Antybaśń o Trzech Królach

Dziwny to dzień. Zrobiłem kilka zdjęć z pochodu Trzech Króli w Krakowie. To już trzeci raz, gdy sięgam po aparat i jak głosiła kiedyś reklama KODAKA, podjąłem (beznadziejną) próbę zachowania wspomnień, używając do tego fotografii. Choć grabiały ręce, a zimno niemal lodowatymi igłami kłuło w twarz wymierzając kolejne razy. Głębiej i głębiej.

Kilka zdjęć.  Przeszłość  nawiedzać mnie będzie posługując się tymi obrazami lub co najmniej będzie taka jak… na tych zdjęciach.

Patrzę na owe orszaki Trzech Króli i nie wchodząc w szczegóły tego, czy to Mędrcy i czy było ich faktycznie Trzech (ewangelia św. Mateusza mówi o trzech darach, nie definiując ich liczby), zastanawiam się, jaki los spotkałby ich we współczesnej Polsce, Europie… świecie? Przybyszy z Azji, Afryki (?), pielgrzymów ze Wschodu. Pobito by ich? Ograbiono z mirry, kadzidła i złota, naubliżano im od najgorszych? Utopiono w łodziach, wcześniej odbierając wszystko co mają?

Nie jestem też pewien, czy dotarliby do Betlejem, nie tylko z powodu posterunków wojskowych na granicy z Autonomią Palestyńską.

Przeraża mnie ta perspektywa niespełnienia się proroctwa w Księdze Micheasza. Bardziej jednak drżę na myśl o tym, że swoim przybyciem wzbudziliby w nas zdolność do otwartego nieakceptowania innego, obcego. Rasizmu, nienawiści?  To smutne i w moich oczach nadaje dziś orszakom  charakteru etno-ceremonii, a nie aktu radosnego zawierzenia i manifestacji wiary, określonej postawy. Pewnie źle, gdy się pisze emocjami, ale czasami nie da się inaczej.

*

A za oknem symboliczna scena.

Odchodzenia. (Prze)mijania. Taki jest Kraków w swoim mikrokosmosie zdarzeń.

[Kraków, 6 stycznia 2017 r.]

Orszak Trzech Króli, Grodzka 6 stycznia 2017 r.

Pamiątka po (Trzech Króli, 6 stycznia 2017 r., Kraków)

(Prze)mijanie. Bracka, 6 stycznia 2017 r.

 

Krążę

Krążę po Kazimierzu. Nie poznaję miasta, które znam?

Ratuje mnie mapa, na którą trafiam na ulicy Nowej.  To niemal taki sam obraz zagubienia i braku orientacji jak ten, którego doświadczam.

Jak zawsze tak i teraz łapie się na tym, że i na tej mapie szukam odnośnika do Śląska. Do mojego miejsca.

Jest Gogolin. Nie powiem bym odczuł jakąś ulgę, ale pojawia się delikatne poczucie zakotwiczenia. G. znam i nie znam.

W pamięci pozostaje jakaś krótka wizyta w tym mieście, gdy pociągi miały kolor khaki. Jest i pozostanie dla mnie przede wszystkim drogowskazem przy A4 i zjazdem, z którego nie korzystam.

G. – miejsce z piosenki zużytej do granic możliwości i historii, jak ta z losów kampanii Market Garden. Jeden most za daleko zmienia wszystko i bywa krokiem nieodwracalnym.

Crystoleum z pobliskiego antykwariatu przy Meiselsa 4.

Fotografia ‘Schloss W’. osadza mnie w kontekście tego, gdzie jestem. Środkowa Europa. Kraków, Berlin. Uzupełnione masą perłową, zdjęcie przypomina mi podobne kupowane przez pielgrzymów na Górze św. Anny.

Uspokojenie.

Mapa (Kazimierz, Kraków 2016, fot. L. Jodliński)

 

Legenda

Spacer po Kazimierzu. Powidoki.

Vis à vis muzeum Galicja on – Citroën H.

Zamieniony na food trucka, przeglądający się w czerwcowym słońcu.

