Jerozolima. Esej fotograficzny – pierwszy . Izrael (5)

Trudno jest coś napisać o tym miejscu, czego by nie napisano. Nie zabrzmi oryginalnie informacja, że ma więcej imion niż większość miast na świecie. Syjon, Jeruzalem, Ariel, miasto Dawidowe… Jerozolima.

Podróż z Tel Awiwu, do centralnego dworca Jerozolimy, zajmuje około 50 minut. Autobus nr 405, wyposażony w doskonałe łącze internetowe (jak wszystkie tutaj), mknie z przedmieść Tel Awiwu do Jerozolimy, unosząc na swym pokładzie ludzi takich jak ja, turystów, ale zdecydowanie dominują młodzi Izraelczycy. Większość z nich to żołnierze i żołnierki. Bertolt Brecht byłby zadziwiony tą zamianą sprawnej markietanki Mutter Courage, na równie przebojową kobietę-żołnierza, noszącego ciężki worek z czymś tam i karabin.

Kipy pasażerów widziane z tylu autobusu rytmicznie falują, gdy bierzemy kolejne zakręty wzgórz, zanim docieramy do Jerozolimy.

Izrael, z perspektywy nie-pielgrzyma jest co najmniej tyle wart, co doświadczenie pielgrzymie. Patrzę przez szybę autokaru i widzę z rzadka opuszczone osiedla w dolinach. Przypominają mi to, co w jakimś sensie jest niemal biblijnym wyobrażeniem tej ziemi. Kamienne domy, małe okna, sterczące drzewa oliwne w ich otoczeniu.

Podróż do i po Izraelu oznacza, że w miejsce tego co wokół i co naprawdę, wypełniamy swoją pamięć obrazami Ziemi Świętej do jakiej mentalnie tęsknimy, jaką znamy z literatury, Biblii lub po prostu z naszych o tym miejscu wyobrażeń. Przypomina mi to poszukiwania Japonii, jakiej podejmują się turyści przybywający na wyspy i mający w głowie, w miejsce wrażliwości na to co zobaczą, obrazy wyniesione z drzeworytów Hiroshige, kadrów Kurosawy, czy komiksów manga. W końcu nie widza niczego i wracają rozczarowani.

Jerozolima wita mnie wiszącym mostem Harfą Dawida, który znajduje się w pobliżu dworca autobusowego i – co z uwagą zauważam – niemal w sąsiedztwie izraelskiego ministerstwa finansów.

Kilka kroków dalej, znajduję przystanek tramwaju linii nr 1 i po pomocy udzielonej mi przez uczynnego pracownika komunikacji miejskiej mam w ręku bilet na podróż w okolice starego miasta i Bramy Nowej w pobliżu Wieży Dawida. Po raz kolejny przekonuję się w Izraelu, jak w niewielkim stopniu pomaga tutaj j. angielski. Przynajmniej automat do biletów nie mówi w tym języku i bez pomocy odzianego w pomarańczową kurtkę pracownika  pomagającego takim nieszczęśnikom jak ja, spędziłbym przy nim dodatkowe minuty, odczytując nieznany mi hebrajski, oczywiście zapominając, że mam czytać  od prawej do lewej i poszukiwać sensów, których nie odnajdę.

Sunę ulicami miasta w nowoczesnym cielsku tramwaju. Kilkadziesiąt minut i docieram w okolice miejscowego ratusza. Tuż obok wyrastają mury starego miasta. Biały i żółciejący kamień z jakiego wzniesiono Jerozolimę daje mi poczucie przynależenia i bezpieczeństwa. Odtąd będzie mi towarzyszył przez cały czas. Nie mogę inaczej widzieć tego miasta, niż przez pryzmat bieli jego kamieni.

Jest też inna perspektywa. Sugestywne i porywające wizje bł. Anny Katarzyny Emmerich. Idealne wprowadzenie do tego, by przejście przez stacje drogi krzyżowej na Via Dolorosa, stało się czymś więcej niż prostym spacerem, przerywanym głosami sprzedawców i potknięć o schody lub zderzeń z innymi przechodniami. Zanurzam się w miasto.

Jerozolima. Zapis fotograficzny pewnego wczesnomarcowego dnia.

Terra sancta Holy Land (Christian Section)

Własna droga / My own way (Jerozolima, 2017) Na ulicy / In the street (Jerozolima- Jerusalem, Israel, 2017)

Scene in the city / Sena uliczna (Jerozolima) Heading for the Western Wall / Jadac w stronę Murru Zachodniego (Jerozolima, 2017)

Via Dolorosa, Jeruzalem Droga. Stacja trzecia. Via Dolorosa Station 3.

 Jerusalem web /Pajęczyna Jeruzalem Uliczki Starego Miasta - Złota Kopuła

 Pepek świata / The very center of the world (Jerusalem, The Church of the Holy Sepulchre)

The place/ To miejsce (The Church of the Holy Sepulchre - Bazylika Grobu Bożego)

 Holy Sepulchre / Grób Boży (Jerozolima) Kaplica Grób Boży po remoncie / The Chapel of the Holy Sepulchre (after renovation in early 2017)

Kobiety na Gogocie / Women on Calvary(The Church of the Holy Sepulchre / Bazylika Grobu Bożego)  Golgota / Calvary

Orthodox monk / Mnich ortodoksyjny 

Krzyże / Crosses (left by Crusaders)

 Meeting / Spotkanie (Jerozolima, Bazylika Grobu)

Dotknięcie / Touch (Stone of the last The Stone of Anointing) Dotyk / Touch (2nd version)

Western Wall / Ściana Zachodnia (1) Western Wall / Ściana Zachodnia (2) Western Wall / Ściana Zachodnia (3)

Popatrz! / See there! Western Wall / Ściana Zachodnia, Jerozolima At the Western Wall / Przy Murze Zachodnim

Modlitwa / A Prayer (Jerozolima)

Flagi / Israel (Old Jerusalem, Jeiwish Section)

Coming out of the shadow / Wychodzenie z cienia (Latin Section, Jerusalem)

Co ja tutaj robię? What Am I doing here (Jewish Section, Jerusalem)  

Starwberries / Truskawki (Close to Damascus Gate / Pobliże Bramy Damaszku ( Jeruzalem) Handlarz dywanów (Jeruzalem) / Salesman of the carpets, Jerusalem

Wspinaczka do nieba / Stairway to heaven (Western Wall)

Paradies'gardens / Rajskie ogrody (Jeruzalem) Mon over the city / Księżyc nad miastem

Zapiski z klawiatury. Japonia (19). Tokijski kurs sushi

Tokijski kurs jedzenia sushi…

Moje pierwsze spotkanie z sushi miało miejsce w małej, ustronnej restauracji na krakowskim Kazimierzu. Dziwne miejsce jak na smakowanie owoców kuchni japońskiej… A może jednak nie? Kazimierz już wtedy (był rok 2003 lub nieco później) był miejscem skrajnie eklektycznym i współczesnym. Tyglem smaków i jedynym takim miejscem w Krakowie, gdzie podróż do przeszłości, była podróżą w nieznane i czasami kończyła się  w niewielkim barze na placu Wolnica…

Taki obraz przywoływałem tysiące kilometrów od Kazimierza, w tokijskiej Odaibie , gdy u początku dnia i u kresu krótkiej letniej nocy wyruszałem na tokijską giełdę rybną Tsukuji.

Stałem samotnie na stacji i był to ten jedyny moment, gdy zwykle bezzałogowa kolejka Yurikamome mknęła do śródmieścia z motorniczym, który chwilę wcześniej wyprowadził ją z zajezdni.

Gdy do niej wsiadam jest zbyt wcześniej by w nowoczesnych wagonikach kolejki był ktoś więcej niż on i ja. Mało to romantyczne. Mimo to niezwykle. Za oknem Zatoka Tokijska, przedzierające się przez chmury promienie słońca. Tokio gdzieś tam.  Daleko i blisko. Widać wieżę telewizyjną z pulsującą nazwą miasta i rokiem 2007. Zatapiam się w obrazach za oknem, wspominając chwile spędzane jeszcze kwadrans temu w swoim ascetycznym mieszkaniu i w gładkiej, otulonej wciąż snem pościeli.

*

Na giełdzie, gdy docieram tam taksówką ze śródmieścia miasta, trwa już wzmożony ruch. Większe i mniejsze ciężarówki jadą w tylko sobie znanych kierunkach. Obok i wokół ludzie rozbiegający się w różne strony. Na ich baseballowych czapkach numery. Potrzebne i niezbędne, gdy dochodzi do licytacji ryb i owoców morza. Choć to nieludzko wczesna pora, emocje dochodzą do szczytu, gdy rozpoczyna się licytacja. Trwa około godziny.

Mimo to jestem… zbyt późno. Ryby już sprzedane. Błyskawicznie trafiają do swoich nowych właścicieli. Więksi i mniejsi pośrednicy. Czasami właściciele restauracji, sushi barów.

Tłuste tuńczyki leżą w plastikowych skrzyniach. Zamrożone. Nieobecne. Naznaczone czerwonymi znakami nowych właścicieli. Odcięte ogony pozwalają na ustalenie jakości mięsa, tego jak mocno jest otłuszczone, jak aksamitne, jak smaczne. Taka metoda, taka tradycja. Ryby i ich ogony. Taki obraz.

