Mann znikąd

To nie pierwszy raz, gdy nagle i zupełnie niespodziewanie wszystkie wątki, myśli i słowa spotykają się w jednym miejscu. Na początku jest tylko ten rodzaj zadziwienia, że „nie wiem i że  mi to umknęło”. Spóźnione pytanie „jak?” pozostające bez odpowiedzi.

Początek był banalny. Tak jak wówczas, gdy oglądając Nirgendwo in Africa (pol. Nigdzie w Afryce, 2003, reż. Caroline Link), dobiegł mnie dźwięk słów Breslau i Juden. Stało się tak mimo tego, że wiedziałem, że film jest adaptacją autobiografii Stephanie Zweig. Śląskość filmu przykuła mnie do ekranu tym silniej. Kazała powracać do tego obrazu po wielokroć.

Breslau popłynęło z ekranu i tym razem w The Best of Men (pol. Najlepsi z najlepszych,  reż. Tim Whitby). A potem przemówił on – filmowy doktor Ludwig Guttmann…

Pomyślałem, jak niewiele wiem.

Jest w Toszku ulica dra Ludwiga Guttmanna, są dwie (szpitalne) tablice. W Chorzowie i Wrocławiu. Tyle.

A sztandarowa publikacja na temat wrocławskich Żydów Macieja Łagiewskiego (Wrocławscy Żydzi 1850-1944, Wrocław 2010), milczy na jego temat. Czy to nie irytuje?

Tost czyli odkrywanie Guttmanna

Ludwig Guttmann, choć fakt ten nie zawsze bywa odnotowywany wprost i jednoznacznie, był niemieckim Żydem urodzonym (3 lipca 1899 roku) na Górnym Śląsku. Tutaj też spędził swą młodość.

Wywodził się z ortodoksyjnej rodziny żydowskiej mieszkającej w pruskim Toszku (wówczas Tost). Rodzina Ludwiga mieszkała w Toszku bardzo krótko, bo już rok później przeprowadziła się do Königshütte (Królewskiej Huty).

Dokumenty zgromadzone w Instytucie Leo Baecka w Berlinie dają nader skromny obraz społeczności żydowskiej w Toszku. Silnie z sobą związanej, mocno osadzonej w tradycji. Nielicznej. II wojna przyniosła całkowitą jej zagładę. Na miejscowym kirkucie zostało osiem macew. Zresztą, może dzisiaj jest ich jeszcze mniej…

Myśląc o żydowskim Toszku, wspominam go jednak w pierwszym rzędzie przez  pryzmat niezwykle zabawnej opowieści zachowanej w archiwach berlińskich i związanej z tym miasteczkiem. Historii z 1873 roku.

Jest w niej mowa o obchodach święta Purim w pruskim i zazwyczaj nobliwym Tost. Bawiono się tego dnia tak dobrze i beztrosko (co  jest częścią kolorytu i tradycji wpisanej w celebrowanie tego święta), że dopiero na miejscowym odwachu policji, stróże prawa  byli w stanie ustalić tożsamość wszystkich uczestników zabawy… Wyjątkowości całej sytuacji dodaje fakt, iż liczba zatrzymanych była znacząco większa, niż liczyła cała lokalna społeczność żydowska Toszka. Bawiło się niemal całe miasto…

Następna stacja – Königshütte

W rok po urodzinach Ludwiga, Guttmanowie opuścili miasteczko położne u stóp zamku, którego krótkimi właścicielami była rodzina von Eichendorff.

Sporo czasu i trudu pochłonęło mi ustalenie tego, gdzie zamieszkała rodzina Guttmann po przeprowadzce do ówczesnej Królewskiej Huty (Chorzowa).

Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, pan dr August Guttmann, nauczyciel w Gimnazjum Królewskim w Królewskiej Hucie i ojciec Ludwiga Guttmanna, zamieszkał wraz z rodziną przy obecnej ulicy Powstańców (Tempelstrasse 26). Czy jest to obecny numer 26… ? Nie wiem. Budynek zdecydowanie wygląda jak ten z epoki chce wierzyć, że to jest to miejsce.

Dość, że stosunkowo liczna rodzina Guttmann cieszyła się z posiadania czwórki dzieci. Trzech córek i jedynego syna, Ludwiga właśnie. W kamienicy zamieszkiwał jeszcze inny nauczyciel miejscowego gimnazjum (Max Hatmann), a także emerytowany nadsztygar Beher, czy rentier Theophil Chran i wielu, wielu innych mieszkańców. Taki śląski mikrokosmos, którego opis przynosi książka adresowa  Königshütte z 1906/1907 roku…

W tym samym gimnazjum (Königliches Gymnasium in Königshütte) Ludwig Guttmann zdał w 1917 roku maturę. Jego ojciec nie był już w tym czasie nauczycielem. Tak przynajmniej wynika ze spisu w sprawozdaniu z działalności placówki z 1915 roku, autorstwa dyrektora gimnazjum dra M. Müllera (archiwum cyfrowe Leo Baecka w Berlinie).