Legenda, symbol.

Zyskał miano „Belmondo aut dostawczych” za swoją nietuzinkową „urodę”. Zbudowany z tego co po wojnie zostało z blachy falistej i demobilu zwycięzców…

Samochód nie naszych ulic. Nieobecna legenda tamtego świata zza żelaznej kurtyny.

Rekwizyt francuskiej nowej fali… W latach 60-tych przemykający o poranku (uruchamiam swoją wyobraźnię) po sennych uliczkach Le Marais lub po zaułkach górniczego Charleroi. A za nim ciągnący się zapach świeżego pieczywa, warzyw, owoców.

Ciężarówka rewolucji 1968 roku…

Kazimierz o poranku. Potem kawa, oddychanie miejscem. Krótkie rozmowy o…

[Kazimierz, 18 czerwca 2016 r.]

Legenda (1) Legenda (2)

Legenda (B&W)

Światło (Kazimierz, Kraków)

Twarze (Kazimierz czeka na Festiwal Kultury Żydowskiej) Czas (Kazimierz, czerwiec 2016)

Red dot / Czerwony punkt

Ten czerwony punkt na podium spotkań TEDx Kazimierz może się śnić po nocach.

Emocje, walka z czasem. Reakcje słuchaczy i… walka z legendą TEDex-u.

Idee, które inspirują. Ludzie, których życiorysy porywają. Odważni, którzy nie wiedzieli, że powinni się bać, a upadając nie mieli mieć sił by powstać…

Czerwona kropka. Zogniskowanie.

Dzisiaj po raz drugi.

W rocznicę mojego spotkania z TEDx Kazimierz.

Z uznaniem, dla tych którzy dzisiaj stanęli na Red Dot, na krakowskim Kazimierzu. I dali radę i byli wielcy.

[Kazimierz, 18 czerwca 2016 r.]

TEDx Kazimierz 2016

Miejsce

Pałac Mirów w Książu Wielkim.

Dzieło Santi Gucciego. Dawna rezydencja rodziny Myszkowskich.

Trudno się wyzbyć wrażenia miejsca zapomnianego i zaniedbanego. Gucci w Krakowie jest kimś inym niż Gucci na prowincji?

A może rację ma autor geopoetyckiego Fado, gdy deklaruje, że nigdy nie jeździ na Wschód i nie rozumie wschodniego kierunku? A może to jednak nie od kierunków, tylko od ludzi zależy, jak przechowujemy i konserwujemy pamięć i miejsca.

Miejsce, które przemija.

 

[Książ Wielki; 5 lipca 2015 r.]

Dwa drzewa (Książ Wielki, pałac)

Herb (Książ Wielki)

Kaplica (Książ Wielki) ... czy izba tradycji (Książ Wielki)

bez tytułu

Porzucenie (Książ Wielki) Lamus (Książ Wielki)

Antena i koszula. Ślady życia (Książ Wielki)

Wykaz mieszkańców (Książ Wielki)

Pałac (Książ Wielki)

 

Do trzech razy sztuka? Cricoteka po raz wtóry

Czasami to dobrze, gdy przyjaciel zabierze nas w miejsce, które uznajemy za poznane i obłaskawione. B. zadecydował, że tym razem będzie to MOCAK i CRICOTEKA. No to poszliśmy…

MOCAK, gdyby nie magiczna aura dzieł Nikifora (wystawa „Nikifory…”) i artystów tworzących w manierze sztuki intuicyjnej, to całkowicie rozczarowałby banałem młodej sztuki z Izraela i dość wtórnymi pracami twórców spod znaku Made in Japan. Patrząc na te ostatnie można było odnieść smutne wrażenie, że to wytwór globalnego uniformizmu plastycznego i „japońszyzny” z początku 20. wieku, gdy termin ten w krajach Dalekiego Wschodu był synonimem produkcji nieudolnie naśladującej tę dobrą… Odrzucam i nie polecam.