Miejscowa prasa (jest rok 2007) ze smutkiem donosi, że łowiska są przetrzebione, tuńczyk jest coraz droższy i pochodzi z coraz bardziej odległych mórz i łowisk. Meksyk, Nowa Zelandia, Argentyna… Nazwy odległe, nierealne. Tu o tej porze, jawią się jak egzotyczni goście, zwiezieni na stoły żarłocznych smakoszy rybiego mięsa. 128 milionów Japończyków zje je szybko i ze smakiem. Tuńczyk jest drogi, ale też najbardziej pożądany. Tradycja. Ta kosztuje.

Włóczę się po giełdzie. Mijam kolejne stoiska. Małże, jeżowce i stworzenia, które widzę po raz pierwszy.

Wśród tych ostatnich ryba fugu. Legenda, mit, dreszcz emocji dla turystów i przybyszy takich, jak ja. Na stoiskach, gdzie ryba jest sprawiana, specjalne, zamknięte na kłódkę puszki, do których trafia każdy kawałek tej ryby, gdy jest starannie filetowana. Tak na wszelki wypadek, by sprawdzić co tam trafiło, gdyby klient, a raczej jego rodzina pojawiła się z reklamacją i twierdziła, że ryba została źle przygotowana i sprowadziła na nieszczęśnika śmierć… Taki system bezpieczeństwa..

Jak wielu pracujących tutaj (jestem o tej porze jedynym turystą, a odrobina japońskiego zdecydowanie pomaga), po obejściu giełdy trafiam do miejscowego baru serwującego najświeższe sushi, jakie można sobie tylko wyobrazić. Smak, aromat i atmosfera miejsca nie da się porównać z niczym podobnym. Zasiadamy przy kontuarze. Po drugiej stronie szaleje mistrz serwujący sushi, które śnić mi się będzie po nocach. Dobra okazja, by podpatrzyć, jak i co powinno być  robione.

Najpierw trafia na mój szeroki, zielony liść (na nim serwowane jest moje sushi) nigiri (ryba na kulce ryżu) z białą rybą. Kolor tej ostatniej będzie z każdym kolejnym kawałkiem ciemniał, przechodząc od kolory srebrzystego, przez bladoróżowy, po intensywny czerwony plaster tuńczyka i intensywny w smaku pasek łososia. Tradycyjny kurs sushi. Od białego do  ciemnego (mięsa). Taki porządek i kolejny ukłon w stronę wielowiekowej tradycji.

Pewną ekstrawagancją będzie wieloryb. Wiem, wiem to zbrodnia, ale skoro był w karcie, nie mogłem się oprzeć spróbowania go, podobnie, jak nie ulec lekko cierpkiemu smakowi jeżowca, wciąż pulsującego tchnieniem, gdy po otwarciu lądował na gładkiej powierzchni liścia. Wśród tych moich ulubionych bez wątpienia był miejscowy węgorz morski (anagi), najsmaczniejszy w maju, gdy jest sezon jego połowu (dzisiaj zresztą pochodzi najczęściej z łowisk chińskich, choć niechętnie mówią o tym sprzedający go handlarze)…

Sygnałem do kończenia posiłku jest zamówienie rolek maki, czy też japońskiego omletu przewiązanego paskiem wodorostów i… podanie nam najtłustszego kawałek tuńczyka, nazywany hara-kami, pochodzący z podgardla tej ryby… Struktura ryby jest jak marmur (albo wołowina z Kobe), w którym czerwone mięso przenikają delikatne paski tłuszczu. Nadaje to całości delikatnego, wyjątkowego smaku. Wokół rozlegają się dopuszczalne tutaj odgłosy mlaskania, oznaka zadowolenia delektowania się ostatnim kawałkiem. To rodzaj swoistego deseru i jego podanie definitywnie zamyka posiłek.

Sushi przygotowują w japońskich barach (bywałem w tych tradycyjnych) wyłącznie mężczyźni. Nie widziałem kobiet przygotowujących sushi. Tradycja chce, że dzieje się tak między innymi z powodu temperatury dłoni mężczyzn (niższej od tej, jaką mają dłonie kobiet) i dlatego to tylko oni przygotowują sushi. Kobiety bezszmerowo roznoszą herbatę (pijemy ją tyle ile chcemy, nie płacąc za nią) i donoszą kolejne kawałki ryby.

Korzystam z pałeczek, ale w tych warunkach wygląda to na nieco barbarzyński obyczaj.

Gdyby wyznaczać pewne standardy poprawnej, pożądanej konsumpcji sushi to warunków tych jest kilka.

Właściwą i wciąż bardzo popularną formą jest w istocie jedzenie sushi rękoma. To dobra wiadomość dla tych, którzy nie lubią lub nie są w stanie sprawnie operować pałeczkami.

Moczenie nigiri w sosie sojowym (jest ich w Japonii ponad 1000 rodzajów sosów) oznacza jedynie dotknięcie powierzchni nigiri przez część, na której  spoczywa pasek ryby.

Jedząc sushi nie dzielimy go na kolejne kęsy. Japończyk uzna takie zachowanie za niezgrabne i niedoceniające trudu mistrza sushi, który tworząc je komponuje coś więcej niż złożenie potrawy z ryżu, wasabi i ryby.  Gdy kawałki sushi są za duże, wystarczy o tym powiedzieć kucharzowi  i natychmiast przygotuje dla nas mniejsze i łatwiejsze do przełknięcia.

Wasabi, o czym można się przekonać podnosząc pasek ryby spoczywający na kulce ryżu, już na nigiri jest, więc warto go dodawać z umiarem, na rybę, nigdy nie do sosu sojowego! Ten zmieszany z wasabi tworzy kolorystycznie i smakowo dziwną, błotną konsystencję. Coś w sam raz dla Shreka, ale nie dla smakosza sushi…

No i imbir. Jemy go między poszczególnymi kawałkami sushi i jego w istocie jedynym zadaniem jest oczyszczenie naszych kubków smakowych i przygotowanie do smakowania kolejnych kawałków nigiri, maków czy innych kawałków ryb… Łączenie ich razem (imbiru i ryby) to rodzaj profanacji i wcale bym się nie zdziwił, gdyby mistrz sushi stracił ochotę na serwowanie nam kolejnych swoich dzieł.

Zupa miso, podawana często do sushi, nie jest przystawką, stąd podadzą nam ją  po, a nie przed posiłkiem. Można ją pić. Siorbanie będzie mile przyjęte, poza tym, że pozwoli na szybkie schłodzenie potrawy, zanim trafiłaby gorąca do naszego przełyku.  Hmm… rady niby oczywiste, ale jedząc tak, a nie inaczej, na pewno zyskamy w oczach tych, którzy nam sushi serwują i współbiesiadników naszego posiłku.

A na koniec warto, nieco mlaskając i oblizując usta, powiedzieć ‘oishii desu’ [ – było smaczne, smakowało]. Ucieszymy tym mistrza sushi, który nas obsługiwał i zostawiamy sobie szansę na to, że następnym razem o nas nie zapomni i tym bardziej postara się, by to, co trafi na naszą tacę/ liść/talerz, było równie smaczne i wspaniale wyglądało…

Opuszczam bar. Mijam bramę giełdy. Jest już (?) 7 rano , a ja mam wrażenie, że ten dzień był jednym z bardziej niezwykłych, jakie przeżyłem w Tokio…

Odaiba o świcie (Odaiba, Tokio)

Trasa kolejki Yurikamome. Po drugiej stronie już Tokio...

Sprzedany (tuńczyk; zwraca uwagę odcięty ogon pozwalający na sprawdzenie jakości mięsa ryby) Sprzedany... (Czerwony znak nowego właściciela, Tokio 2007)

Korzenie wasabi (giełda warzywno-owocowa w Tokio) Przegrzebki

Legenda - ryba fugo

Krojenie tusz tuńczyka (Tokio, giełda)

Patroszenie ryb (Giełda, Tokio 2007) Giełda i targ rybny w Tokio (1)

Targ rybny (Tokio, 2007) Małże, ośmiornice, ryby... giełda w Tokio (2007)

Zbliżenie. To co na targu (Tokio, 2007) Dla odważnych - jeżowce (Tokio, giełda)

Liść już czeka

Przygotowywanie sushi. Na liściu leży już węgoż morski...

Od jasnego do ciemnego...

Gotowe do podania...

Nigiri z wielorybem

Zapiski z klawiatury. Japonia. Boskie strzały…(18)

Pogoda, ani dzień nie wróżył takich emocji.

Zatłoczone metro, choć nie tak bardzo jak oczekiwałby tego przybysz z „naszego” świata, przyzwyczajony do obrazów „dopychaczy”, upychających pasażerów na każdym wolnym centymetrze podłogi… Jest wciąż dość miejsca, by znaleźć jakieś dla siebie, poczytać lub podpatrywać to, co dzieje się w wagoniku kolejki. Pasażerowie. Senni i śpiący, niektórzy zagłębieni w lekturze komiksów manga. Inni mają nieco tępo wlepiony wzrok w jakiś nieodgadniony punkt w przestrzeni kończącej się gdzieś przed szybą wagonu. A za nią Tokio.

Dojazd do parku Meiji. Linia Yamanote biegnie gdzieś dalej. Mnie interesuje stacja Harajuku. Świat, ten dalej dzisiaj nie ma znaczenia.

Przed wejściem do parku festiwal ekspresji zagubionej generacji DINKS-ów. Duchy anime i mangi zapełniają pasaż biegnący w stronę parku Meiji. Jedna z zielonych wysp w morzu betonu i stali tego miasta. Pobliskie drzewa prowokują, by sprawdzić czy to co widzę jest tym czym jest, a nie ersatzem natury. Tak. To park, to zieleń, to prawdziwe drzewa.