Natychmiast po maturze, Ludwig, jak niemal wszyscy jego koledzy, trafił do wojska. Na jego szczęście służba nie trwała zbyt długo.

To jednak co tak naprawdę ukształtowało jego postawę życiową i zainteresowania, to praktyka w miejscowym szpitalu, jaką odbył w 1917 roku i widok sparaliżowanego górnika, gdy przywieziono go po wypadku na kopalni. Jego agonia przez kolejne 5 dni, poczucie bezsiły pomieszane z brakiem zainteresowania dla jego losu ze strony personelu medycznego, była momentem, jak piszą zgodnie biografowie Guttmanna, który zadecydował o jego dalszych wyborach zawodowych.

Kolejne ścieżki kariery zawodowej Gutmanna po 1918 roku znaczą: Uniwersytety wrocławski i uczelnia w Halle. Początkiem pełnej kariery zawodowej jest uzyskanie tytułu doktora medycyny w 1924 roku. Kolejnym, habilitacja z neurologii w 1930 roku we Wrocławiu i współpraca z tamtejszym  szpitalem neurologicznym.

Breslau

Ponad rok temu, postać Guttmanna przypomniano na łamach Wochenblatt, tygodnika Niemców w Polsce. Z wdzięcznością myśląc o autorze artykułu, nie mogę zrozumieć dlaczego wprost nie pisze się w nim o jego żydowskich korzeniach. Enigmatycznie bowiem i niejasno w tym kontekście wybrzmiewa  poświęcenie i niezwykła odwaga, z jaką Guttmann ratował z listopadowego pogromu 1938 roku sześćdziesiąt osób, udzielając im schronienia w żydowskim szpitalu, którego był dyrektorem…

Informacja ta brzmi wciąż dość zdawkowo. Liczby, daty. Dodajmy zatem do tego trochę życia i emocji. Guttmann zrobił coś znacznie więcej. 10 listopada 1938 roku, w dzień po Nocy Kryształowej, osobiście odbył z funkcjonariuszami gestapo obchód po szpitalu i z liczby 64 osób przyjętych w wyniku pogromu do szpitala, wybronił przed wypisaniem (i odesłaniem do KZ Dachau lub Buchenwald) 60 osób, prezentując ich dokumentację medyczną (sic!),  tłumacząc i uzasadniając konieczność ich pozostania w lecznicy…

Wcześniej, jako świeżo upieczony neurolog, pracował w 1933 roku we wrocławskim  szpitalu Wenzel Hancke, z którego wyrzucono go wiosną 1933 roku, jak wszystkich żydowskich lekarzy, których objął państwowy Berufsverbot. Na Dolnym Śląsku nie obowiązywały przepisy ochronne Konwencji Genewskiej i niearyjscy lekarze z dnia na dzień przestali pracować. To w jakimś sensie zamknęło dalszą karierę Guttmanna.

Ludwig Guttmann kolejne lata spędził w kwartale ulic Hohenzollernstrasse (Sudecka), Neudorferstrasse (Wiśniowa) i Menzelstrasse (Sztabowa) pracując, a od 1937 roku kierując Szpitalem Żydowskim. Zyskał w tym czasie, jak dowodzą wspomnienie innego wrocławskiego neurologa Fritza Richarda Sterna (pochodzącego nomen omen z Pyskowic…) reputację najwybitniejszego neurochirurga w mieście.  Ze szpitalem i swoim Breslau rozstanie się na samym początku 1939 roku.

Anglia

Okazji do ucieczki z nazistowskim Niemiec dostarczyli mu po części sami naziści wyrażając zgodę na wyjazd do Portugalii w celu wyleczenia bliskiego znajomego portugalskiego dyktatora Salazara.

Podróż powrotna Guttmanna pierwotnie  została zaplanowana przez Londyn i okoliczność ta pomogła w decyzji o emigracji. Skorzystał z tej okazji i faktu, że Rada Pomocy Uchodźcom Naukowcom (CARA) wyjednała mu zgodę na pobyt w Wielkiej Brytanii.

W Anglii wraz z żoną Else Samuel Guttmann i dwójką dzieci Dennis i Evy  zatrzymał się w Oksfordzie. 14 marca 1939 roku CARA, wynegocjowała w brytyjskim Home Office zgodę na stały pobyt i przekazała mu i jego rodzinie 250 funtów (odpowiednik  dzisiejszych 10.000 funtów), by w ten sposób pomóc mu w osiedleniu się w Oksfordzie.

Przez kolejne lata Guttmann kontynuował swoje badania nad urazami kręgosłupa w Klinice Neurochirurgii w Nuffield Radcliffe Infirmary.

„Kaleka – taki sam człowiek, jak ja i Ty!”

We wrześniu 1943 roku brytyjski rząd poprosił Guttmanna o podjęcie pracy  w Stoke Mandeville Hospital w Buckinghamshire i zajęcie się inwalidami wojennymi – pacjentami z trwałym paraliżem dolnych kończyn.