Wiem, wiem. Sztuka to kategoria definicyjnie od dekad otwarta, ale nie musi to oznaczać  każdorazowej i bezrefleksyjnej akceptacji dla form pustych i jałowych intelektualnie. No, ale dobra wiadomość jest taka, że wystawy już spakowano i… tylko Nikifora może żal… (pozostał jednak katalog i daje dobre pojęcie o tym, czego już nie zobaczycie.)

Bardziej martwi mnie natomiast to, co po raz kolejny zobaczyłem w Cricotece.

Potwierdza to obawy publicystki GW w Krakowie, Martyny Nowackiej, która niedawno  zastanawiała się nad jakością muzealnej prezentacji drugiej już odsłony wystawy stałej poświęconej Tadeuszowi Kantorowi. Wnioski i pytania, jakie znalazłem w jej artykule, okazały się trafne i nie opuściły mnie także po obejrzeniu wystawy. Doszły kolejne wątpliwości i konstatacja, że mój pierwszy wpis na blogu na temat Cricoteki  w pewnym sensie pozostaje  (niestety) aktualny.

Podstawowym problemem jest nadal brak pomysłu na pokazanie twórczości Kantora. Zamierzona jako jedna z czterech mających opowiedzieć i zinterpretować twórczość Kantor, druga odsłona jest zdecydowanie słabsza od swojej pierwszej części. Tamta też rodziła stosunkowo powszechną krytykę i oczekiwanie na… więcej i lepiej w przyszłości. Tak się nie stało. Jest gorzej niż było.

Konstrukcja wystawy (bo trudno tu mówić o jakiejś narracji) zbudowana została wokół tego samego schematu: obiekt (artefakt-teatralno-scenograficzny)obraz na monitorze i wreszcie tekst wyświetlany na ścianie. Ta powtarzalność uzyskuje może logikę nowoczesnej witryny muzealnej (nowoczesnej, bo pozbawionej owej „witryny” i jej dosłowności), ale to wszystko, co można o tym pomyśle powiedzieć dobrego. Możemy w tą witrynę „wkraczać”, ale nie znajdziemy tam teatru Kantora… więc równie szybko i niemal natychmiast ją opuszczamy. Relacja przedmiot – opis mówiony i zilustrowany, jaką nam się proponuje, to za mało we współczesnym wystawiennictwie. Robi się  więc bardzo powierzchownie i tak naprawdę nic się nie dzieje (z widzem i przestrzenią wystawy).

Profesor Jerzy Szacki mógłby mieć pretensje widząc, że zamiast pozwolić przedmiotowi „przemówić” do widza (jak zawsze postulował), autorzy wystawy skazują eksponat na milczenie lub w najlepszym wypadku na wydawanie dźwięków będących dydaktycznym zrzędzeniem i faktografię.

Obiekt, tekst, obraz multimedialny, są niby razem, a jednak …pozostają osobno. Bez synergii poznawczej i będącej następstwem takiej sytuacji potencjalnej szansy na  interakcję ze zwiedzającym. Ten ostatni uczy się co najwyżej szybko czytać… nadal pozostając w kosmicznym oddaleniu od Kantora… (bo to już całe jedno pokolenie wyrosłe po jego śmieci!).

Nie wiem co takiego się dzieje, że twórczość Kantora jest tak właśnie pokazywana? Tak nieatrakcyjnie, schematycznie. Taki teatr i happening bez teatru i dziania się… Scenograficzne rekwizyty zanurzone w półmroku sal wystawowych Cricoteki  i nic  więcej.

Jestem daleki od oczekiwania, że muzeum takie jak to, jest w stanie zastąpić lub kompletnie opisać… dzieło Kantora. Wierzyłem jednak, że dokona jego uwspółcześnionej interpretacji, odpowiadając między innymi na pytanie o to, co Kantor wnosi do naszego odczuwania świata, jak dobrze dzisiaj opisuje fenomen Europy Środkowej i jej lokalnej percepcji,  jej skomplikowania i kultury , która jeszcze niedawno nas fascynowała i – jak można wnosić z wystawy – jest istotna w dotarciu do kantorowskich krain z dzieciństwa? A może w ogóle już nie jest tożsamościowo istotna, ‘spatyniała’  i godząc się na jej umuzealnienie musimy pogodzić się  z tym, że rewolucyjny, awangardowy wymiar teatru Kantora, to coś co przynależy bezpowrotnie do przeszłości?

