Mann znikąd

To nie pierwszy raz, gdy nagle i zupełnie niespodziewanie wszystkie wątki, myśli i słowa spotykają się w jednym miejscu. Na początku jest tylko ten rodzaj zadziwienia, że „nie wiem i że  mi to umknęło”. Spóźnione pytanie „jak?” pozostające bez odpowiedzi.

Początek był banalny. Tak jak wówczas, gdy oglądając Nirgendwo in Africa (pol. Nigdzie w Afryce, 2003, reż. Caroline Link), dobiegł mnie dźwięk słów Breslau i Juden. Stało się tak mimo tego, że wiedziałem, że film jest adaptacją autobiografii Stephanie Zweig. Śląskość filmu przykuła mnie do ekranu tym silniej. Kazała powracać do tego obrazu po wielokroć.

Breslau popłynęło z ekranu i tym razem w The Best of Men (pol. Najlepsi z najlepszych,  reż. Tim Whitby). A potem przemówił on – filmowy doktor Ludwig Guttmann…

Pomyślałem, jak niewiele wiem.

Jest w Toszku ulica dra Ludwiga Guttmanna, są dwie (szpitalne) tablice. W Chorzowie i Wrocławiu. Tyle.

A sztandarowa publikacja na temat wrocławskich Żydów Macieja Łagiewskiego (Wrocławscy Żydzi 1850-1944, Wrocław 2010), milczy na jego temat. Czy to nie irytuje?

Tost czyli odkrywanie Guttmanna

Ludwig Guttmann, choć fakt ten nie zawsze bywa odnotowywany wprost i jednoznacznie, był niemieckim Żydem urodzonym (3 lipca 1899 roku) na Górnym Śląsku. Tutaj też spędził swą młodość.

Wywodził się z ortodoksyjnej rodziny żydowskiej mieszkającej w pruskim Toszku (wówczas Tost). Rodzina Ludwiga mieszkała w Toszku bardzo krótko, bo już rok później przeprowadziła się do Königshütte (Królewskiej Huty).

Dokumenty zgromadzone w Instytucie Leo Baecka w Berlinie dają nader skromny obraz społeczności żydowskiej w Toszku. Silnie z sobą związanej, mocno osadzonej w tradycji. Nielicznej. II wojna przyniosła całkowitą jej zagładę. Na miejscowym kirkucie zostało osiem macew. Zresztą, może dzisiaj jest ich jeszcze mniej…

Myśląc o żydowskim Toszku, wspominam go jednak w pierwszym rzędzie przez  pryzmat niezwykle zabawnej opowieści zachowanej w archiwach berlińskich i związanej z tym miasteczkiem. Historii z 1873 roku.

Jest w niej mowa o obchodach święta Purim w pruskim i zazwyczaj nobliwym Tost. Bawiono się tego dnia tak dobrze i beztrosko (co  jest częścią kolorytu i tradycji wpisanej w celebrowanie tego święta), że dopiero na miejscowym odwachu policji, stróże prawa  byli w stanie ustalić tożsamość wszystkich uczestników zabawy… Wyjątkowości całej sytuacji dodaje fakt, iż liczba zatrzymanych była znacząco większa, niż liczyła cała lokalna społeczność żydowska Toszka. Bawiło się niemal całe miasto…

Następna stacja – Königshütte

W rok po urodzinach Ludwiga, Guttmanowie opuścili miasteczko położne u stóp zamku, którego krótkimi właścicielami była rodzina von Eichendorff.

Sporo czasu i trudu pochłonęło mi ustalenie tego, gdzie zamieszkała rodzina Guttmann po przeprowadzce do ówczesnej Królewskiej Huty (Chorzowa).

Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, pan dr August Guttmann, nauczyciel w Gimnazjum Królewskim w Królewskiej Hucie i ojciec Ludwiga Guttmanna, zamieszkał wraz z rodziną przy obecnej ulicy Powstańców (Tempelstrasse 26). Czy jest to obecny numer 26… ? Nie wiem. Budynek zdecydowanie wygląda jak ten z epoki chce wierzyć, że to jest to miejsce.