Ośrodek otwarto 1 lutego 1944. Guttmann został mianowany jego dyrektorem i pomimo kontrowersji dotyczących metod pracy, jak i samego stylu zarządzania oddziałem, piastował  to stanowisko do 1946 roku.

Jako dyrektor brytyjskiego pierwszego zespołu specjalistycznego leczenia urazów kręgosłupa wierzył, że to sport pozostanie głównym sposobem leczenia i ich rehabilitacji. Przy okazji, pierwszy raz położono w metodzie tej nacisk na odbudowę tężyzny fizycznej osób niepełnosprawnych i odzyskiwanie przez nie szacunku dla samych siebie.

„Pappa” (jak mówili życzliwi i zakochani w nim pacjenci) Guttmann uzyskał obywatelstwo Zjednoczonego Królestwa w 1945 roku. Zorganizował pierwsze Stoke Mandeville Games dla osób niepełnosprawnych dokładnie 28 lipca 1948 roku, a więc tego samego dnia, gdy otwierano Letnie Igrzyskach Olimpijskie w  Londynie. W uznaniu za swoje zasługi otrzymał tytuł szlachecki z rąk królowej brytyjskiej w 1966 roku i to on, uchodźca ze Śląska i wrocławski neurolog, uznawany jest dzisiaj za twórcę igrzysk paraolimpijskich…

Doktor Ludwig Guttmann zmarł 18 marca 1980 w Aylesbury, w Wielkiej Brytanii.

 

Na Górnym Śląsku ma jedną (sic!) ulicę swojego imienia… Cóż za rozrzutność w docenieniu… i pamiętaniu…

Fragment książki adresowej z 19006/1907 roku

Historia bez tytułu, początku i końca (14). Zdjęcie

Ta historia jest taka od początku. Taką jest i teraz.

Wywołanie z niebytu istnienia drugiej synagogi w Bytomiu (jej obraz przewija się w przytaczanych i tutaj wspomnieniach Żydów bytomskich), sprowokowało pytanie jak wyglądała…

To nie jest zamknięcie tej dyskusji (w Izraelu czekają kolejne materiały, które trafią  na karty tej opowieści), ale zobaczcie co ukazało się moim oczom, gdy pewnego sierpniowego dnia 2016 r. otworzyłem mailową przesyłkę.

Oto zdjęcia z albumu Martina Hirscha i podpisane przez niego dwie fotografie – drugiej bytomskiej synagogi…

Wnętrze drugiej bytomskiej synagogi... (z archiwum rodziny Hirsch; prawa do reprodukcji bez zgody zabronione)

PS.

Gwoli rzeczowej informacji (mieszczącej się poza narracją tej opowieści), pragnę jednoznacznie wyjaśnić, iż to za moją sprawą (a nie GW!) w tekście na temat „Daru Samuela Hirscha”, pojawiło się inne zdjęcie (prawdopodobnie synagogi portugalskiej w A’damie). Informacja ta mam nadzieję rzecz całą wyjaśnia, co w zakresie ustaleń dotyczących istnienia synagogi niczego nie zmienia. Powyżej oglądacie Państwo wnętrza drugiej synagogi, nazywanej przez tradycyjne / konserwatywne/  środowiska Żydów bytomskich – „ortodoksyjną”.

Historia bez tytułu, początku i końca (11). Matura

Budynek w czerwonej cegle. Trzypiętrowy. Nawiązuje, choć poorany ranami z II wojny, do modnego wówczas stylu niderlandzkiego.

Victoriaschule przy dawnej Holzgasse (ul. Kładki 24)… Pierwsza żeńska szkoła (Mädchenschule) w tym mieście. Wzniesiona pod koniec 19. wieku, dobrze wpisywała się w ceglaną estetykę miasta i klimat miast Hanzy. Gdańsk – krótki i odległy od Bytomia przystanek na trasie poszukiwań w tej opowieści.

Szkoła nie jest taka zupełnie anonimowa. Gości na kartach historii miasta. Tej oficjalnej, spisanej. I literackiej -przepełnionej emocjami.

Najpierw poświęcił jej kilka słów uwagi Artur Brausewetter w romansie  Und hätte der Liebe nicht z 1926 r. Obraz 1 września 1939 roku w tej szkole ożywił Bruno Zwarra w powieści Gdańszczanie (Die Danziger, 1976). To tragiczny opis zatrzymanych w jej salach Polaków i Żydów, których wprost ze szkoły wywieziono do pobliskiego obozu w Stutthofie.

Gedania, Danzig, Gdańsk…

Lubię to miasto i w sposób nieoczywisty tę jego część, gdzie znajduje się owa szkoła, choć jest nieco obok ścieżek wydeptywanych przez turystów.

Blisko stąd do dawnego klasztoru pofranciszkańskiego, który w latach 1870-1872 staraniem Rudolfa Freitaga, ucznia Bertela Thordvaldsena, zamieniono na miejskie muzeum.

Rudolf Freitag był Wrocławianinem. To niemal od razu stwarza tę niewidzialną wspólnotę i bliskość między nami, ale powodem dla którego odwiedzam dawne mury klasztoru (ilekroć jestem w Gdańsku) jest Sąd Ostateczny Hansa Memlinga…, a nie Freitag oczywiście.