Założony w 1920 roku, Park Meiji. Na cześć cesarza, który zastał Japonię drewnianą i zostawił murowaną i odmienioną… Park porównać można do londyńskiego St. James Park i Hyde razem wziętych, czy też paryskiego ogrodu Luksemburskiego czy berlińskich Tiergarten.

Mijam kolejne sintoistyczne bramy torii (dłuższa wymowa „i” niż krótsza), na tyle duże, że wciąż konkurują z pobliskimi drzewami. Ich skala nadaje im nadnaturalne, boskie cechy. Sakralizuje przestrzeń, wycisza głosy spacerowiczów. Pewnie także dlatego, że jak wierzą prowadzi do oczyszczenia ich serc i dusz… Dziesięć minut spaceru od południowej bramy i trafiam do kwartału głównej świątyni dedykowanej cesarzowi.

Na przyświątynnych terenach, w istocie na granicy tego parku i przenikającego się z nim parkiem Yoyogi trafiam na spektakl, który mnie tutaj sprowadził.

Jest ciepłe, nadzwyczaj ciepłe październikowe przedpołudnie. Dobiega mnie tęten kopyt końskich i co rusz rozlegajace się okrzyki publiczności przeplatane moementami absolutnej ciszy.

Przed mną i tysiącami zgromadzonych widzów rozgrywa się ceremonia, konkurs(?), zawody (?) yabusame, strzelania z łuku.

Dla Japończyków to ceremonia poświęcona bogom. Dla takich obserwatorów jak ja, to wyjątkowy spektakl i zawody w jednym, które wymagają od jego uczestników wyjątkowej sprawności, odwagi i skupienia. Miejscem rozgrywania się tych „zawodów” jest blisko 250.metrowy tor do jazdy konnej. Po nim kolejno, na dany sygnał, w pełnym galopie, ubrani w historyczne stroje z okresu Edo pędzą barwni i egzotyczni w tych strojach jeźdźcy. Jadąc muszą trafić do trzech tarczy, ustawionych niemal jedna po drugiej.

Istnieją dwie szkoły yabusame i tradycyjnie kilka miejsc, gdzie można je obserwować. Tokijskie yabusame nie jest najsławniejsze (przodują Nikko, Kyoto i pobliska Kamakura, której wówczas jeszcze nie znałem), ale i tutaj emocje sięgają zenitu, gdy kolejni jeźdźcy kończą swój wyścig z czasem i celnością. Na ich głowach, pomimo zawrotnej prędkości z jaką nas mijają, niewzruszone pozostają jingasy, lekkie hełmy, rozcięte na środku, by nie spadały właśnie. Każde trafienie nagradzane jest aplauzem i okrzykami radości i uznania publiczności. Na trybunie, gdzieś daleko ode mnie jest specjalne podestr, a na nim grono osob oceniających kunszt i zdolności jeźdźców. I choć to nie zawody, ci najlepsi i wyróżnieni, dostają w dowód uznania biały szalik…

Pisałem tutaj już kilka razy, że są momenty, kiedy Japończycy pokazują nam swoje inne, zaskakujące oblicze. Powściągliwość i pewne zdystansowanie, do którego się szybko tutaj przywyka, zastępuje w takich razach entuzjazm, śmiech, radość  i spontaniczność. Tak dzieje się i tym razem. I wiem, że jak w dworskim teatrze gagaku, choć widzę spektakl,  to to co najważniejsze (w Japonii i Japończykach) pozostaje wciąż nieodgadnione…

Powracam na stację. W drodze widzę sprzątaczy omiatających ogromnymi miotłami ścieżki i drogi parku, i świątyni… Spektakl i tutaj dobiega końca…

Tokijskie metroKoloryt Harajuku (Tokio, 2006)

Torii (Park Meiji, Tokio)

Jeźdżiec yabusame

1/4 km metrów (tor do yabusame; Tokio, 2006)

Start

Nie tym razem (Meiji Park, Tokio, 2006)

Po zawodach (prezentacja wyników i najlepszych)

Powrót / Dwóch sprzątaczy (Tokio, Meiji Park)

Czesi jak Japończycy, czasami. Słowo na wtorek (4)

Zdziwnienie

To trochę dziwne. Czasami to o Węgrzech i Węgrach pisze się, że to europejscy outsiderzy  i nie wynika to wprost z aktualnych kontaktów Orbana  z Putinem (wspomina sie przy takich okazjach o oryginalnym języku, kulturze innej od sąsiednich, alienacji społecznej, czego skutkiem znaczna na tle Europy liczba samobójstw). A tymczasem ja tutaj o Czechach i Japończykach… Owszem zaskakujące, ale po blisko roku pobytu tutaj, nasuwają się czasami pewne porównania i analogie.

Skąd się biorą te podobieństwa? Nie wiem (jeszcze).

Ale znalazłem dwa (co z pewnością nie stanowi liczby zamkniętej), a właściwie to one mnie znalazły, gdy ostatnio podczytywałem miejscowe gazety. Czytam je sobie spokojnie (i wolno) i czytam, i oto bang! Zauważyłem, że w szybkim czasie przenoszę sie z (O)pavy do tokijskiej (O)daiby i na odwrót. Dwa światy, pozornie tylko odległe… Oba na literę ‚O’.

Języki obce

Japończycy nie mówią po angielsku, sprawa jest znana, zanalizowana. Tak jest. Każdy z nich wymieni całkiem sporo słów w tym języku (mniejsz a oto jak), wykaże się długoletnimi studiami nad językami obcymi (głównie angielskim), ale gdy przychodzi co do czego, na pytanie w jakimkolwiek innym języku niż własnym, przeciętny Japończyk zareaguje bardzo nerwowo.

Ucieka pytany na ulicy, poci się gdy nie może już uciec i powiedzmy niewerbalnie (a to silna strona komunikacji w Japonii) informuje nas, że oczekując od niego znajomości języka obcego, stawiamy go (a to już straszne i niebezpieczne) w bardzo niezręcznej sytuacji. Są wyjątki (oczywiście) i jest ich sporo, ale jak na nację 128. milionową, funkcjonującą na globalnym rynku i w relacjach międzynarodowych, jest rozczarowująco niedobrze.

Sprawę badał kiedys internetowy Japan Today i tam zawarte obserwacje potwierdzają się z moimi doświadczeniami. Winny jest system edukacji (głośnego czytania w klasie i powtarzania treści z podręcznika, przenosimy się do niemal średniowiecznego lektorium), nawyki kulturowe (w Japonii milczenie jest częścią komunikowania, nie ma imperatywu nieustannego mówienia i… w ten sposób pogłębiania znajomości języka). No, a na końcu jest też coś zupełnie niezwykłego i bolesnego, czy to się mieszkańcóm Albionu podoba, czy nie. Tym czymś jest lekko lekceważący stosunek to tego języka (innych języków obcych tym bardziej), jako skutecznego środka porozumiewania się ze światem. W dziwny sposób funkcjonuje domniemanie (graniczące z pewnością), że świat mówi po… japońsku. Cóż, przejaw mentalności wyspiarzy ktoś powie… Może. To znaczy tak to, ale to też jedynie część wyjaśnienia w tej sprawie.

No i wiedząc o tym wszystkim wpadam na krótką notatkę w dzienniku Pravo (z 11.02. 2015) i dowiaduję się, że ¾  populacji Czechów mówi jednym językiem obcym. Jest to albo angielski, albo niemiecki lub (to jest ciekawe) rosyjski. Orędownikiem tego ostatniego i jego lingwistycznym propagatorem jest prezydent kraju Miloš Zeman. Dzisiaj nie o polityce, więc nie będę przytaczał dyskusji mieszkańców, co o tym sądzą.

W grupie mówiących obcymi językami, jednak już jedynie 34% płynnie mówi po angielsku, 20% po niemiecku, no i 13% po rosyjsku. 90% Czechów zna tylko jeden język obcy. Czesi są w tej statystyce dla siebie wymagający i nie uwzględniają jako języka obcego mowy Słowaków, a przecież  znakomicie zmieniłoby to te proporcje. Brawo dla Czechów za tak pryncypialną postawę.

Brawa milkną, gdy widać jak rzeczy mają sie w praktyce. Czesi uczą się języków obcych, ale podobnie jak my i podobnie jak Japończycy, nie wspierają codziennej ich obecności w przestrzeni społecznej, publicznej.

Filmy są bardzo często dubbingowane (przypomina to sytuację żywcem przejętą z tradycji niemieckiej i japońskiej właśnie), a w typowych kontaktach biznesowych, towarzyskich (o ile nie  dotyczą relacji naprawdę międzynarodowych i realizowanych na poziomie korporacji, relacji z UE etc.), jak ognia unika się zejścia na poziom języka obcego. „Mówię po angielsku(niemiecku, polsku),  tylko gdy muszę”, to chyba najczęściej wypowiadane zdanie w języku czeskim, jakiego można się tutaj nauczyć. Nadal zresztą nie bedzie to TA sytuacja i ten rodzaj przymusu. Po takim wyjaśnieniu, już bez stresu naszego rozmówcy, dalsza część konwersacji kontynuowana będzie z pewnością po… czesku.

Biura podróży uspokajają Czechów, że tam gdzie się wybiorą na wakacje miejscowa ludność także bedzie mówiła po czesku (przynajmniej niektórzy) i … będzie prawie jak w domu (bardzo japońskie). Nawet nie wiem kiedy i jak, czuje jakbym odbywał błyskawiczną podróż na… Wyspy Japońskie. Nauka języka obcego w wielu przypadkach wciąż przypomina tradycję zgoła samurajską. Z niektórych opowieści wyłania się obraz typowego zaliczenia lektoratów na studiach wyższych „w nagrodę” za sam fakt bycia i pasywnego uczestniczenia.