Dość, że stosunkowo liczna rodzina Guttmann cieszyła się z posiadania czwórki dzieci. Trzech córek i jedynego syna, Ludwiga właśnie. W kamienicy zamieszkiwał jeszcze inny nauczyciel miejscowego gimnazjum (Max Hatmann), a także emerytowany nadsztygar Beher, czy rentier Theophil Chran i wielu, wielu innych mieszkańców. Taki śląski mikrokosmos, którego opis przynosi książka adresowa  Königshütte z 1906/1907 roku…

W tym samym gimnazjum (Königliches Gymnasium in Königshütte) Ludwig Guttmann zdał w 1917 roku maturę. Jego ojciec nie był już w tym czasie nauczycielem. Tak przynajmniej wynika ze spisu w sprawozdaniu z działalności placówki z 1915 roku, autorstwa dyrektora gimnazjum dra M. Müllera (archiwum cyfrowe Leo Baecka w Berlinie).

Natychmiast po maturze, Ludwig, jak niemal wszyscy jego koledzy, trafił do wojska. Na jego szczęście służba nie trwała zbyt długo.

To jednak co tak naprawdę ukształtowało jego postawę życiową i zainteresowania, to praktyka w miejscowym szpitalu, jaką odbył w 1917 roku i widok sparaliżowanego górnika, gdy przywieziono go po wypadku na kopalni. Jego agonia przez kolejne 5 dni, poczucie bezsiły pomieszane z brakiem zainteresowania dla jego losu ze strony personelu medycznego, była momentem, jak piszą zgodnie biografowie Guttmanna, który zadecydował o jego dalszych wyborach zawodowych.

Kolejne ścieżki kariery zawodowej Gutmanna po 1918 roku znaczą: Uniwersytety wrocławski i uczelnia w Halle. Początkiem pełnej kariery zawodowej jest uzyskanie tytułu doktora medycyny w 1924 roku. Kolejnym, habilitacja z neurologii w 1930 roku we Wrocławiu i współpraca z tamtejszym  szpitalem neurologicznym.

Breslau

Ponad rok temu, postać Guttmanna przypomniano na łamach Wochenblatt, tygodnika Niemców w Polsce. Z wdzięcznością myśląc o autorze artykułu, nie mogę zrozumieć dlaczego wprost nie pisze się w nim o jego żydowskich korzeniach. Enigmatycznie bowiem i niejasno w tym kontekście wybrzmiewa  poświęcenie i niezwykła odwaga, z jaką Guttmann ratował z listopadowego pogromu 1938 roku sześćdziesiąt osób, udzielając im schronienia w żydowskim szpitalu, którego był dyrektorem…

Informacja ta brzmi wciąż dość zdawkowo. Liczby, daty. Dodajmy zatem do tego trochę życia i emocji. Guttmann zrobił coś znacznie więcej. 10 listopada 1938 roku, w dzień po Nocy Kryształowej, osobiście odbył z funkcjonariuszami gestapo obchód po szpitalu i z liczby 64 osób przyjętych w wyniku pogromu do szpitala, wybronił przed wypisaniem (i odesłaniem do KZ Dachau lub Buchenwald) 60 osób, prezentując ich dokumentację medyczną (sic!),  tłumacząc i uzasadniając konieczność ich pozostania w lecznicy…

Wcześniej, jako świeżo upieczony neurolog, pracował w 1933 roku we wrocławskim  szpitalu Wenzel Hancke, z którego wyrzucono go wiosną 1933 roku, jak wszystkich żydowskich lekarzy, których objął państwowy Berufsverbot. Na Dolnym Śląsku nie obowiązywały przepisy ochronne Konwencji Genewskiej i niearyjscy lekarze z dnia na dzień przestali pracować. To w jakimś sensie zamknęło dalszą karierę Guttmanna.