Napisano o tym obrazie wiele, ale wciąż czeka na opowieść o tym ile i jak niezwykłych podróży odbył, by zawsze w finale powrócić do Gdańska.

Lecz i nie dla Memlinga  trafiam do Gdańska. Tym razem jestem tutaj dla Rachel Jacobson, która 21 marca (ta data jest pewna) w 1908 lub w 1909 w Gdańsku właśnie zdaje maturę uzyskując jako jedna z pierwszych kobiet w Prusach, prawo do studiowania na uniwersytecie…

To wszystko jest ponownie mocno niezwykłe. Nie pierwszy raz w tej historii. Jeśli jest to rok 1908 (a tego nie wykluczam) to byłaby to jedna z pierwszych maturzystek w Prusach, przed którą otwierała się  droga na niemieckie uniwersytety…  Dziewczęta zdawały wówczas egzamin między 16, a 18 rokiem życia. Rachel urodziła się w 1891 r. zatem możliwości nie jest zbyt wiele…

Dlaczego interesuję się tym faktem? Dopytuję się tym razem o losy urodzonej w odległej Saksonii, Rachel Jacobson?

Rech (Rachel) Jacobson przyjechała do Gdańska z Löbau, miejscowości niedaleko leżącej od Görlitz.

Dlaczego ona i jej rodzice nie wybrali dla niej Wrocławia jako miejsca nauki? Drezna? Nie wiem. Może wówczas nie oferowana tam była matura dla kobiet? Nie będę tego sprawdzał, nie tym razem. W sumie nawet mnie cieszy ta jej wyprawa nad Bałtyk i moja perspektywa poczucia w nozdrzach zapachu morza (tu i teraz), smagnięcia wiatru, czy spaceru ulicą Mariacką, którą zdecydowanie wolę od Długiego Targu…

Löbau, gdy mieszkał tam jej ociec Jacob Jacobson (co sugeruje niemal ze stuprocentową pewnością, że syn Jakuba, wywodził się od Jakuba, a ten od poprzedniego), liczyło odpowiednio 747 (1890) i 705 (1900) Żydów. Niewielu z nich, jak myślę, miało tak szerokie i tak dalekosiężne plany w stosunku do swoich dzieci jak Jakub syn Jakuba. Rech (Rachel) Jacobson miała studiować i… jakkolwiek brzmiało to wówczas bulwersująco i rewolucyjnie, chciała studiować medycynę…

Gdańsk. Ponownie.

Przedzieram się przez informacje o pięciu, a potem w istocie jednej dużej i jednej małej ortodoksyjnej wspólnocie żydowskiej w tym mieście (zw. polską), zastanawiając się jak wyglądały lata spędzone w gdańskiej szkole przez Rachel. Na pewno bywała na Wyspie Spichrzy, gdzie mieszkało wielu gdańskich Żydów. Z pewnością mogła podziwiać niedawno otwartą synagogę w Gdańsku przy Reitbahnstrasse (ul. W. Bogusławskiego). Spoglądam na jej zdjęcie i myślę, że absolutnie dorównywała dziełom Berlina, Wrocławia, Pragi czy Wiednia. Mogła zachwycać.

Ale mogło się zdarzyć (a wiele na to wskazuje), że Rachel uczęszczała do ortodoksyjnej synagogi przy Mattenbuden (ul. Szopy) i właśnie na Wyspie Spichrzów zamieszkiwała pośród takich kupców, jak jej ojciec Jacobson… i w tych chwilach czuła się jak w rodzinnym Löbau.

Czy znała już wtedy Martina Hirscha? Nie sądzę.

Jego rodzinę? Nie wiem. Tego nie wykluczam.

To co pewne, to fakt, że w jej planach życiowych nie było wtedy miejsca na przenosiny na Górny Śląsk. Były marzenia o studiowaniu medycyny – i na to są dowody.

Historia… wydobywana z mroku zapomnienia. Słowa wywoływane z ciemni, jak obrazy… Historia bez początku…

(cdn)

Pamiątka matury (fragm. ogłoszenia prasowego; wszelkie prawa zastrzeżone)

Gdańsk, Ulica Mariacka (fot. 2009)

Historia bez tytułu, początku i końca (6). Cukierki Pana Bernsteina

9 listopada 1938 roku była środa. Późnym wieczorem tego dnia obie bytomskie synagogi przestały istnieć. To znaczy stały jeszcze ich mury, ale to było wszystko co z nich zostało.

Skoro była to środa, to domyślam się, że śpiew chórów towarzyszących modlitwom szabasowym po raz ostatni wybrzmiał  we wnętrzach bytomskich synagog w piątek 4 listopada 1938 roku. Czy był to tradycyjny Hymn chwały ? Nie wiem.