W ogóle można odnieść wrażenie, że w Cricotece najlepiej czyta się o Kantorze i pisze o nim… Naprawdę dobrze napisane komentarze-didaskalia do wystawy, to w mojej ocenie najlepsza część całego projektu… Obiekty, choć świetne, pozostają nieme.

Mam więc wątpliwości, czy tak ma wyglądać współczesne muzealnictwo? To prezentowane w Cricotece nie jest – w mojej ocenie – poznawczo otwarte, intelektualnie i artystycznie inspirujące.  Czy istotnie taka forma prezentacji Kantora może zapewnić trwanie  fenomenu Kantora wbrew i ponad czasem? Głęboko w to wątpię…

To przecież Kantor mówił, że teatr i twórczość wymaga totalnego zaangażowania myśli , woli i wyobraźni. Dlaczego tego totalizmu nie ma na wystawie???

No i drobiazgi.

Wystawa jest przejmująco skromna. Jej rozmiar sugeruje raczej prezentację prac jakiegoś „sztukmistrza z Wielopola” niż jednej z największych ikon ponowoczesnego teatru drugiej połowy 20. wieku. Prezentowana obecnie druga część wystawy jest zdecydowanie mniejsza od swojej pierwszej Odsłony. To rodzi rozczarowanie.  Jest też zdecydowanie bardziej statyczna od tej pierwszej.

I… postscriptum architektoniczne, czyli sprawa podłogi… na którą uwagę zwrócił mi B.

B. słusznie zauważył, że podłogę techniczną w takich obiektach jak muzea, czy galerie  integruje się z całą architekturą wnętrza, przez co staje się niemal niewidoczna. W Cricotece ktoś tego albo nie wiedział albo zapomniał o tej zasadzie, bo na wystawie podłogę tą widać… i jak wyżyna krakowsko-czestochowska unosi się i rozpościera  po salach wystawowych galerii. Pewnie dlatego architektura, która na zewnątrz porusza i jest przedsmakiem fenomenu teatru Kantora (a którego w środku póki co nie znajdziemy), we wnętrzu rozbija się o takie „drobiazgi”. A my znowu coś tracimy. Szkoda. Kantorowi też pewnie nie byłoby to obojętne. Dbał o każdy szczegół, by nie popadać w banał…

 Haem 2014 (Akihisa Hirata) (fragment ekspozycji w: MOCAK, 2015) "Mój Nikifor" (reprodukcja jednej z prac prezentowanych na wystawie "Nikifory", MOCAK, 2015)

Szafa - interior imaginacji (fragment ekspozycji - "Tadeusz Kantor. Druga odsłona", kwiecień 2015)Koń - szkielet (z Teatru Śmierci, 1985). Fragment ekspozycji (2015)

Mr B. (w Galerii MOCAK)

Pałac Dożów

Wyprawa  do Nowej Huty. Jak wielu przybywających do tego miejsca, nie znam go dobrze.

 Do huty marsz

Dzisiaj, gdy  wyciągam te zdjęcia z zakamarków komputera, nagle tu i teraz stają się dla mnie pretekstem  wybrania się do pobliskiej, ostrawskiej Poruby, gdzie także straszy inna komunistyczna wersja miasta idealnego. Prawdziwe jest w nim to, jak w Nowej Hucie, że idealne nie jest i może dlatego potrafią w nim żyć ludzie?

W kadrze aparatu znalazł się tym razem opuszczony już jakiś czas temu (właściwie wciąż opuszczany) gmach dyrekcji dawnej Huty im. Lenina. Zaprojektowany  przez Janusza Ballenstedta oraz Marię i Janusza Ingardenów kompleks dwóch symetrycznie usytuowanych budynków tkwi w tym sama mym miejscu od 1955 r. Przetrwał zmiany systemu, upadki i wzloty polskiego przemysłu stalowego. Jak w Ostrawie tak i tutaj rządzi teraz ArccelorMittal.