Dziwne, ale dotyczy to także przedstawicieli świata mediów. Poznani dziennikarze w różnym wieku i powiedzmy mający za sobą różne ścieżki kariery zawodowej niechętnie identyfikują się z ową ¾ częścią populacji mówiącą inaczej niż po czesku (i słowacku).Choć oczywiście są wyjątki (nic nie zmeiniające).

Obraz zdziwienia i zaskoczenia, że świat takiej kompetencji od nich może oczekiwać zastanawia, a zdziwione oczy moich rozmówców po raz kolejny przypominają mi twarze widziane gdzieś na ulicach kolorowych ulicachTokio i innych większych miast Japonii. Na prowincji (japońskiej) szansa na spotkanie kogoś kto mówi językami… jest naprawdę jest bardzo mała. W tamtych warunkach doradzałbym jednak wzięcie ze sobą rozmówek lub elektronicznego tłumacza, naprawdę ułatwi (uratuje) życie. W Czechach rada dotyczyłaby zachowania ostrożności w używaniu polskiego jako języka czeskiego. Jest tak może jeszcze w Opawie, będzie czasami w Ołomuńcu, ale im dalej (na południe i zachód) tym gorzej i myślę, że prawdziwa jest sarkastyczna uwaga (nie wiem czyjego autorstwa), że mieszkańcy Pragi  mogą niekoniecznie wiedzieć o istnienieniu takiego kraju i języka (jak Polska i polski).

Tutejszy najwyższy urzędnik państwowy (niedawno wybrany), odpowiednik takiego szefa civil service (służby cywilnej) w Japonii lub Zjednoczonym Królestwie, posiada zachwalaną przez media komptencję jezykową na poziomie B2. To nieźle (bo więcej niż nic), ale już w Polsce nie mógłby się ubiegać o większość wyższych stanowisk w administracji publicznej, bo tam jest wymagany poziom C1. Niby drobiazg, ale posiada swoją symboliczną wymowę. Trzymajmy jednak kciuki za niemal-ministra (podobnie jak czynią to tutejsze media), bo wkrótce staje do kolejnego egzaminu w Brukseli i  (jak się tu mówi) ma szanse stać się szczęśliwym posiadaczem certyfikatu C 1 właśnie…

DINX I DISK. Starcie dwóch światów

Inna informacja, która sprawiła, że lektura czytanych z reguły pobieżnie tekstów tutejszych gazet, przykuła moją uwagę, dotyczyła tego, że oto Czesi, nieco jak Japończycy (porównanie jest moje, autor artykułu w Pravie z 23.02. nie czynił takowych, uspokajam), coraz później wchodzą w związek małżenski. W Japonii dało to początek ruchowi konsumencko-społecznemu, który ponad wszystko wynosi konsumpcję i życie w formule singla (DINX, rozwinięcie niżej). Rzecz ma się, jak czytam nieco podobnie w Czechach, albo to tylko moje skojarzenie?

Dzisiaj średnia wieku mężczyzny biorącego ślub to 32 lata. Wiek kobiety to około 30 lat. Jeśli zmiany w tym zakresie bedą tak szybko postępowały, to jak zauważają zaniepokojeni socjologowie, połowa mężczyzn zakładających (za kilka lat) rodzinę, będzie w wieku lat50-ciu.

Przyczyny są i tutaj, i w Japonii podobne.

Praca, praca i nadzieja, że kiedyś będzie czas na to wszystko.. Do tego dochodzi brak dawnych instytucji państwa opiekuńczego, bezrobocie, obawa przed jutrem. No, ale w Czechach egoizmu jest jakby mniej. W porównaniu z Japończykami jest o tyle lepiej, że w choć w nieformalnych związkach, to dzieci się tutaj nadal rodzą. Japońskie Double Income No Kids (DINX), tutaj funkcjonuje raczej jako DISK(?) i oznaczałoby Double Income Some(times) Kids, co daje Czechom zdecydowaną przewagę nad Japończykami i jako takie perspektywy na przyszłość… narodu. Ahoj:)

 Bez tytułu

 

Powiedz szefowi co myślisz, czyli bōnenkai party. Zapiski z klawiatury. Japonia (15)

„No to je parada” – chciałoby się powiedzieć po czesku, myśląc  o bonenkai party, które tradycyjnie organizują wszystkie instytucje w Japonii w okresie poprzedzającym święta i  przed końcem  starego roku.

Patrząc na źródłosłów tej nazwy, od razu zrozumiemy, że jest to spotkanie którego istotą, jest… zapomnienie o tym co było (głównie złego) w minionym roku…

Bonenkai-party to wydaje się dobry pomysł na odreagowanie tego, co można nazwać sformalizowanymi, powierzchownymi stosunkami ludzkimi w Japonii, gdzie nawet w trakcie rozmowy telefonicznej wymienia się (na odległość) grzecznościowo-rytualne ukłony. Pamiętam taką scenę na tokijskiej Ginzie i muszę powiedzieć, że wywarła ona na mnie kolosalne wrażenie. Uzmysłowiła siłę rutuału i tego co nazwać można hierarchią społeczno-plemienną Japończyków.

Jest więc taki dzień, „wyjątkowy, choć grudniowy”, chciałoby się sparafrazować znany tekst pastorałki,  gdy pozornie nic nowego się nie dzieje, bo wszyscy znowu zostają w pracy,  po pracy (nota bene często pozorując pracę i po prostu będąc w niej, by zadowolić szefa swoją obecnością i trwaniem – jak i on –  na stanowisku). Tym razem jednak to „po pracy”, oznacza wspólne wyjście na sutą kolację, opłaconą przez firmę. Bywa zresztą, że spotkanie organizowane jest w siedzibie danej instytucji. W jakimś stopniu zależy to od kultury korporacyjnej danej instytucji.

Na kolacji kończącej rok, spotykają się wszyscy pracownicy danej firmy. Jej opuszczenie jest oczywiście niemile widziane, w końcu to dzień wolności (o tym za chwilę), ale nie od wszystkich obowiązków… Zresztą magia suto zastawionego stołu, alkoholu i wszystkiego tego, co kojarzy się z dobrze spędzonym czasem sprawia, że raczej nikogo nie zabraknie na takiej imprezie…

Egalitaryzm kolacji i całego spotkania uwidacznia się także w sposobie zasiadania do stołu. Jest mniej formalny, nie obowiązuje wprost hierarchia i zdarza się (manifestacje takie są mile widziane i w jakimś sensie pożądane), że prezes firmy usiądzie koło fizycznego pracownika (inna sprawa, że etos pracy w Japonii nie dyskryminuje  pracowników fizycznych, ani ich pracy nie lekceważy  w sposób znany nam w Europie, więc sytuacja taka z zasady nie jest tak bardzo szokująca).

Formalizm i ceremonia, która z jednej strony potrafi tak bardzo uwierać w Japonii, tym razem się ogromnie przydaje, bo wiedza na temat tego czym jest i czemu służy  bonenkai-party sprawia, że szybko i skutecznie wszyscy przestawiają się i dostosowują do nowych ról i nieformalnego, otwartego charakteru takiej imprezy.

Wygląda to dokładnie tak, jakby na tych kilkanaście godzin Japończyk przestał być Japończykiem, choć pamiętajmy dzieje się tak właśnie dlatego, że wiadomo, że można, że wolno tak się zachowywać i w ramach konwencji jaka obowiązuje tego dnia, nie poniesie się żadnych konsekwencji.

Je się i pije się tego wieczora, a z ust uczestników biesiady mogą i płyną żale, pretensje, zwierzenia i co tam jeszcze chcecie. Szef może zweryfikować opinię na swój temat (robi to z godnością i zrozumieniem, że w końcu także i on nie jest tak doskonały), ale takie spotkanie pozwala mu też spojrzeć (w tej jeden wieczór) innym okiem na ludzi, którzy go otaczają i na co dzień, zachowują się (czasami) zupełnie inaczej.

To oczywiste, że i szef  ma prawo do osobistego odniesienia się do tego, jaki był to rok i tego co i o kim i jak myśli. By była jasność. Akcenty tego co dobre i co złe mieszają się na takim spotkaniu w niejednoznacznych  proporcjach i nie jest tak, że jest to ten rodzaj spotkania, podczas którego alkohol topi tylko złe emocje. To moment swoistego oczyszczenia i właściwie tak należy interpretować to, co ma miejsce  tego wieczora i nocą przy stole…  To zamykanie spraw, których prawdopodobnie inaczej nie da się już rozwiązać.

Po bonenkai-party przychodzi dzień po. ..

Nie łączy się go już w żaden sposób z tym co miało miejsce jeszcze kilka godzin wcześniej (no może jedynie z silnym bólem głowy, jeśli się przesadziło z sake lub shōchū (rodzaj japońskiej wódki). Są to dwa różne światy, które mają tych samych bohaterów, ale pozostających oni w kompletnie innych konwencjach zachowań i kodów językowych.

Szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie podobnej sytuacji w Polsce i założenia, że to co było wczoraj, nie ma wpływu, na to co dzieje się i co myśli się następnego dnia. No może, wnioskowanie po takich spotkaniach możliwe jest i w Japonii, ale zdradzanie się z tym, że zacznie to kształtować wprost  zachowanie wobec określonych osób, byłoby z miejsca napiętnowane (ostracyzmem, odrzuceniem) i jest złamaniem pewnej ważnej umowy społecznej. W Japonii można czasami wiele (?), ale nie aż tyle… Obyczaj, niepisane (i pisane) zasady postępowania (tradycja kodeksu bushido) sprawiają, że jest rzeczywistość bonenkai -party i tego co się tam stało, to obszar funkcjonowania swoistego, niewzruszalnego milczenia. Tak jest. Po prostu. Taka jest Japonia.