Nie wiem też (ile tego „nie wiem” w tej historii jeszcze się zdarzy?) jaka była pogoda 4 i 9 listopada 1938 roku w Bytomiu.  Chciałbym wiedzieć jak wyglądał każdy z tych dni, gdy po dekadach istnienia chór synagogalny milkł na zawsze…

Tymczasem trzask płomieni w miejsce śpiewu. Gorąc w listopadowy dzień. Szloch i wyzwiska w miejsce głosu kantora…

Pewnie w ów piątek, 4 listopada, chłopcy z chóru jak zawsze, jak zwykle, „zarobili” po kilka cukierków w sklepie Raphaela Bersteina. Ten bowiem zawsze, jak wspomina Max R. Guttmann, obdarowywał ich kilkoma cukierkami „na łebka”, ilekroć zmierzali w piątkowe wieczory do synagogi. Nie mogli wiedzieć, że to ostatnie takie cukierki. Nie wiedział też pewnie tego mój bohater.  Może wiedząc to doceniliby ich niepowtarzalny smak. Ta historia to ocean domysłów. Takich i innych.

Jest kilka opisów tego, co działo się 9 i 10 listopada 1938 roku w Bytomiu. A w nich historia Nocy kryształowej jako momentu narodzin zła absolutnego i jego upaństwowienia i zinstytucjonalizowania. Uznania przez system jednych za lepszych, a innych za gorszych i niegodnych. Przyzwolenie na nienawiść. To był ten moment, po którym  trudno uwierzyć słowom tych, którzy w 1945 roku powiedzą „nie wiedzieliśmy”. Byliśmy ślepi? Głusi? Nie poczuliśmy swądu spalenizny? Obojętność, co zabija wtedy i dzisiaj.

Każdy z opisów Nocy jest na swój sposób poruszający. Sięgam do mniej znanego, napisanego przez Pana Wernera (znowu ten brak imion!) w liście do córki Suselotte Werner, szczęśliwie przebywającej wówczas w Anglii.

List, znajduje się w kolekcji Instytutu Leo Baecka. Co ciekawe – napisano go w Katowicach, licząc się z tym, że tylko stamtąd będzie możliwa jego wysyłka za granicę.  Powstał 19 listopada 1938 roku. Mimo upływu kilkunastu dni pełen jest emocji, traumy i w istocie poczucia beznadziei.

Gdy dochodzi do opisu zdarzeń z 9 listopada, ojciec Suselotte pisze:

„ Obie synagogi,  jak dom ich opiekuna o nazwisku Totschek spłonęły. Podobnie jak wyposażenie, meble itd. Totschek widząc pożar wyszedł niemal nagi z dozorcówki i został odciągnięty od budynków podobnie jak jego żona. Ta stała jedynie w swojej nocnej koszuli i szlafroku. Strażacy z uwagą obserwowali pożar pilnując, by wszystko się dokładnie spaliło i by ogień nie uszkodził innych domów. Kobiety i mężczyźni zostali dotkliwie pobici, młodzi i starzy. Najbardziej jednak starzy. Znany jest mi przypadek, gdy jedną z kobiet pobito niemal na śmierć. Mógłbym napisać ci dużo, dużo więcej, ale jestem bliski rozchorowania się mając to wszystko przed oczyma i muszę na tym poprzestać. (…) Świat pozna się na tym, ale będzie już za późno (…).”.

Więc gdzie był w tym czasie mój bohater?  Miał niemal dokładnie 17 lat. Przeżył, nie wywieźli do do Buchenwaldu. Czy do jego domu, jak do mieszkania pana Wernera, też wpadli ludzie, bywa że sąsiedzi?

Werner wspomina:  „(…) całe mieszkanie było jedną wielką ruiną. Wszystko co szklane, porcelanowe potłuczone. Mieszanina porozrzucanych talerzy, zastawy, zdjęć, zegarów, dokumentów na podłodze. Fortepian porąbany siekierą, fisharmonia rozbita. Kredens wybebeszony i tez porąbany siekierą, inne meble zniszczone. Krzesła porozbijane na kawałki. Trudno to wszystko opisać.  Oczywiście ta odrobina biżuterii, jaką mieliśmy skradziona. Odłożone 160 marek jakie miałem zapłacić za zdjęcia w sobotę, skradzione. Drobne matki na żywność coś 15 czy 18 marek też. Za co przeżyjemy? Zredukowani zostaliśmy do żebraków. Schowałem się przed napastnikami u wdowy Friedlaender i tam pozostałem do wczoraj [czyli 18 listopada – przyp. L.J.]”. 

Gdzie schował się mój bohater? Jak przeżył  te dni? Powtarzam te pytania bo to,  że przeżył to pewne. Ba, wiem też, że nie wszystko na szczęście spłonęło 9/10 listopada. Gdyby tak było, opowieść ta nie miałaby swej puenty.

Miało być o chórze, a jednak nie jest. A może jest?  Ten inny nieoczekiwany odcinek daje mi czas, by ochłonąć i powrócić do tego, co o chórze wiem.