Ludwig Guttmann kolejne lata spędził w kwartale ulic Hohenzollernstrasse (Sudecka), Neudorferstrasse (Wiśniowa) i Menzelstrasse (Sztabowa) pracując, a od 1937 roku kierując Szpitalem Żydowskim. Zyskał w tym czasie, jak dowodzą wspomnienie innego wrocławskiego neurologa Fritza Richarda Sterna (pochodzącego nomen omen z Pyskowic…) reputację najwybitniejszego neurochirurga w mieście.  Ze szpitalem i swoim Breslau rozstanie się na samym początku 1939 roku.

Anglia

Okazji do ucieczki z nazistowskim Niemiec dostarczyli mu po części sami naziści wyrażając zgodę na wyjazd do Portugalii w celu wyleczenia bliskiego znajomego portugalskiego dyktatora Salazara.

Podróż powrotna Guttmanna pierwotnie  została zaplanowana przez Londyn i okoliczność ta pomogła w decyzji o emigracji. Skorzystał z tej okazji i faktu, że Rada Pomocy Uchodźcom Naukowcom (CARA) wyjednała mu zgodę na pobyt w Wielkiej Brytanii.

W Anglii wraz z żoną Else Samuel Guttmann i dwójką dzieci Dennis i Evy  zatrzymał się w Oksfordzie. 14 marca 1939 roku CARA, wynegocjowała w brytyjskim Home Office zgodę na stały pobyt i przekazała mu i jego rodzinie 250 funtów (odpowiednik  dzisiejszych 10.000 funtów), by w ten sposób pomóc mu w osiedleniu się w Oksfordzie.

Przez kolejne lata Guttmann kontynuował swoje badania nad urazami kręgosłupa w Klinice Neurochirurgii w Nuffield Radcliffe Infirmary.

„Kaleka – taki sam człowiek, jak ja i Ty!”

We wrześniu 1943 roku brytyjski rząd poprosił Guttmanna o podjęcie pracy  w Stoke Mandeville Hospital w Buckinghamshire i zajęcie się inwalidami wojennymi – pacjentami z trwałym paraliżem dolnych kończyn.

Ośrodek otwarto 1 lutego 1944. Guttmann został mianowany jego dyrektorem i pomimo kontrowersji dotyczących metod pracy, jak i samego stylu zarządzania oddziałem, piastował  to stanowisko do 1946 roku.

Jako dyrektor brytyjskiego pierwszego zespołu specjalistycznego leczenia urazów kręgosłupa wierzył, że to sport pozostanie głównym sposobem leczenia i ich rehabilitacji. Przy okazji, pierwszy raz położono w metodzie tej nacisk na odbudowę tężyzny fizycznej osób niepełnosprawnych i odzyskiwanie przez nie szacunku dla samych siebie.

„Pappa” (jak mówili życzliwi i zakochani w nim pacjenci) Guttmann uzyskał obywatelstwo Zjednoczonego Królestwa w 1945 roku. Zorganizował pierwsze Stoke Mandeville Games dla osób niepełnosprawnych dokładnie 28 lipca 1948 roku, a więc tego samego dnia, gdy otwierano Letnie Igrzyskach Olimpijskie w  Londynie. W uznaniu za swoje zasługi otrzymał tytuł szlachecki z rąk królowej brytyjskiej w 1966 roku i to on, uchodźca ze Śląska i wrocławski neurolog, uznawany jest dzisiaj za twórcę igrzysk paraolimpijskich…

Doktor Ludwig Guttmann zmarł 18 marca 1980 w Aylesbury, w Wielkiej Brytanii.

 

Na Górnym Śląsku ma jedną (sic!) ulicę swojego imienia… Cóż za rozrzutność w docenieniu… i pamiętaniu…

Fragment książki adresowej z 19006/1907 roku

Nad Kanałem Młynówki

Nie planowałem tego, że idąc wzdłuż Kanału Młynówki, dopadnie mnie niewidziany obraz Nocy Kryształowej. Zdominuje moje emocje, uczucia.