Na  tamtym etapie istnienia Nowej Huty, budynki te zamykały eksperymenty formalne  z nowym stylem, nowego miasta. Kompleks przewrotnie nazywany pałacem Dożów, ociera się o kicz nowonarodowego stylu, wytworu konającego homo sovieticusa, w którym przemieszane zostały cytaty z niemal wszystkich realizacji krakowskich: Wawelu, kaplicy Zygmuntowskiej, krakowskich sukiennic czy malowniczo odrealnionych attyk Zamościa i Kazimierza razem wziętych.

Budynki budowane na chwałę systemu i go legitymizujące, do bólu szczerze odzwierciedlały porządek tamtego świata.

Budynek „Z”, twierdza dyrekcji huty (to ten po lewej stronie gdy zbliżamy się do huty od strony Krakowa) onieśmielał splendorem piaskowców i marmurów kieleckich pogardliwie i dobrodusznie równocześnie nazywanych przez adeptów historii sztuki „salcesonem”. Ten po prawej, budynek „S” służył, odarty z urody okładzin i drogich materiałów, ludowi pracującemu, by się spotykał, obradował, uchwalał, bawił się i czytał (od czasu do czasu).

Z opisu i komentarza widać, że nie jest to moje ulubione miejsce. Fakt nie jest.

Jego pseudowawelskie formy dziedzińca, zgubione proporcje bryły zamku, attyka grubo ciosana, to dla mnie źródło tego, co nazwałbym systematycznym niszczeniem architektury w Polsce przez kolejne dekady po 1945.  Estetyczna  chała, czasami uratowana rękami rzemieślników, którzy trochę jakby z innego świata, stawali ponad poziom tego, czego oczekiwała od nich socjalistyczna estetyka i bylejakość. Przestrzeń publiczna zepsuta i nijaka. Coś na co współcześnie wpadamy przy okazji lektury „Wanny z kolumnadą”, bo przecież kogoś, to coś ukształtowało.

Świat, który odchodzi w niepamięć? Miejmy nadzieję, że nie. Świadek czasu, który powinien trwać.Tutaj zatrzymany w kadrze.

Dwie odsłony. Kolor i czerń&biel.

A wspomnienie Nowej Huty mam dobre.

To stamtąd w roku 1988 roku płynęła do Krakowa (i Polski) nadzieja na zmianę, na wolność. Ma dzisiaj wydźwięk pustosłowia, wtedy brzmiała bardzo odpowiedzialnie. Nowa Huta  miała postać umęczonych, prostych robotników z Solidarności, jakich nie można było znaleźć przy kawiarnianych stolikach u „Noworola”, gdzie o wolności rozprawiano, a w Nowej Hucie ją uprawiano.

Na przekór sukom milicyjnym, w których wywożono, tych złapanych, do komendy wojewódzkiej. Pomimo pękatych krów, z których przepastnych brzuchów lano na demonstrantów wodę i ich załzawiono gazem. Może tego gmachu dyrekcji jako symbolu opresji, też tak naprawdę mieli dosyć i zostawiali go za sobą wychodząc z huty? Nie wiem. Może.

Dzisiaj po prostu jest. Punkt zbiegu pamięci  i emocji, które powinny zostać z nami.  Pałac Dożów. Taka PRL-owska kpina z wolności Republiki św. Marka.

Krzywizny. Budynek dyrekcji

Sala teatralna z  widokiem na lepszą przyszłość

Senatorska poręcz (Walwelska inspiracja). Budynek dyrekcji

 Klatka paradna (wspomnienie Wawelu)

Kolumnada. Wspomnienie na modernę

The reds have gone and the red chairs are still there / Czerwoni zniknęli. Czerwone (krzesła) zostały

Lenin i jego krzesło

Splendor Pałacu (fragment sali konferencyjnej). Budynek dyrekcji

Sala konferencyjna (Niemi świadkowie)

Tunel (Łącznik klasowy)

Klatka schodowa (budynek "S")

Brązy i marmury. Klatka schodowa budynek "Z"

Zdjęcie, które lubię (budynek "Z")

Patrząc w niebo (a go tam nie ma...)