(cdn)

Gwiazda / Star (Synagoga/Synagogue/Synagoge zum Weissen Storch/pod Białym Bocianem, Wrocław/Breslau)

I nawet kamień zapłacze…

I nawet kamień zapłacze / This stone shall cry 

/z inskrypcji na nagrobku na cmentarzu żydowskim w Wielowsi/

Wiem, że każda gra słowami jest ryzykowna i trudna. Z drugiej strony pewien poziom skojarzeń lingwistycznych może prowadzić do odkrywania światów wcześniej nieistniejących…

Stoję oto przed słupami znaczącymi dawną bramę na cmentarz żydowski w Pyskowicach  (do 1945 roku Peiskretscham) i nie mogę się oprzeć pokusie łączenia słów wyjętych pozornie z kontekstu. Tego, co widzę, a co jest sponiewieraniem pamięci, miejsca i materii wraz z tym, co poza bramą (której nie ma). Materia zresztą broni się najlepiej, bo wciąż trwa, jest. Pamięć odejdzie. To kwestia czasu.

No więc stoję przed bramą, której nie ma i myślę o shintoistycznej bramie świątynnej. Przypomina mi się japońskie słowo ‘tori’.

Brama-tori, poza którą zaczyna się (tam w Japonii) świątynna przestrzeń, a tutaj miejsce w którym pochowano wyznawców Pięcioksięgu i jak zgaduję (a jak nakazuje tradycja) żłożono tutaj niejedną, zużytą Torę.

Tora, tori. Słowa nie powiązane ze sobą, a jednak tutaj dziwnie (bo to przypadek przecież) siebie odnajdują. Miejsce przejścia. Zetknięcie się dwóch światów. W istocie wielu i czynią one z tego miejsca punkt symboliczny i wyjątkowy.

Do cmentarza można dojechać, gdy zbliżając się od strony Gliwic dostrzeżemy charakterystyczne kształty macew i steli nagrobnych. Wynosi je ponad poziom drogi i wiedzie ku niebu, rzędami, spokojnie i statecznie, pobliski pagórek, na którym przed 1840 rokiem ulokowano tutejszy kirkut.

Nie doprowadzi nas do niego żaden drogowskaz…

Najbliższy i niejako po drodze, prowadzi nas na… wysypisko śmieci. Taki znak. Przypadkowo czyni to miejsce jeszcze bardziej oderwanym od rzeczywistości i symbolicznym ponad miarę. Miejsce nieopisane. Nienaznaczone. Nieistniejące.

Przeglądam strony internetowe poszukując prawdy i faktów o cmentarzu. Coraz mniej z nich się zgadza. Na pewno rachunek stojących nagrobków. Jest ich mniej niż 100 i jak i one został obalony przez matematykę wandali, głupców, złodziei. Bo to nie czas jest tutaj tak okrutny. Gdy popatrzeć na wystające z ziemi lub z postumentów nagrobnych grube pręty, trudno sobie wyobrazić, by taka piaskowa stela, sama „odpadła” od podstawy.

Cmentarz służył społeczności pyskowickich Żydów od 1840 roku. Wcześniej, jak zawsze zwróceni w stronę odległej Jerozolimy, chowani byli na nekropoli w nieodległej Wielowsi (Langendorf). Stąd i tutaj, i tam spotkać można wypisane na nagrobnych płytach te same nazwiska: Gretz, Orgler, Openheim.

Błądząc po cmentarzu jestem skazany na lakoniczne inskrypcje w języku niemieckim. Poza nimi teksty i obrazy nie dopuszczają mnie do tamtego świata. Pozostaję więc przed swoją symboliczną tori i uruchamiam inny sposób patrzenia. Uważnie oglądam obrazy i formy, śledzę symbole. Neogotyckie stele z końca XIX wieku (nie tak typowe i zdradzające asymilację), stoją obok typowych macew noszących motywy charakterystyczne dla żydowskiej tradycji grzebalnej. Pojedynczy świecznik (grób kobiety), sąsiaduje z reliefem kwiatów (symbol przemijalności życia). Na niektórych pojawia się motyw złożonych dłoni, znak przynależności do roku arcykapłana Arona.  Jest ich kilka.

Czytam w innym miejscu, że na cmentarzu w Pyskowicach spoczywają pradziadek i dziadek Edyty Stein. Nie wiem którzy, Stein czy Courant. Szukanie ich grobów, pozostawiam bardziej dociekliwym. To cokolwiek beznadziejne zadanie. Resztki sniegu, trawa. Zimno. Poddaję się.

To kolejne miejsce, po niewiele starszej nekropoli Na Piasku w Gliwicach (założonej w 1815 roku), gdzie można trafić na ślady jej rodziny. Na cmentarzu w Gliwicach spoczywają jej (Edyty) brat i siostra. Nie można uciec w takiej chwili od myśli, że przekraczając bramę tego miejsca, dostajemy się do świata skomplikowanych tropów i znaków. Nazwisk, dat. Jak tutaj, gdy nazwisko Stein prowokuje lawinę pytań i spekulacji.

Ostatniego pochówku dokonano tutaj w 1920 roku. Potem było to, co było.

