch (d. Kramer) Jokneam, 2017 Eukaliptusy w Jokneam, (Izrael marzec 2017)

Zdjęcia i wspomnienia

Zanim jednak się rozglądnę, wysiądę z samochodu, przywołuje inne obrazy. Jest ich w istocie kilka. To zdjęcia z rodzinnych albumów rodziny Hirsch.

Na jednym z nich jest Leopold Saul Kramer. Elegancki łotewski Żyd, biznesmen z Libau (łot. Liepāja). Stoi na nabrzeżu gdyńskiego portu. W tle MS Polonia z podanym na burcie portem macierzystym w Gdyni. Statek dość słynny, bo nie tylko z tego powodu, że odbywał regularne rejsy między Europą, a Hajfą do 1939 roku. To na jego pokładzie doszło do słynnego i potężnego przemytu broni do Palestyny w 1936 roku. Tymczasem jest rok 1935 i Leopold Saul Kramer rozpoczyna swoją podróż do Hajfy. W Palestynie był już rok wcześniej, by kupić ziemię w moszawa w Jokne’am. Teraz definitywnie opuszcza rodzinną Łotwę, a wcześniej Lipawę. Wraz z nim są żona Deborah i córka Hannah, która ma wtedy 9 lat. Nie boi się podróży. Ufa rodzicom i w to, że jej tate wie co robi. W 1937 roku także na pokładzie MS Polonia przybędzie do Hajfy Samuel Hirsch. Dziesięć lat później pobierze się z Hannah.

Lipawa

Tymczasem powróćmy do zdjęć z Lipawy.

Grupa jest liczniejsza. Nie ma fotografii, na której byliby wszyscy. Wraz z nimi podróżuje kilka cioci i wujków, dzieci. Wszyscy są z Lipawy, a że w domu używa się hebrajskiego i niemieckiego, na długie dziesięciolecia wspomnienia krążyć będą wokół wyjazdu nazywanej z niemiecka Libau. W domu przez lata mówić się będzie po niemiecku, szczególnie gdy dorośli będą chcieli omówić coś poza wiedzą dzieci. A potem przestanie.

Żydzi z Niemiec, z Łotwy różnią się od innym żydowskich emigrantów. Są mocno zasymilowani z europejską kulturą. Pewni swojej pozycji. Łotewscy, podobnie jak ci z Niemiec, mówią po niemiecku. Wielu zabrało z sobą meble i przedmioty z „tamtego” świata. Do czasu Nocy Kryształowej mieli silne przywiązanie do kultury niemieckiej. No i noszą  marynarki. Z ich powodu, będą powszechnie przezywani przez miejscowych Żydów „Jekke” (niem Jacke – marynarka).

Niektórzy, przytłoczeni ciężką pracą i upałami, po krótkim pobycie zdecydują na powrót do Europy. W Palestynie – jak mówili – było dla nich po prostu za gorąco i tęsknią za domem. Powracają jeszcze przed wybuchem wojny na Łotwę. Żadne z nich nie przeżyje.

W 1935 roku, gdy Kramerowie opuszczali swój dom, w łotewskiej Lipawie mieszkało 7 379 Żydów. Wojnę przeżyje w ukryciu zaledwie dwudziestu, trzydziestu. Brak jest dokładnych danych.

Nic nie pozostanie z dwóch synagog zbudowanych w ostatnim ćwierćwieczu XIX wieku. Główna (chóralna) synagoga stała w zabytkowym centrum miasta, a druga – w jej nowej części. Żydzi do Lipawy przybywali z Rosji, Polski i Litwy. Żyli tu lata całe nielegalnie. Działo się tak po części dlatego, że port w Lipawie był jednym z największych europejskich portów tranzytowych dla żydowskich emigrantów. W okresie między rokiem 1906, a 1910 właśnie z tego miejsca Imperium Rosyjskie opuściło ponad 100 000 osób.

1941

Los społeczności żydowskiej przypieczętowały dwa zdarzenia.

Dekret Stalina, wydany tuż przed wybuchem wojny 14 czerwca 1941 r., zaprowadził 181 Żydów lipawskich, w większości niemieckojęzycznych,  na Syberię. Większość nie przeżyła.

Gdy pod koniec czerwca 1941 r. do Lipawy wkroczyły wojska Wehrmachtu, w mieście nadal było około 7 000 Żydów. Także ci z terenów podmiejskich zostali przetransportowani do Lipawy. W pierwszych dniach po wkroczeniu nazistów w centrum miasta zastrzelono 33 Żydów.

8 i 9 lipca 1941 r. setki żydowskich mężczyzn zostało przetransportowanych z miejscowego więzienia nad morze i tam (na południe od miejscowej latarni morskiej) zostali wymordowani przez plutony egzekucyjne. Pod koniec lipca 1941 r. doszło do masowych egzekucji przeprowadzonych przez Niemców i jednostki paramilitarne Łotyszy w znajdującej się na północ od Lipawy, Skede. W okresie między 15, a 17 grudnia 1941 r. zamordowano 2 773 Żydów.