Nie wiedziałem zbyt wiele o przebiegu Nocy w Opolu.

Nie wiedziałem o tym, że by spalić synagogę,  nocą zawleczono pod nią rabina Hansa Hirschberga. W nocnej koszuli, nocą rozlewał mozolnie benzynę we wnętrzu synagogi i zmuszony przez nazistów, podpalił dom modlitwy.

Dzisiaj poza kamieniem z pamiątkową tablicą, jedynym widomy znakiem istnienia synagogi jest dawny dom dozorcy.

Życie nie stoi w miejscu. W środku jest restauracja. Zjesz tam dania kuchni włoskiej. Nic nie zakłóci spokoju biesiadujących.

Opole. 9 listopada 2016 r.

Most Groszowy, Opole

Most na Zamkowej, Opole

Kamień, Opole Płonąca Nowa Synagoga (Opole 9.11. 1938) (źródło: Wikipedia; domena publiczna)

Rzymskie wakacje (d. dom dozorcy synagogi)

Historia bez tytułu, początku i końca (6). Cukierki Pana Bernsteina

9 listopada 1938 roku była środa. Późnym wieczorem tego dnia obie bytomskie synagogi przestały istnieć. To znaczy stały jeszcze ich mury, ale to było wszystko co z nich zostało.

Skoro była to środa, to domyślam się, że śpiew chórów towarzyszących modlitwom szabasowym po raz ostatni wybrzmiał  we wnętrzach bytomskich synagog w piątek 4 listopada 1938 roku. Czy był to tradycyjny Hymn chwały ? Nie wiem.

Nie wiem też (ile tego „nie wiem” w tej historii jeszcze się zdarzy?) jaka była pogoda 4 i 9 listopada 1938 roku w Bytomiu.  Chciałbym wiedzieć jak wyglądał każdy z tych dni, gdy po dekadach istnienia chór synagogalny milkł na zawsze…

Tymczasem trzask płomieni w miejsce śpiewu. Gorąc w listopadowy dzień. Szloch i wyzwiska w miejsce głosu kantora…

Pewnie w ów piątek, 4 listopada, chłopcy z chóru jak zawsze, jak zwykle, „zarobili” po kilka cukierków w sklepie Raphaela Bersteina. Ten bowiem zawsze, jak wspomina Max R. Guttmann, obdarowywał ich kilkoma cukierkami „na łebka”, ilekroć zmierzali w piątkowe wieczory do synagogi. Nie mogli wiedzieć, że to ostatnie takie cukierki. Nie wiedział też pewnie tego mój bohater.  Może wiedząc to doceniliby ich niepowtarzalny smak. Ta historia to ocean domysłów. Takich i innych.

Jest kilka opisów tego, co działo się 9 i 10 listopada 1938 roku w Bytomiu. A w nich historia Nocy kryształowej jako momentu narodzin zła absolutnego i jego upaństwowienia i zinstytucjonalizowania. Uznania przez system jednych za lepszych, a innych za gorszych i niegodnych. Przyzwolenie na nienawiść. To był ten moment, po którym  trudno uwierzyć słowom tych, którzy w 1945 roku powiedzą „nie wiedzieliśmy”. Byliśmy ślepi? Głusi? Nie poczuliśmy swądu spalenizny? Obojętność, co zabija wtedy i dzisiaj.

Każdy z opisów Nocy jest na swój sposób poruszający. Sięgam do mniej znanego, napisanego przez Pana Wernera (znowu ten brak imion!) w liście do córki Suselotte Werner, szczęśliwie przebywającej wówczas w Anglii.