Można odnieść wrażenie, że poza tymi którzy od czasu do czasu podejmują próby odczyszczenia cmentarza, to rodzaj pamięci od której się ucieka. W niepamięć? Bo obcy, bo Żydzi, bo niech sami… To dziwne, bo kto jest w tym wszystkim obcy, a kto przybyszem? Gdzie tytuł do szczycenia się tymi wybitnymi (jak Troplowitz w Gliwicach, czy tych znanych jak rodzina Karliner z Pyskowic), a gdzie elementarny obowiązek zachowania przyzwoitości i odczyszczenia miejsca ze śmieci. Kosztuje? Co bardziej? Tracona pamięć, szacunek dla zmarłych i zadośćuczynienie? A może faktycznie to zysk, że w kasie zostanie kilka stów, zaoszczędzonych na tym, że jest brud, poniżenie. Lubimy mówić o wielokulturowości Górnego Śląska, ale co ma być jej potwierdzeniem? Słowa, a może jednak gest swoistego miłosierdzia w stosunku do kamienia, na którym wyryto nazwisko mojego nieznanego sąsiada, miejscowego lekarza, stolarza, czy handlarza tkaninami?

Jest też ta przewrotna i okrutna historia cmentarzy żydowskich na Górnym Śląsku.

W więcej niż pragmatyczny (a czasami wyrachowany) sposób domy pogrzebowe stawały się magazynami kamienia (Gliwice), a to stolarnią (Gliwice), a to ośrodkiem dziennej opieki dla dzieci (Gliwice),a to warsztatem tapicerskim (Pyskowice).  A potem nic, zero. Mury, o ile stoją wyglądają jak ta ruina w Pyskowicach, czy pozostałości domu pogrzebowego Na Piasku w Gliwicach. No i obok tego wszystkiego zagłębie kradzionego materiału kamieniarskiego. Ohyda. Wstyd.

Ten tekst prawdopodobnie niczego nie zmieni.

Nie wiem, czy zmienią go pojedynczy ludzie, którzy jak w Zabrzu, Wielowsi, czy jak słyszę nawet tutaj także próbują coś zmienić, usuwając PET butelki i puszki po piwie, okazując elementarny wyraz szacunku i zobowiązania. Zobowiazania, że ktoś gdzieś postąpi podobnie. Że jak na tych tysiącach cmentarzy na Kresach zapali 1 listopada świeczkę (położy kamień), nie stłucze  epitafium w języku polskim, niemieckim. Widziałem dość takich cmentarzy-widm w Europie Środkowej. Ślady po śladach. Wymazane z powierzchni ziemi, cmentarze polskie, żydowskie, niemieckie.

Nie wiem, gdzie jest konserwator zabytków i pozwala na to, by za chwilę miejscowy dom pogrzebowy był tylko wspomnieniem i „sprawą z głowy”. Bo jest bezstylowy? Bo zatracił swoją funkcję, bo nie ma gospodarza (akurat ma zresztą i jak wyczytuję w Internecie jest nią podobno starostwo powiatowe w Gliwicach). Styl stracił lata temu, ale jest, powinien pozostać i nie straszyć, swoją trupią urodą.

Jest jednak coś gorszego, czym jest to miejsce. To opis tego, jaki jest nasz stosunek do tych, co odeszli.

Też odejdziemy. Na pewno.

Miejsce / Place (former Jewish cemetery/ dawny cmentarz żydowski, Pyskowice)

Dom przedpogrzebowy / Pre-burial House (dawny cmentarz żydowski w Pyskowicach) Brama / Tori / Gate (cmentarz żydowski w Pyskowicach / do 1945 Peiskretscham)

Podłoga / Remains of the floor (dom przedpogrzebowy, cmentarz; Pyskowice)

Droga na / Road to... (d.cmentarz żydowski w Pyskowicach)

Wciąż stoją / They still stand (d.cmentarz w Pyskowicach/till 1945 Peiskretscham) Wciąż stoją (2) / They still stand (d.cmentarz w Pyskowicach - old Jewish cemetery in Pyskowice)

bez tytułu / without title (cmentarz żydowski w Pyskowicach)

Tutaj... /Hier.../ Here (d. cmentarz żydowski w Pyskowicach)

Tutaj spoczywa ... / Here are the remains (Cmentarz w Pyskowicach) Urodzony... zmarł... / Born... Died... (cmentarz żydowski w Pyskowicach)

Dwa / Two (cmentarz żydowski w Pyskowicach) Doktor /M.D. (cmentarz żydowski w Pyskowicach)

Wandale / The Vandals (cmentarz żydowski w Pyskowicach)

I kamień zapłacze / This stone shall cry... (Pyskowice, old Jewish cemetery)

[Zdjęcia wykonane 26 stycznia 2016 r./ Photos taken on 26th Jan., 2016]

Byli, powrócili… Synagoga w Karniowie. Szkic pierwszy

Zaledwie od kilkunastu miesięcy cieszy oko i jest wyróżniając się swoją sylwetką w pierzei ulicy Soukenickiej. Jedyna taka synagoga na terenie Śląska Opawskiego.