Był to koniec istnienia społeczności żydowskiej w Lipawie i śmierć wszystkich krewnych Hannah Kramer.

Zdjęcie klasowe i smak bałtyckich szprotek

Tego wszystkiego nie dowiaduję się jednak w Jokne’am. Sięgam do źródeł, sprawdzam. Wszystko dlatego, że gdy jestem już w domu 91-letniej Hannah Hirsch, z domuKramer, pokazuje mi pewne zdjęcie, a może to ja widząc je na ścianie pytam, co przedstawia? Pytanie jest nieco oczywiste, to co widać na fotografii mówi już wiele.

To zbiorowy portret szkolny. Więcej niż liczna gromadka dzieci (jest ich blisko, a może więcej niż 100) otacza dorosłych.  To nauczyciele. Hannah Hirsch pomaga mi w odnalezieniu jej na fotografii. Mama Hannah, Deborah Kramer specjalnie na tę okazję uszyła jej jedwabną sukienkę. „Przyjście do szkoły fotografa to było wielkie święto”- mówi. Po czym dodaje. „Poza mną, nikt z tej fotografii nie przeżył…” „Tylu nas było i nikt poza mną”.

Szkolne zdjęcie z Lipawy, ok. 1933 Hannah Kramer - Hirsch (detal)

Stawianie kropki nad i

Rozmawiamy, czasami przechodzimy na niemiecki. Język ważny, dzisiaj wywołuje wzruszenie, ale po wszystkich tych latach, został wyparty i nieco zapomniany. Gdy na stół w kuchni jako prezent trafiają wędzone szprotki z Rygi kupione w delikatesach w Tel Awiwie (nie ja je przywiozłem), powracają na moment wspomnienia z Łotwy, z początków życia w Izraelu, trudu wychowywania czwórki dzieci, jakie miał Samuel (Franz) Hirsch i Hannah Hirsch z domu Kramer mieli w Jokne’am. Dla mojej opowieści najważniejsza pozostanie Michal. To ona we wrześniu 2016 roku odwiedziła Bytom i wraz z mężem Haim Noy, uczestniczyła w prezentacji kipy Samuela Hirscha. Ona też przywozi mnie do Jokne’am i oboje wiemy, że było to konieczne by historia  kipy z Bytomia zatoczyła swój krąg i się domknęła…

Hannah Hirsch (d. Kramer) przed swoim domem wraz z córkami Michal i Gila, Jokneam 2017

Obok pokoju, w którym się spotykamy, ostatnie tygodnie życia spędził Samuel Hirsch. Prowadzony przez Michal, bardzo dyskretnie spoza progu rzucam okiem na przyciemnione wnętrze. Niewiele się od tego czasu zmieniło.

Na ścianach zdjęcia. Niemal vis a vis łóżka Samuela Hirscha wisi fotografia jego dziadka i ojca Martina Hirscha. Tego, który znalazł kipę na zgliszczach bytomskiej synagogi.

Trochę na tak, trochę na nie…

Dziwne to bywa uczucie, „spotykać się z Polską”. Tu i teraz, gdy w jakiś nieunikniony sposób, jest się jej  „ambasadorem”(?), twarzą, osobą wywołującą potrzebę zwierzeń i wyrażania opinii na temat tego, czym jest Polska w oczach Czechów…

Właśnie kupowałem wino, gdy sprzedająca mi je kobieta (mój czeski jest nadal bardzo daleki od pierwowzoru, wiec ustalenie że jestem z Polski, nie jest trudne), wylała z siebie prawdziwą kaskadę komplementów na temat urody Sopotu, Gdańska i Morza Bałtyckiego… Szok! Czytałem, co prawda, że w tym roku frekwencja Czechów w Chorwacji drastycznie spadła, ale żeby tak wszyscy zamiast nad Śródziemne, to nad Bałtyk? A może jednak moje narzekania, że tam Czechów nie spotykamy (pisałem o tym w kwietniu na blogu), odniosły swój skutek i podczas, gdy ja tutaj, oni wszyscy tam? Fajn, jak mawiają miejscowi.

W czeskiej prasie podczytuje o przygotowaniach do realizacji filmu Gottland według Mariusza Szczygła i w ogóle, myślę, że po Wałęsie i Dobrawce (zwłaszcza tutaj, na Śląsku Opawskim), jest najbardziej rozpoznawaną osobowością i postacią „z Polski” (no, może Ewa Farna też).