Katalogi

Biblioteka (budynek "S")

Pustka

 

 

Doge’s Palace / Pałac / Photo story/ Esej fotograficzny

Some say that Doge’s Palace‚ does not recall anything  neither from the past of the Polish nor from the  European architecture.

Others think that it really does. But they say that the place was in fact inspired by the architecture of Free Republic of Saint Marcus (Venice). Of course it is irony. I hope you sense it.

In the remote suburbs of Cracov, in the place called Nowa Huta these very special buldings were erected almost 60 years ago. It’ s a rare chance to take a closer look at them. And I hope they will survive…?

***

O „Pałacu Dożów” mówią, że nie przypomina niczego z przeszłości polskiej i europejskiej architektury. Inni przeciwnie widzą takie inspiracje, ale odnajdują je w architekturze Państwa św. Marka i w weneckim Pałacu Dożów. Mam nadzieję, że jesteście świadomi tej ironii i ją rozumiecie?

W odległej dzielnicy Krakowa, w miejscu zwanym Nowa Huta, blisko 60 lat temu powstał ten wyjątkowy zespół budynków. Byłem tam i zrobiłem zdjęcia. Składają się na poniższy esej fotograficzny i obraz świata, który przetrwa?

Idąc do... / Heading for steelworks Pałac / Palace

Windows / Okna / Fenstern

Curves / Krzywizny

Puste krzesła / Empty chairs

 

He is still there / Wciąż tam jest

Stairways to... / Schody do...

Ślimak / Snail

Poczekalnia / Waiting room

Vertical Accents / Akcenty pionowe

Formy / Forms

Stairways / Klatka schodowa (office building)

Formy / Forms (no. 3)

Tunel / Tunnel / Raumflucht (Nowa Huta)

Dwa światy / Two worlds (library)

Library / Biblioteka (detail)

Ślady / Fingerprints (library)

Books are gone (and so am I ) / Książek nie ma (mnie też już nie)

 

 

Słowo na poniedziałek. Wyliczanka

Wyliczanka 1901 – 1913 –1938 – 1997

Opava dzisiaj zniewala pięknym słońcem, liśćmi próbującymi zaczepić przechodniów, szalejącymi i wirującym w korkociągach i mini tornadach. Szaleje wiatr, który dla mnie jest przypomnieniem studiów w Amsterdamie, a więc wspomnieniem, do którego wracam chętnie. Przynosi nieobecny tutaj zapach morza, gnijących śmieci w kanałach miasta i lekko słodkawą woń wiecznie mokrej cegły, z której wzniesiono tamtejsze domy i ściany grachtów (kanałów).

Daty (wróćmy do nich) spadły na mnie, jak te liście. Z impetem i niespodziawanie. Trochę jak w „Czekoladzie” (reż. Lasse Halstrome, 2000), gdzie powiew wiatru zawsze wrożył zmianę…, aż w końcu przywiał tę dobrą?

1901

W tym roku Józef Mehoffer zaprojektował (i zostały wykonane) witraże, które do niedawna zdobiły jedną z najpiękniejszych kaplic cmentarnych na miejskiej nekropolii w Troppau (Opawie).

Rzecz jest zbadana, opisana, choć w istocie bardzo mało znana. Grobowiec rodziny Grauer cieszy bielą karraryjskiego marmuru, a witraże są w miejscowym muzeum… Takie Polonicum, których aż tak wielu tutaj nie ma… Do samej daty nie wiem czy wrócę. Mehoffer w Opawie jest lekko sensacyjny, więc może warto. Pomyślę, no i zobaczymy co przyniesie wiatr… (a wciąż wieje)

„1913”

Nie wiem, co o tej dacie sądzić. Mówią, że jest datą – rubikonem. Zobaczę, może faktycznie.

1938

Najpierw 29 wrzesień, potem październik tego roku.