Jest, o czym przekonuje wnętrze dawnej świątyni, czymś więcej niż dawną synagogą. To miejsce upamiętniające żydowską społeczność tego regionu. Przypomnieniem dokonań Żydów Śląska Opawskiego jest zorganizowana na emporach reformowanej synagogi, naprawdę interesująca wystawa prezentująca wkład tej społeczności w życie gospodarcze i społeczne Cesarstwa Habsburgów i Republiki Czechosłowackiej. Są zresztą i wątki z polskiego Górnego Śląska. Przy innej okazji coś na ten temat.

Sama synagoga to dosyć typowy przykład architektury mauretańskiej w budownictwie synagog, szeroko i interesująco opisany już w literaturze przedmiotu. Dom modlitwy w Karniowie, wówczas znanym raczej pod nazwą Jägerndorf, zaprojektowany został przez Ernsta Latzela w latach 1870-1872, dla licznej i dynamicznie rozwijającej się społeczności żydowskiej tego miasta i pobliskich osad.

Architektura reformowanej synagogi inkorporuje wybrane rozwiązania świątyń chrześcijańskich, będąc świadectwem kulturowej asymilacji społeczności żydowskiej. Zjawisko typowe dla Środkowej Europy i krajów niemieckojęzycznych, w sensie formalnym było odejściem od ortodoksji, tak w obrębie obrządku, jak i form organizowania przestrzeni świątyni. Empory, układ nawowy, Aron – ha – kodesz (miejsce przeznczone do przechowywania zwojów Tory) nawiązujący do rozwiązań absydowych w bazylikach wczesnochrześcijańskich, to wszystko znajdujemy w karniowskiej synagodze, podobnie jak doskonale zachowane tutejsze organy, również stanowiące wówczas novum w sprawowanej liturgii. Nie bez znaczenia jest także i to, że architekt synagogi, był wziętym projektantem świątyń ewangelickich na terenie czeskiego Śląska. Cytaty architektoniczne, po które sięga są czytelnym odwołaniem do tych doświadczeń i rozwiązań formalnych…

Synagoga w Karniowie jest przypomnieniem i potwierdzeniem wspólnoty kulturowej Śląska i tej części Europy Środkowej. Dowodzi także łączności tego obszaru Śląska austriackiego z dawnym Śląskiem pruskim, gdzie jak w Gliwicach (Gleiwitz; by nie sięgać daleko), powstawały bardzo podobne założenia świątynne, dzisiaj niestety znane tylko z przekazu ikonograficznego. Czytelnikom znającym Kraków, synagoga w Karniowie bardzo mocno przypominać będzie synagogę reformowaną Tempel przy ulicy Miodowej… Trudno i tym razem uciec od słusznego wrażenia oddziaływania wspólnoty kulturowej i architektonicznej Europy Środkowej… Jest w nas  i wokół nas, bardziej niż moglibyśmy sądzić…

Karniowska synagoga do listopada 1938 roku funkcjonowała, jako dom modlitwy i szczęśliwie nie została zniszczona w trakcie Nocy Kryształowej. Wkrótce po wkroczeniu nazistów, zdewastowana i sprofanowana, zamieniona została na miejską halę targową. Przez kolejne lata po 1945 roku pełniła funkcję magazynu, a od 1960 roku Archiwum Powiatowego.  Powódź 1997 roku wyprowadziła z murów synagogi archiwum i była początkiem zmian, za którymi stała praca Stowarzyszenia „Krnovska synagoga”. Stowarzyszenie rozpoczęło rewitalizację synagogi, szczęśliwie wspartą środkami UE. Rewitalizacja, staranna, kompleksowa (efekty są naprawdę imponujące) zakończyła się w 2013 roku, czyniąc z tego miejsca swoisty rodzaj centrum dokumentacji i pamięci o Żydach Śląska Opawskiego.  Warto tu przyjechać i zobaczyć to miejsce. Dla osób zainteresowanych stylem mauretańskim w architekturze synagogalnej na Górnym Śląsku, to naprawdę niepowtarzalna okazja. Resztę opowieści, na tym etapie, powierzam zdjęciom. Wrócę tam na pewno. Do opowieści o Żydach Śląska Czeskiego, również.

Synagoga w Karniowie. Masyw wieżowy.

Zrewitalizowana synagoga. Widok od południa. Synagoga w swoim współczesnym splendorze. (Karniów/Krnov 2014) Wnętrze synagogi. Widok w kierunku zachodnim

 Byli, powrócili... Karniowskie Stolpersteine. Odeszli, powróciła pamięć... Byli, powrócili (2)

Wnętrze. Urządzenia klimatyzacyjne z... XIX wieku... Organy

Wnętrze administracji synagogi. Jan van Eyck byłby uśmiechnięty...

Empory świątyni i fragment ekspozycji poświęconej społeczności Żydów Czeskiego Śląska  Widok na Aron-ha-kodesz

Witraż klatki schodowej prowadzącej na empory świątyni.