List, znajduje się w kolekcji Instytutu Leo Baecka. Co ciekawe – napisano go w Katowicach, licząc się z tym, że tylko stamtąd będzie możliwa jego wysyłka za granicę.  Powstał 19 listopada 1938 roku. Mimo upływu kilkunastu dni pełen jest emocji, traumy i w istocie poczucia beznadziei.

Gdy dochodzi do opisu zdarzeń z 9 listopada, ojciec Suselotte pisze:

„ Obie synagogi,  jak dom ich opiekuna o nazwisku Totschek spłonęły. Podobnie jak wyposażenie, meble itd. Totschek widząc pożar wyszedł niemal nagi z dozorcówki i został odciągnięty od budynków podobnie jak jego żona. Ta stała jedynie w swojej nocnej koszuli i szlafroku. Strażacy z uwagą obserwowali pożar pilnując, by wszystko się dokładnie spaliło i by ogień nie uszkodził innych domów. Kobiety i mężczyźni zostali dotkliwie pobici, młodzi i starzy. Najbardziej jednak starzy. Znany jest mi przypadek, gdy jedną z kobiet pobito niemal na śmierć. Mógłbym napisać ci dużo, dużo więcej, ale jestem bliski rozchorowania się mając to wszystko przed oczyma i muszę na tym poprzestać. (…) Świat pozna się na tym, ale będzie już za późno (…).”.

Więc gdzie był w tym czasie mój bohater?  Miał niemal dokładnie 17 lat. Przeżył, nie wywieźli do do Buchenwaldu. Czy do jego domu, jak do mieszkania pana Wernera, też wpadli ludzie, bywa że sąsiedzi?

Werner wspomina:  „(…) całe mieszkanie było jedną wielką ruiną. Wszystko co szklane, porcelanowe potłuczone. Mieszanina porozrzucanych talerzy, zastawy, zdjęć, zegarów, dokumentów na podłodze. Fortepian porąbany siekierą, fisharmonia rozbita. Kredens wybebeszony i tez porąbany siekierą, inne meble zniszczone. Krzesła porozbijane na kawałki. Trudno to wszystko opisać.  Oczywiście ta odrobina biżuterii, jaką mieliśmy skradziona. Odłożone 160 marek jakie miałem zapłacić za zdjęcia w sobotę, skradzione. Drobne matki na żywność coś 15 czy 18 marek też. Za co przeżyjemy? Zredukowani zostaliśmy do żebraków. Schowałem się przed napastnikami u wdowy Friedlaender i tam pozostałem do wczoraj [czyli 18 listopada – przyp. L.J.]”. 

Gdzie schował się mój bohater? Jak przeżył  te dni? Powtarzam te pytania bo to,  że przeżył to pewne. Ba, wiem też, że nie wszystko na szczęście spłonęło 9/10 listopada. Gdyby tak było, opowieść ta nie miałaby swej puenty.

Miało być o chórze, a jednak nie jest. A może jest?  Ten inny nieoczekiwany odcinek daje mi czas, by ochłonąć i powrócić do tego, co o chórze wiem.

(cdn)

Gwiazda / Star (Synagoga/Synagogue/Synagoge zum Weissen Storch/pod Białym Bocianem, Wrocław/Breslau)

Dźwięk tłuczonego szkła

Noc Kryształowa w Gliwicach. Tekst nie tylko z powodu zbliżającej się kolejnej rocznicy 9/10  listopada 1938 roku.

Ciekawość i przestrach

Za każdym razem, ilekroć przechodziłem koło domu przedpogrzebowego,  nowego cmentarza żydowskiego w Gliwicach, (przy obecnej ulicy Poniatowskiego), z niepokojem spoglądałem na wypalone okna tego budynku.

Dom przedpogrzebowy w Gliwicach. Stan przed rewitalizacją. Widoczne ślady zniszczeń po Nocy Kryształowej

Najpierw była to dziecięca ciekawość, zmieszana z lekkim niepokojem. Jego źródłem było przeczucie bliżej nieokreślonej katastrofy, która w przeszłości musiała dotknąć to miejsce.