Bonenkai-party poza tą ceremonialną i integracyjną rolą, spełnia inną bodaj jeszcze ważniejszą rolę. Jest w mojej ocenie swoistym „wentylem bezpieczeństwa” w relacjach społecznych, które – nie waham się tego powiedzieć – eliminują jakikolwiek poziom indywidualizmu, ograniczają ekspresję własną i przeciwstawiają  się  zmianom, o ile te nie  są akceptowane przez istniejący establishment, czy senioralnego systemu opresji wielopokoleniowej, którego doskonałym przykładem na gruncie administracji jest system konsultacji i podejmowania decyzji znany jako nemawashi. To system mający dać przekonanie wszystkim, których dotyka, że faktycznie uczestniczą w podejmowaniu decyzji. Niestety, choć rozstrzygnięcia są podejmowane „od dołu”, w praktyce każda decyzja- taka, czy inna – dawno już została przesądzona przez podejmującą owe rozstrzygnięcie senioralną „górę”. Ta ostatnia ma swoje oczekiwania, które w nieformalny sposób potrafi zawsze skutecznie przeforsować. Czy to nie powód (kolejny), by w tej jeden, jedyny grudniowy dzień się zapomnieć i kontestować istniejący porządek?

*

Bonenkai-party jest częścią tego, co składa się na grudniowe celebracje w Japonii. Temat uznany już wczoraj (prawie) za zamknięty, domykam dzisiaj. Sprowokował go artykuł w miejscowej prasie o czeskich firmowych imprezach świątecznych…

Następstwem tych czeskich, jak dowodzą badania (lubię to, że Czesi tak naukowo i z powagą badają swój charakter i styl życia) jest to, że stare przyjaźnie bywają zastępowane nowymi. Rozczarowanie ustępuje miejsca fascynacji (np. walorami osoby przez nas dotąd lekceważonej), no i często pozostaje silny ból głowy. Spotkania takie sprzyjają także przygodnemu seksowi, co niestety psuje relacje w pracy i utrudnia powrót do następnego dnia (a ekonomia i wynika finansowy firmy cierpi).

Czytam tak o tym i myślę o serialu Mad men, wspominam lekturę  książki Mad women (Jane Maas, 2012) i łapie się na tym, że daleko od wysp japońskich są lub raczej były firmy, gdzie bonenkai-party trwały cały rok… Zastanawiam się komu to przeszkadzało? Ale to typowe wręcz idealne pytanie na bonenkai party, ale nie na blog. Tutaj traci ono rację bytu i jest już bardzo niepoprawne politycznie.

 Oczekiwanie. (Kioto, Japonia)

Japońskie Boże Narodzenie. Zapiski z klawiatury (14)

Czas Bożego Narodzenia jest w Japonii  czasem wyjątkowym, choć innym od nam znanego. Nie tylko dlatego, że  jest tam tak mało chrześcijan.

Japończycy w swoim dążeniu do westernizacji zrobili wiele, by i to święto jakoś wpisać w ich kulturę i doroczny kalendarz świąt. A mimo to…dla przybysza spoza wysp, gaijina (obcego-cudzoziemca) to okres, który myślę trudno się znosi, mając –  jak ja – w pamięci święta rozgrywające się w cieniu betlejemki, przy dźwiękach kolęd i obrazu opłatka, którym przełamujemy się z najbliższymi…

Szczerze? Perspektywa Bożego Narodzenia w Tokio lekko mnie przerażała, ale na szczęście wszystko skończyło się dobrze i 23 grudnia lądowałem na warszawskim Okęciu (mgieł nie było, jak dzisiaj)…

Co takiego napawało mnie przestrachem? Jakie wygląda Boże Narodzenie po japońsku ?

Oto krótka opowieść o niektórych obyczajach tego czasu…Opowieść zbudowana na tym co widziałem i co opowiedzieli mi o tym czasie sami Japończycy (Japonki w istocie, kultywujące tradycję; tą własną i przysposobioną)

Xmas tree, czyli choinka musi być kawaii

Oczywiście, jak wiele innych miłych rzeczy (a Xmass są miłe) i te święta muszą być „kawaii”. W praktyce oznacza to niezliczone  iluminacje choinkowe i „lodowe instalacje” . Tak przynajmniej było w Tokio, w którym mieszkałem. Owe choinki to zresztą rodzaj bardzo swobodnej interpretacji tego czym jest Xmas tree (tak też tutaj nazywanej) i dowód na to, że o ile Japończycy są  strażnikami własnej tradycji,  to tę zachodnią traktują już bardziej swobodnie lub (powie tak optymista) baaardzo kreatywnie…

Choinka ma być zatem słodka w wyrazie, ma być kawaii, musi byś śliczna, piękna. Świecić się i skrzyć złotem i srebrem, granatem, purpurą, różem. Olśniewać światłem własnym i odbitym. Drzewko w praktyce jest raczej pokaźną konstrukcją stalową, rzadko już zielonym drzewem (mówię o tych wystawianych w miejscach publicznych).

Choinka a la naturelle

Jeśli z jakiś powodów chcemy mieć prawdziwą choinkę, świerk lub jodłę, to jest to oczywiście możliwe.

Te są  sprowadzane na życzenie, droższe z Japonii (z Hokkaido), tańsze spoza wysp. No, ale w takim przypadku po pierwsze trzeba rzecz całą zaplanować wcześniej (coś co Japończycy robią nader chętnie) i już na początku listopada wybrać z katalogu najbliższej kwiaciarni drzewko naszych marzeń i… możliwości finansowych.

Taki okaz 1,50 m wysokości (+ pokaźny korzeń w donicy), zachwyci nas nie tylko swoją nieziemską urodą, ale też ceną około 10 000 yenów (100 dolarów) za sztukę. Te większe będą z każdym centymetrem droższe, a i transport trzeba jakoś w to wliczyć, bo o ile nie ma się siły i warunków na miarę Pudziana, dostarczenie go do odległej dzielnicy metropolii będzie nas kosztować co najmniej drugie tyle…

Przez pewien czas bardzo chciałem stać się szczęśliwym posiadaczem bożonarodzeniowego drzewka, rekompensując sobie oddalenie od ojczyzny… Może z powodu niepowodzenia przy jego zakupie zdecydowałem się na desperacki powrót do Polski? Może, to dobry pretekst i trop do rozwinięcia zupełnie innej opowieści, ale mnożąc kolejne „może”, może, nie tym razem?

Było bardziej banalnie.

Oto w drodze na moją uczelnię, w jednej z bocznych uliczek, w ekskluzywnej kwiaciarni w dzielnicy Roppongi, choinki kusiły mnie już od połowy listopada. Na początku twardo opierały się mojej nadziei na przecenę i na to, że coś utarguję.. To ostatnie przeświadczenie przywiozłem z Europy Środkowej, gdzie targowanie się jest przyjętą formą wykazywania zmysłu ekonomicznego i oczywistej inteligencji. Nie tutaj, niestety.

Po pierwszych rozmowach z właścicielem w sprawie zbyt wysokiej ceny (zero reakcji na moją legitymację studencką!), wymiany uwag na temat wyjątkowej jakości jego towaru (pochlebstwo nie zadziałało, wzmocniło jedynie upór sprzedawcy i przekonanie o wartości jego towaru…), a na koniec przywoływaniu z przeszłości wspomnień radosnych świąt spędzonych w domu i tych smutnych poza nim (próba wzbudzenia współczucia zawiodła całkowicie), dałem sobie spokój…

Z obojętnością i dobrze wyćwiczonym fochem mijałem przez kolejne dni kwiaciarnię, nie spoglądając w stronę zieleniejącego igliwia.

Pomyślałem sobie nawet (dla wygody własnej oczywiście i tak sobie tłumacząc porażkę negocjacyjną), że pewnie jest to jeden z tych szemranych interesów prowadzonych przez miejscową yakuzę (jest mocno reprezentowana  w Roppongi). Drzewka po prostu nie są na sprzedaż, a to co się robi w tej kwiaciarni bliższe jest  w swojej istocie znajdującej się obok pralni chemicznej, czyli pierze się tam kasę mafii i zniechęca klientów (bez właściwego tatuażu) do jakichkolwiek zakupów.

Potem, nagle choinki były tańsze, ale równie niespodziewanie okazało się, że na święta powrócę do Polski, więc problem świąt (i choinki) sam się rozwiązał… (no nie wiedziałem, że podróż z Aeroflotem dostarczy mi innych, intensywnych emocji, ale to już inna opowieść).

Wracając do świąt, są oczywiście enklawy w Japonii, gdzie święta i związana z nimi obrzędowość jest traktowana bardziej świadomie (np. północna część Hokkaido poddana historycznie oddziaływaniu prawosławia), ale nawet w Tokio, żyjące tam wspólnoty chrześcijańskie nie są w stanie zmienić powszechnego obrazu tych świąt, jako czegoś zupełnie innego i na inny temat… (że tak to ujmę).

Boże Narodzenie w Japonii, czyli ‘Love hotel, ’ KFC, tort truskawkowy i dzień cudów (miłosnych)…

Boże Narodzenie po japońsku to mówiąc obrazowo hybryda będąca formą skrzyżowania hollywodzkich (Diseney’owskich) obrazów Bożego Narodzenia, z dość typową u Japończyków predyspozycją do przesady i popadania w coś co w Europie nazwalibyśmy estetyką kiczu, maksymalizacji efektu i racjonalizacji.