Data, która jak słyszę od Czechów, wciąż jest w ich pamięci i kształtuje myślenie o przeszłości i znaczy to, co czują współcześnie.  Czy można było inaczej? Co znaczy w ten sposób zadecydować o losie narodu, bez jego zgody? Gdzie są granice kompromisu, a gdzie racja bytu narodu? Dlaczego tak?

Trauma, poczucie złamanej godności, racjonalizm geopolityki. Różne opinie, skrajne emocje. Czasami w kontekście tego roku i tamtych dni przywoływany jest przykład Polski (w mniejszym stopniu samego Zaolzia). Polacy zrobili inaczej, nie ugieli się, nie poddali, walczyli, gdy im przystawiono bron do skroni…

Skąd ta data dzisiaj? Jest trochę spóźniona. Miałem o niej napisać, a  i o Monachium większy esej. Temat wciąż czeka, pewnie na lepsze pióro niż moje, więc choć w ten sposób niech wybrzmi. To już 76 lat, a ilekroć jestem w miejscach związanych historycznie z tym wydarzeniem, mam wrażenie, że żyje. Otwarcie, podskórnie, drąży. Po prostu jest.

W Czechach przede wszystkim. Może tak rodzi się naród? W bólu i niejednoznaczności zbiorowego doświadczenia. Monachium to pamięć Czechów, a nie Słowaków. I może dlatego to skojarzenie, że wówczas powstał, ulegając? Ciekawa teza na esej o Monachium i narodzinach nowoczesnego narodu w 20. wieku.

Przy całej proporcji, trauma wydarzeń 1938 roku i potrzeba rozliczenia i zrozumienia, przypominają mi nastroje w Izraelu w latach 60-tych, 70-tych, gdy młode pokolenie próbowało zrozumieć, dlaczego ofiary Holokaustu pogodziły się ze swoim przeznaczeniem, nie podniosły (poza Gettem Warszawskim i kilkoma mniejszymi) ręki w geście protestu. Nie wykazały oporu…, jak ci w Sobiborze?

W jednym i drugim przypadku pojawia się ten sam zarzut zaniechania walki i w konsekwencji zawstydzenia kolejnych pokoleń rachunkiem wystawionym całemu narodowi przez historię i pamięć.

Niechęć jednych do poznania przeszłości, uznanej za  zawstydzajacą, skrywanie jej przez tych, którzy byli jej świadkami i uczestnikami.

Trudne pytania, a łatwość ocen czynionych z perspektywy tego, co wiemy dzisiaj, nie ułatwia znalezienia satysfakcjonujących odpowiedzi.

1997

Choć to zaskakujące, łączy się z 1938 rokiem i kolejnymi latami po 1945 roku i skutków dekretów Beneša.

Napływ ludności czeskiej na tereny, na których stanowiła zdecydowaną mniejszość przed 1938 rokiem, spowodowało, że w jakimś sensie przez długie lata, ba dekady istnienia  Czechosłowacji, czuła się, jak na „nie swoim”.

Ciągłość historyczna, dziedzictwo tych ziem zostało czasami drastycznie przerwane. Proces ten przypominał nieco polskie, trudne i niechętne zagospodarowywanie się przybyszy na tzw. Ziemiach Zachodnich i dominującą tam,  nostalgią za Kresami.

Tak w Polsce, jak i w Czechach datą i momentem, który stworzył nową tożsamość  tych miejsc, była powódź 1997 roku. Potrzeba walki z żywiołem, a potem odbudowy, sprawiła, że dopiero z tą chwilą, zbudowania nowych domów lub wyremontowania starych, mieszkańcy Kraju Hulczynskiego, pasma Sudetów poczuli się po raz pierwszy na swoim i u siebie. Tak naprawdę i do końca.

Daty… mam nadzieję, że wiatr przestanie już dąć, bo dat, tych ważnych i ciekawych jest tutaj aż nadto.

Miejscowa historia widziana oczyma przybysza, wygląda jak miejscowy kołacz, nadziewany rodzynkami… Jest tylko mniej słodka, czasami.

Bez tytułu