Nie wiem, co na to reszta (polityków zwłaszcza), ale chyba nic z tym zrobić się nie da. Szczygieł jest nie do pobicia. O reszcie pisze się mało lub w określony, tabloidalny, sposób.  Pisali (Czesi, nie ja) o dysleksji prezydenta RP, ale poza jabłkami (by kupować własne, nie polskie), to wszystko, co jako newsy dociera tu z Polski. A, słyszałem jeszcze  w ogólnokrajowej, radiowej dwójce, Agnieszkę Holland. Sprawny czeski, szeroki ogląd rzeczywistości filmowej i telewizyjnej w Polsce i Czechach (pytana była o plany). No i satysfakcja, jak słucha się takich ludzi, że nie muszę zmieniać stacji i że choć z mocnym akcentem, to chciałbym już tak mówić jak ona, byłoby fajn…

Polska to ogrom wspomnień dla niektórych osób. Niedawno szefowa dużej korporacji opowiadała mi o swoim miesięcznym pobycie w Polsce, gdy miała 13 lat. Nie wypominając jej wieku, musiało to być w czasach słusznie minionych, tym nie mniej w jej głosie i oczach widziałem niezwykle emocje; to coś, gdy opowiadała o swojej pierwszej miłości i poznanym wówczas Polaku. I znowu morze i Gdańsk, i Gdynia…

Czy my nie moglibyśmy tak generalnie ocieplić relacji polsko–czeskich, goszcząc rotacyjnie Czechów nad Bałtykiem? Nagle i nieoczekiwanie potencjał na zmianę, poprawę naszych stosunków (skąd inąd stosunki te nie są złe, choć właśnie wczoraj była smutna rocznica wejścia wojsk Układu Warszawskiego do Czechosłowacji w 1968 roku) dostrzegam w perspektywie masowej migracji Czechów nad NASZE morze… To także szansa na porzucenie przez Czechów (gdy już muszą myśleć o Polsce) dylematu konsumenckiego, czy polskie jabłka, mięso i mleko zrujnują czeskie rolnictwo…? Takie myśli o morzu i Bałtyku, zdają się być dużo zdrowsze… No i te jabłka i owoce z Polski można by też bezkarnie kupować…

Byłem też wczoraj w Ostrawie. Musze ją lepiej poznać. To już wiem. Moderna, moderna… miasto niedocenione (w tym może podobne Katowicom).

Tymczasem, zapraszam do kawiarni „Słodkie chwile/czasy” znajdującej się przy skwerze koło Domu Sztuki w Ostrawie. Kawa jest naprawdę dobra i tania, kołaczyki też niezłe (choć lepsze są w Opawie i nie przemawia przeze mnie świeżo nabyty, lokalny patriotyzm).

No właśnie – kołaczyki. Kołaczyki podrożały i zamiast tradycyjnych 10 koron, trzeba zapłacić za nie teraz 11., a nawet 13 koron! Zdzierstwo! 30 procentowa podwyżka, no nie wiem… Czy wy to słyszycie, t r z y d z i e s t o? W Polsce taka podwyżka nie przeszłaby, chyba, bez echa…

A może Czesi, wiedzą, że nie warto tracić energii na takie bzdury? Kołaczyki, nie straciły w końcu nic na jakości (a to byłby powód, by protestować), a za koronę lub dwie trudno jest tutaj w ogóle coś kupić, więc, czy 11, czy 13 koron, nic to chyba nie zmienia, a tylko będą mniej smakowały, jak się o tym pomyśli, że zdrożały? No to, po co? „Parada” (czes. niesłychane, niesamowite…).

No i kilka praktycznych obserwacji, w rodzaju… uważać na…

Myślałem, że Czesi nie są jednak malkontentami i narzekając, trochę zaklinają rzeczywistość… Jest chyba inaczej.

Najpierw przeczytałem w miejscowej prasie, ze Czesi nie potrafią gotować dań obcej kuchni. Badania, opinie konsumentów. Poważny materiał. Mimo to, pomyślałem, bzdura… A jednak, coś jest na rzeczy. Kilka przykładów.

Nie należy zamawiać „katalońskiego deseru (sic!)”, jeśli nie lubimy kremu brullee (wybaczcie brak daszków i kresek). Bo to właśnie ów krem, kryje się pod tą oryginalną nazwą.

Barszcz ukraiński będzie krzyżówką sosu bolognese i znanego nam barszczu zabielanego, a jeśli chcemy spróbować holenderski řízek (normalnie: rodzaj schabowego), to liczmy się z tym, że będzie to nasz, polski, kotlet mielony i – o ile kelner jest uczciwy – dowiemy się, że to naprawdę ostatnie stadium mięsa, jakie do jego przygotowania uzbierano z całego tygodnia… Wasz wybór. Dziwne, ale tani też nie będzie… To, byście nie narzekali, że tanio, znaczy niesmacznie…

Można mnożyć i rozwijać ten temat, ale faktycznie, jeśli paella jest serwowana z nóżką kurczaka, to chyba coś było i jest na rzeczy, gdy sami Czesi narzekają na jakość tego, co z kuchni świata czeskie restauracje mają do zaofiarowania swoim klientom. Odradzam, raczej. Zostańcie przy czeskiej. Będzie autentycznie i swojsko. Ahoj.

DSC_2610-2

Sladky casy... Ostrawa

Ostrawskie kołacze...

Kołaczyki (2)