Zatem już od połowy listopada ulice japonskich miast się z(a)mieniają w iluminowane arterie, coś na kształt widowisk z gatunku „światło i dźwięk”. Cale dzielnice rozświetlają  iluminacje i dekoracje o motywach „it must be Christmas now” (gwiazdy, gwiazdeczki, świece i sople lodu itd).

Wspominając to wszystko teraz, z lekkim rozbawieniem myślę, że choć święta tego Japończycy ( w mojej ocenie) nie rozumieją (ba, wyrasta z tradycji odrzuconej i tępionej w epoce Edo, jaką było chrześcijaństwo, a zwłaszcza zakazany tutaj katolicyzm), to cieszą się na ich nadejście jak dzieci…i jak my właśnie, widząc w nich okazję do uczynienia życia barwniejszym i ciekawszym od tego, którym jest na co dzień.

Love comes first

Przede wszystkim Boże Narodzenie w Japonii, to odpowiedni i właściwy czas na okazanie sobie (i zamanifestowanie światu jeśli trzeba) miłości.

W Wigilię Bożego Narodzenia, a także w pierwszy dzień świąt, zakochani spotykają się i czynią sobie wzajemnie wyznania miłosne. Gdy sprawy są już zaawansowane, to dzień świąteczny jest dobrą i właściwą okazją do tego, by para w romantycznym uniesieniu wylądowała w jednym z licznych „love hotels” i tam nieniepokojona przez nikogo (najwyżej cenione są hotele bezobsługowe), ustaliła intensywność emocji i trwałość relacji…

Kolacja, na którą w taki dzień zaprosi swoją ukochaną, kochający ją  mężczyzna, będzie miała niezwykle ciekawy, by nie powiedzieć kontrowersyjny anturaż. Tym najbardziej pożądanym miejscem będzie restauracja… KFC i serwowany tam drób… Tak, wiem jak to brzmi.

Bez przesady można powiedzieć, iż w te dni „Love is All Around” i tym stanem emocji przesycona jest cała  Japonia… Dzień ten odgrywa zresztą niezwykłe ważną rolę w biografiach miłosnych większości Japończyków, urodzonych po 1945 roku. Niezaproszenie jej/jego tego dnia do restauracji KFC (lub podobnej; w tej pierwszej miejsca trzeba rezerwować z miesięcznym wyprzedzeniem!)  lub niezłożenie poważnej propozycji (jak owa wizyta w hoteliku na godziny), może definitywnie zachwiać, by nie powiedzieć zmieść z powierzchni ziemi inkryminowaną miłość… Święta w tym przypadku to bardzo poważna sprawa…, jak widać.

Tort truskawkowy na deser

Tradycyjne danie w czasie Bożego Narodzenia, to jak już widać z tej opowieści, drób przygotowywany metodą pułkownika Sandersa i… spożywany tego dnia (24 grudnia) i następnego, tort truskawkowy… nazywany z angielska „Christmas cake”.

Biszkoptowy, „wypasiony” gdy mowa o ilość kremu i bitej śmietany, dekorowany godną liczbą truskawek, które w zadziwiającej liczbie, jak na tę porę roku, zdobią jego szczyt… Przyznaje, że byłem mocno zdziwiony, gdy pewnego grudniowego poranka (na początku tego miesiąca) wchodząc do swojego sklepiku „na rogu” (Daily Yamazaky) moim oczom ukazało się to cukiernicze cudo… Cena (nie jestem tego teraz pewien, może ktoś mnie skoryguje?) też była lekko szokująca, bo było to co najmniej  powyżej 5 000 yenów (ok. 50 dolarów US), czyli sporo jak na tego rodzaju kulinarną awanturkę (wiem, wiem, co to awanturka, ale mi tutaj to słowo bardzo pasuje).

No i uwierzcie, że siła tej ponowoczesnej tradycji wciąż działa, bo choć tort jest naprawdę drogi, to są one kupowane masowo, zamawiane i wreszcie zjadane (niestety, nie spróbowałem, nie znam smaku!) w Wigilię i pierwszego dnia świąt…

26 grudnia zawsze tracą drastycznie na wartości i… podlegają przecenie… Nagle też nikt ich nie chce… i stoją takie niechciane i porzucone…  (Ta niechęć Japończyków do przecen nie dziwi mnie w ogóle; Japończycy bardzo krytycznie postrzegają wszelkie „okazje” i przeceny, wietrząc w nich próbę sprzedania im w takich razach tandety i rzeczy o złej lub co najmniej obniżonej  jakości).

Za długi ten wpis. Też wiem. Czas kończyć…

Tort truskawkowy stał się także inspiracją do wykreowania przysłowiowego wyrażenia odnoszącego się do młodych kobiet… Gdy usłyszymy zatem, zdecydowanie w lekko ironicznym kontekście, że jakaś dziewczyna lub kobieta „przeistoczyła się w Bożonarodzeniowy tort ”, oznacza to ni mniej, ni więcej, że ma już ukończone co najmniej 26 lat i podlega „przecenie”, przestając być młodą, atrakcyjną panną do wzięcia…

Taak, owszem. Japończycy mają wiele wad (jaka nacja ich nie ma). Jedną z nich jest i ta, że są bardzo seksistowskim społeczeństwem. To wyrażenie nie należy zresztą do najgorszych. Bardziej zniechęcające jest to jak nadal i wciąż pomimo między innymi zapewnień obecnego premiera Shinzo Abe postrzegają miejsce kobiet w swoim społeczeństwie. To co jest praktyką życia codziennego, a to co jest postulowane, to dwa różne światy, w Japonii potrafiące się świetnie uzupełniać.

A bycie tortem Bożonarodzeniowym japońskie kobiety raczej nie przeraża, Wiem to od nich. Powiedziały mi to w sekrecie. No, to już i Wy wiecie.

A  to jest ów wyczekiwany koniec.

(PS. Szczęśliwych Świąt, gdy już nastaną)

"Lodowe pole". Stacja Shimbashi

"Xmas tree" na nabrzeżu Odaiby. W tle nocna panorama Tokio.

Siedziba FujiTV w świątecznej oprawie. Odaiba, Tokio

Roppongi Midtown. Świąteczna iluminacja. W tle Tokyo Tower

Christmas cake, onsen i miso soup. Opowieść o Japonii, jakiej nie znacie.

Przegrani nielubiani…

Żebraczka widziana na dworcu PKP w Katowicach w 2007 roku wykrzykuje swoje nieszczęście w sposób, w jaki nikt by nie robił tego w Japonii.

Mimo to postać kobiety w Katowicach przypomniała mi podobne widziane na dworcach Tokio, w Shimbashi, czy w parku Ueno. Tam jednak ciche, nieobecne, jakby pogodzone ze swym losem. Prawdę mówiąc nie niepokojone także przez samych Japończyków, dla których są niemym wyrzutem, iż nie wszystko jest tak doskonałe, jak by tego chcieli. W jakimś sensie tacy ludzie, źle potraktowani przez los, chorzy (zwłaszcza tacy), bezdomni są tym mniej dostrzegani przez system, im w wprost negują japoński styl życia, uznanie dla sukcesu, ba fetyszyzowanie go do momentu, w którym okazuje się, że zwycięzca może być tylko jeden.  Japonia nie lubi przegranych. Nie pasują do ich perfekcyjnej wizji świata…

Światło

Japonia jest krajem Słońca. Wpisanie go do Hinomaru, japońskiej flagi narodowej, wydaje się tak samo oczywiste, jak uroda malowniczych wschodów zachodów słońca, które obserwowałem na kolejnych wyspach Japonii, poczynając od malowniczych perspektyw nad Zatoką Tokijską, a kończąc na wulkanicznej Oshimie… Ta ostatnia, jest wyspą na której narodziła się popkulturowa Godzilla. Mnie przy pierwszym kontakcie przypominała opowieści ze świata Kiplinga, gdzie wilgoć, mistyka i nieprzebrana zieleń umiejscawia nas, przybyszy, w roli petentów rzeczywistości…

Plemię Nipponu

Japończycy są wielkim 138 milionowym wielkim plemieniem, jak piszą kulturoznawcy, socjolodzy, historycy… Lud dumny i zapatrzony w siebie. Bezwzględny wobec obcych. Wciąż pomimo deklarowanej publicznie poprawności politycznej, odwrócony plecami do Koreańczyków, Filipińczyków, Tajów, Wietnamczyków… Narodów, które w hierarchii społeczeństw regionu postrzegane są  przez nich jako gorsze, mające mniejszy dorobek cywilizacyjny  i z tego powodu nie zasługujące na szacunek…

Ten stosunek do Koreańczyków widziałem w salonach hazardu Pachinko. To mniejszość, której odmówiono prawa do potraktowania Japonii, jak swojego drugiego domu. I oni i ja, pozostają dla Japończyków „aliens”, obcymi… Oni jednak bez prawa powrotu i zbyt zakorzenieni, by powrócić do podzielonego kraju praojców.

Prawda Ostatniego Samuraja…  

W przypadku Japonii, na początku jej nowoczesnego istnienia był nie chaos, lecz desperacka i chwilami okrutnie przeprowadzona modernizacja kraju, wynikająca ze wiadomości, iż porażką w tym wyścigu z czasem, może być uzależnienie Japonii od obcych i kolonizacja kraju, jakiej doświadczały niemal wszystkie narody regionu.

Ceną rozwoju były wojny domowe i bratobójcze zmagania w latach 60-tych XIX wieku o to, jaka ma być Japonia aspirująca do grona rozwiniętych państw świata.

Myślę, ze świat, płaski czy nie, odwołując się do teorii Th. Friedmana, nie ma pojęcia, jak wielkim, heroicznym wysiłkiem i ludzkimi dramatami okupiony był japoński skok w nowoczesność. Przypominam w tym miejscu ten film raz jeszcze tylko dlatego, że jeśli nie dane będzie komuś doświadczyć tego osobiście, film ten daje namiastkę tego czym była Japonia w czasach, gdy część samurajów ginęła w obronie starego porządku, część podjęła się przebudowy państwa.

Christmas cake, onsen i zupie miso nie napisze tym razem. Ale kto powiedział, że tytuł nie może być mylący?

 Zagubiony.

 

Extreme ways. Zapiski z klawiatury. Japonia (12)

Extreme ways

Moby wyśpiewujący Extreme ways jest przypomnieniem moich pytań o składniki tożsamości Europejczyka, gdy ten mieszka w Japonii.

Muzyka towarzysząca napisom końcowym „Tożsamości Burne’a” (reż. Doug Liman, 2002), po raz pierwszy tam usłyszana, przyniosła swoiste przebudzenie i pytania „o siebie  w obliczu tego, co wokół”.

Jak bohater ‘Lost in translation’  w hotelu (pol. Między słowami; reż. S. Coppola, 2003), tak ja obudziłem się na 7 piętrze  mieszkania na uniwersyteckim kampusie w Odaibie i nerwowo rozglądnąłem się wokół. Co znaczy tutaj, tysiące kilometrów od Europy, być Europejczykiem?

Tego dnia na dziedzińcu kampusu dogorywało nocne oświetlenie, koledzy sączyli miejscową whisky, a ponad wieżowcami przelatywały samoloty na pobliskie lotnisko Haneda. Samoloty tak duże, że podświetlone, wyglądały jak imponujące kolorami owady.

Bycie tutaj  zdecydowanie oddalało od ‘tożsamości’ narodowej. W jakimś sensie nie miało to znaczenia. Było się ze Starego Kontynentu, miejsca, gdzie jak zauważył Fukujama (s)kończyła się historia, a my z nią?

Podobnie jak w Lost in translation (S. Coppola, 2003), przybysz w Japonii, uczy się życia, jako formy  nowej, bo opisanej innymi znakami. Niby to oczywiste, ale w pierwszym odruchu rodzi potrzebę rewolty i zaprzeczenia japońskiemu wyrażeniu, że wszystko  ‘Daijoubu desu’ (pol ‘dajdziobu’; pożyczam od M. Bruczkowskiego, Bezsenność w Tokio), czyli jest w porządku

Ale na początku nic nie jest. Extreme ways…

Odaiba nocą

Uniesienie. Odaiba

Ostatni Samuraj i plemię Nipponu. Zapiski z klawiatury. Japonia (11)

Tekst o tożsamości Japończyków i analiza „Ostatniego samuraja” , jako dzieła filmowego tłumaczącego część tych zawiłości.

Ostatni samuraj A.D. 2006 (Tokio, Meiji Park)

Pierwsza próba. Trudny wstęp, ale potem będzie łatwiej…

Japończycy są jednym, wielkim plemieniem, jak piszą kulturoznawcy, socjolodzy, historycy. To w jakimś stopniu ma tłumaczyć trwałość więzi społecznych, podzielanie jednego, wspólnego kodeksu zachowań i wartości. Oceny tej nie zmienia teoria doktora Tadao Umesao, poszukującego źródeł wyjątkowości narodu Japońskiego w peryferyjnym położeniu Japonii (geograficznej peryferyjności, a nie kulturowej naturalnie) i czyniącego paralele do mieszkańców Wysp Brytyjskich. Społeczności, jego zdaniem, sobie bliskich i dających pośrednio odpowiedź na pytanie, jak rozumieć Japonię i jej mieszkańców.

Nie pałam sympatią do teorii pana Umesao (zwłaszcza, iż wyrasta ona z nacjonalistycznej tradycji uniwersytetu w Kioto, która onegdaj poprowadziła Japonię ku klęsce 1945 roku), pamiętając, iż Brytyjczycy w przeciwieństwie do Japończyków nie pogrążyli się w trzech wiekach samoizolacji, a w czasach gdy jedyny kontakt Japończyków ze światem odbywał się poprzez port w Nagasaki, Brytyjczycy zdobywali kolejne kolonie i rynki zbytu od Ameryki Północnej po Australię. Japonia tkwiła na swoich czterech wyspach i wysepkach.

Ale teoria ta to jeden z wielu przykładów badań czy pseudobadań, jakie mają miejsce w Japonii i jakie służą wykazaniu wyjątkowości rasy, kultury i dorobku cywilizacyjnego Japończyków.

Japończyków, wciąż pomimo poprawności politycznej jaką prezentują, odwróconych plecami do Koreańczyków, Filipińczyków, Tajów, Wietnamczyków. Powiedzmy sobie wprost narodów, które w hierarchii społeczeństw regionu postrzegane są przez Japończyków jako gorsze, mające mniejszy dorobek  i z tego powodu nie zawsze zasługujące na szacunek…

Przy okazji. Wiecie, że w Japonii obowiązywał jeszcze w XX wieku podział państw na kategorie? Pierwszą, drugą itd.. No właśnie, o tym nie mówi się zbyt często i choć ogromnie wiele się zmieniło w Japonii, to czasami można odnieść wrażenie, że nie wszystko. Geopolityka i mapa percepcji kulturalnej na przykład nie.

Próba druga. Jak to się stało? (będzie już łatwiej, bo odwołamy się do kultury masowej)

Wieki izolacji, skazanie na samych siebie i wyspiarskie położenie, postrzeganie Japonii w opozycji do reszty świata, czy kompleksy wobec obcych, spowodowały z całą pewnością, że Japończycy są inni. Ale jak bardzo inni?

Nie wiem, jak to zmierzyć, natomiast odmienność ta z pewnością zasługuje na opis i próbę zrozumienia. Tej też nie gwarantuję, ale z pewnością w swoim opisie wyjdę poza potoczne widzenie Japonii, jakie posiadamy, jakie wytworzyliśmy w Polsce, w Europie.

Rozumienie, które jeśli w ogóle odwoływać się będzie do znaków i symboli, to rozpięte jest między tym, co światowa kinematografia przyniosła na temat historii i współczesnego obrazu Japonii w 2003 roku.

To w pewnym sensie zadziwiające, że właśnie w tym czasie powstały trzy, tak bardzo odmienne filmy: „Ostatni samuraj” (Last Samurai), „Między słowami” (‘Lost in Translation’) i „Kill Bill”. I wszystkie trzy dotyczyły (naszej – świata zachodniej hemisfery) percepcji kulturowej Japonii. Niezwykłe.

Każdy z nich w jakimś stopniu opowiadał pewną prawdę o Japonii i nawet jeśli nie wprost, to czasami poprzez obrazy, których w tych filmach zabrakło…  W moim eseju zajmę się „Ostatnim samurajem”.

W tym miejscu, tych których znużyły te wszystkie uwagi, odsyłam do zacytowanych dzieł kinematografii amerykańskiej. Są na tym tle i w tym kontekście, bardzo udane. Tych, którzy wytrwali zapraszam do dalszej lekury.

Część trzecia, czyli walka z tradycją

Japonia… i nasze stereotypy o niej. Kraj samurajów, gejsz, zamków, shogunów, światowych technologii…globalna marka? Zajmę się tymi historycznymi skojarzeniami…

Wizji i pejzażu kraju, jaki możemy odnaleźć w „Ostatnim samuraju” na próżno szukać w samej Japonii (wyłączając plastikowe Edo Mura – Edo Wonderland, kiczowaty park tematyczny z epoki Edo, znajdujący się blisko historycznego Nikko, którego zabytki znajdują się na liście światowego dziedzictwa UNESCO). Dobitnym tego potwierdzeniem jest fakt, że „Ostatni Samuraj” musiał zostać zrealizowany w plenerach Nowej Zelandii, gdzie od podstaw zbudowano port w Jokohamie, a pejzaż 19. wiecznej Japonii powstał przez zmiksowanie widoku Fuji, tamtejszych szczytów górskich i alpejskiego śniegu.

Taki sposób przywoływania wyobrażeń Japonii nie jest tylko następstwem obniżania   kosztów produkcji filmowej. W przywoływanym przypadku nie ma to zresztą znaczenia.

To, co powinno nas bardziej zaintrygować, to fakt, że realizacja tych zdjęć w Japonii była w takiej skali praktycznie niemożliwa. Japonia jest bowiem krajem dużo uboższym w zakresie dziedzictwa przeszłości, niż nam się wydaje. Kyoto, Nara, Nikko, region Tohoku – to przykłady miejsc, gdzie można spotkać „dawną Japonię”. Miejsc, które w ogóle dają nam w Japonii gwarancję na zetknięcie się z autentyczną przeszłością tego kraju, jest bardzo mało. Nawet słynna „Złota Pagoda” w Kyoto, na tle której przywódcy Grupy G 7 tak chętnie się fotografowali, podczas jednego ze szczytów tego klubu, pochodzi z… 1950 roku. Oryginalną Złotą Pagodę spalił buddyjski szaleniec rok wcześniej.

W dużej części właśnie taka też, jak owa Złota pagoda, jest Japonia. Ersatzowa, rekonstruowana, odtwarzająca w nowych materiałach swoje zabytki i zamki shogunów (nie odżegnując się przy tej okazji od betonu i plastiku). Kraj z wielu powodów wyzuty ze swojego… dziedzictwa. Z jednej strony świadomie „wyrywający z korzeniami” tradycję z życia społecznego w wyścigu ku nowoczesności. Z drugiej nieustannie  narażony na klęski naturalne, by wspomnieć wielki pożar Kanto z 1923 roku, który obrócił w perzynę metropolitalne, drewniane  Tokio.

Żyjąc w Japonii zacząłem wierzyć, że tylko cudzoziemcy wychowani są na  drzeworytach Hiroshige. I że to oni ulegli fascynacji japońską asymetrią, minimalizmem sztuki wyrosłej na tradycji Zen, sztuki buddyjskiej. Przy okazji stając się wyznawcami estetyki filmów Kurosawy i tradycyjnej architektury drewnianej. Odwiedzając czy to luksusowe sklepy Shinjuku, Ginzy, czy park Yoyogi, można odnieść wrażenie, że Japończycy (choć nie wszyscy), wyzbywając się własnej tradycji, przejęli obcą kulturę generując synkretyczną jej formę spod znaku cosmo.

Pułapki niejednoznaczności

Japonia z wielu powodów to kraj nieukojonej nostalgii, w którym patriotyzm, miłość do kraju, to kategorie i deklaracje społecznie niezwykle niejednoznaczne, nie tylko z powodu traumy po II wojnie światowej.

Źródła tej ambiwalencji sięgają połowy XIX wieku i odrzuconej tradycji zwalczanej, jako coś co ograniczało Japończyków w ich marszu ku nowoczesnemu i rozwiniętemu społeczeństwu. Inne tkwią w zakazanej miłości do kraju (po 1945 roku kojarzonej z szowinizmem i imperializmem japońskim) i tradycji kodeksu honorowego ‘bushido’.

Skomplikowane?

No wiem, miało być lżej, a nie jest. Postąpię zatem tak, jak uczyniłby Japończyk. Okażę skruchę, wykonam uroczysty skłon i mam nadzieję, że z uzyskanym tą drogą przebaczeniem mogę kontynuować.

Częścią stosunku Japończyków do tradycji i dziedzictwa, jest ich relacja „miłości i nienawiści”, do kultury nie-Japończyków, świata „obcych”. Obcych-alien, jak mówią o takich jak ja, gdy staniemy na ich ziemi i otrzymujemy Alien Identity Card. Każdy w takim przypadku czuje się jak przybysz z innego świata.

Radykalizm odrzucenia tradycji japońskiej, był w historii tego kraju równie niebezpieczny, jak bezkrytyczne przyjmowanie dorobku cywilizacji Zachodu. Okresy gloryfikacji tradycji rodzimej były równie częste w historii Japonii, jak odchodzenie od niej. Sinusoida tożsamościowa? Coś w tym rodzaju.

Historia 20. wieku dowodzi, że odrzucanie to kończyło się tragicznie, sprowadzając Japonię na skraj przepaści, czy wręcz samounicestwienia, jak zdarzyło się to w sierpniu 1945 roku.

Myślę, patrząc na to, czym są emocje w życiu Japończyków, jak kochają i jak nienawidzą, że problemem w ich historii nowoczesnej nie były w istocie idee, jakie przejmowali, adaptowali czy do których powracali. Niebezpieczeństwo wiązało się raczej z bezkrytycznym ich przyjmowaniem: absolutne i bezgraniczne. Przesycone emocjami i pasją. Do końca i bez reszty, aż po Rubikon, (tutaj takim miejscem przejścia jest symboliczny skok ze schodów świątyni Kiymizu-dera), poza który nie było już miejsca na nic, poza końcem, śmiercią, kompromitacją lub chwałą (nomen omen samurajską).

Prawda Ostatniego Samuraja…  Powrót do źródeł

W przypadku Japonii, na początku jej nowoczesnego istnienia był nie chaos, lecz desperacka i chwilami okrutnie przeprowadzona modernizacja kraju, wynikająca z wiadomości, iż porażką w tym wyścigu z czasem, może być uzależnienie Japonii od ówczesnych mocarstw i kolonizacja kraju, jakiej doświadczały niemal wszystkie inne narody Dalekiego Wschodu. Obawy i zagrożenia te były realne. Ceną za modernizację tania siła robocza, nowe rozwarstwienie społeczeństwa, prymitywny przemysł nakładczy, trujące fabryki, rzeki Japonii spływające ściekami. Tanie, kopiowane rozwiązania techniczne. Interesującą spuścizną tego czasu była przysłowiowa „japońszczyzna”. Termin, który w Indiach przez dekady był synonimem złej, czy niskiej jakości i tandety, wyparty dzisiaj przez znaną i u nas „chińszczyznę”.

Ceną za szybki rozwój i modernizację były wojny domowe i bratobójcze zmagania w latach 60-tych i 70-tych XIX wieku. Zmagania o to, jakim społeczeństwem ma być Japonia,  aspirująca do grona najbardziej rozwiniętych państw świata.

Właśnie ten wątek obecny w „Ostatnim Samuraju” sprawił, że dopiero pobyt w Japonii odkrył dla mnie tę wartość filmu, zaś samo dzieło Edwarda Zwicka (reżysera „Ostatniego samuraja”) zyskało w zetknięciu z pomnikami i pamiątkami tego okresu, pieczołowicie przechowywanymi przez Japończyków.

Gdy definiujemy skalę zmian, pomyślmy o niemal całkowitym odrzucenie tradycji. W praktyce polegało to na zanegowaniu i przeobrażeniu dotychczasowego stylu życia, zburzeniu struktury społecznej, administracyjnej i politycznej kraju i wprowadzenia „nowego”. Sprostania wyzwaniu i zagrożeniu, jakie nieśli dla Japonii obcy.

Do anegdoty przeszły przekazy o wierze Japończyków w konieczność jedzenia mięsa, by w ten sposób dorównać inteligencją białym przybyszom z Niemiec, Francji Anglii czy USA. Równie smutne i znaczące były kompleksy związane z wyglądem, wywołane opiniami cudzoziemców. Japończycy byli w nich wprost przyrównywali do istot człekokształtnych. Tak zgryźliwie o ówczesnych Japończykach pisał między innymi Francuz, Pierre Loti w latach 80-tych XIX wieku.

Swoistym kuriozum była „tańcząca dyplomacja”, jaką od 1885 roku uprawiano w Tokio (i słynna sala balowa o nazwie Rokumeikan). W trakcie owych bali organizowano wieczory taneczne z muzyką zachodnią (polki, walce, mazurki). Głęboko wierzono, aż po granice absurdu, iż strój i obyczaje w całości przejęte od obcych, szybko i skutecznie ucywilizują Japończyków, kształtując ich na obraz i podobieństwo człowieka Zachodu.

Przy okazji tych rozważań, warto zwrócić uwagę na sposób potraktowania w Japonii tych, którzy zostali pokonani w trakcie bratobójczych wojen w czasie modernizacji Japonii. Patrioci wierni cesarzowi i opowiadający się za unowocześnieniem Japonii na modłę zachodnią doczekali się uhonorowania w skądinąd słynnej świątyni Yasukuni, przedmiotu nieustających kontrowersji w stosunkach Japonii z sąsiadami. Zwolennicy bakufu, a więc stronnictwa stojącego na straży  porządku prawnego sprzed 1868 roku, nigdy nie doczekali się takiego upamiętnienia. Dla rzetelności trzeba jednak w tym miejscu dodać, iż niektórym z liderów opozycji ufundowano pomniki w różnych częściach kraju, uznając, iż to co ich pchnęło do walki z państwem, było miłością do ojczyzny, a nie próbą realizacji własnych  ambicji.

Taki pomnik ma Takamori Saigō w tokijskim parku Ueno. Saigō, jak tytułowy bohater „Ostatniego samuraja”, był m.in. przeciwnikiem rozbudowy linii kolejowych w Japonii. Występował przeciwko nim ogniem i mieczem…

Przypominam w tym miejscu film „Ostatni samuraj” także dlatego, że daje on namiastkę wiedzy o tym, czym była Japonia w pierwszych latach dynastii Meiji (od 1868), gdy część samurajów ginęła w obronie starego porządku (od 1876 roku posiadanie broni przez samurajów było już zakazane), a druga walcząc z nimi lub obejmując wysokie urzędy w administracji, podjęła się przebudowy państwa. To czas nierozwiązywalnych konfliktów sumienia, dramaty osobistych wyborów…

Czas na finał

„Ostatni samuraj” został niezwykle ciepło przyjęty właśnie w Japonii, jako prawdziwy i wiarygodny w swojej opowieści o narodzinach współczesnej Japonii. Może jest w tym japońskie upodobanie do kiczu i opowieści sentymentalnych, ale wiem też, ze taka ocena filmu zrobionego przez nie-Japończyka o Japonii, to rzecz nietypowa i warta odnotowania.

Wspomnienie dwóch pozostałych filmów, jakie przyniósł rok 2003, „Kill Bill” i „Między słowami” to przykład innych sfer doświadczania przez świat Zachodu kultury Japonii i jej historii. Nieodmiennie wzbudzają u widza poczucie odmienności, ba, wyobcowania w zetknięciu ze światem „Made in Japan”. O tym może kiedyś.

Tymczasem, wyciemnienie i…koniec (tej opowieści)

Egzotyczny raj... Japonia k. XIX wieku oczyma przybysza z Zachodu (fot. stereoskopowa 1901)

Japonia jako miejsce niezwykłe. Podkolorowana fotografia stereoskopowa. Widok z Nary (1896)

Nauka w szkole morskiej, początek XX wieku, Hokkaido (zb. własne)

Zdobywanie nowego zawodu. Warsztaty szkolne, (początek XX wieku), Hokkaido, Japonia