Potem pojawiały się próby znalezienia odpowiedzi na pytanie, co tutaj się stało i dlaczego ślady pożaru pozostawały na cegłach i strzelistych oknach, poskręcane druty i martwo zwisające szkło witrażowe nie zostało usunięte, a szyby naprawione. Niewiele osób znało wówczas odpowiedź na te dziecięce pytania i wątpliwości.

Bywały też chwile niezwykle ekscytujące, gdy wspólnie z babcią przekraczałem bramę cmentarza i zbliżałem się do tego domu, w którym – czego już w ogóle nie pojmowałem – znajdowało się mieszkanie ogrodnika, jego małe gospodarstwo, w którym kupić można było sadzonki roślin i kwiaty.

Brama. Cmentarz żydowski w Gliwicach

Gdy zostawiałem babcię zajętą zakupem chryzantem, szybkim krokiem zbliżałem się do drzwi wejściowych tego dziwnego domu. Wrażenie ‘nieznanego’ pogłębiało się, gdy stawałem przed zamkniętymi na głucho (jak myślałem) drzwiami prowadzącymi do jego wnętrza. Nieznane, intrygowało, nie dawało spokoju. Upłynęło blisko 30 lat, zanim po raz pierwszy w ramach organizowanych przeze mnie Gliwickich Dni Dziedzictwa Kulturowego, w 2003 roku, przekroczyłem próg domu przedpogrzebowego w Gliwicach, zstępując do wnętrza rozdzielającego świat żywych i martwych.

Wspominam tę chwilę, bo już wkrótce (właściwie to już się to dokonało) zniknie najbardziej widomy znak Nocy Kryształowej, który można było zobaczyć w Gliwicach i na terenach niemieckiego Górnego Śląska. Częściowo zniszczone ogniem wnętrze domu zaprojektowanego przez Maxa Fleischera i jego wypalone okna, zniknęły pod rusztowaniami trwających prac konserwatorskich. Gdy zostaną usunięte, pamięć Nocy, będzie jedynie wspomnieniem i nie wiem, kto wówczas uwierzy w tę opowieść…

To miejsce, jak u Horsta Bienka, na zawsze pozostanie niemym świadkiem początku dramatu, jaki rozegrał się w nocy z 9. na 10. listopada 1938 roku. To historia blisko 1 300 gliwickich Żydów, których Noc Kryształowa zastała w domach, z których albo sami wyszli zatrwożeni o swoje życie albo ich po prostu z tych domów wywleczono, by patrzyli na swój dramat, doświadczyli poniżenia i uwięzienia przez oprawców, którym tego dnia i od tego dnia, wciąż było mało i mało…

Wiele lat temu w Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie, przy okazji swoich badań nad Petycją Bernheima natknąłem się na dokumentację sporządzoną w 1945 i 1946 roku, a która odnosiła się do zdarzeń  z 9 i 10 listopada 1938 roku.

Niestety, dokumentacja i tam, i w AP w Gliwicach, w niewielkim  stopniu przybliżała okoliczności sprofanowania i podpalenia domu przedpogrzebowego przy ulicy Poniatowskiego (wówczas Leipzigerstrasse). Pewnie zdarzenie to niewiele różniło od tego, które nastąpiło wieczorem i nocą w samym centrum miasta, przy Placu Wilhelma (obecnie Pl. Inwalidów Wojennych), gdzie stała gliwicka synagoga.

Zobaczmy przebieg tych zdarzeń, oczyma świadków i przez pryzmat istniejących dokumentów. O tym jest ta opowieść…

Klucze pana Gniosko

Był bardzo późny wieczór 9 listopada 1938 roku, gdy funkcjonariusze SS zapukali do drzwi dozorcy synagogi w Gliwicach. Otworzył im pan Gniosko, stróż synagogi.

„Klucze” – zażądali. Pan Gniosko, bez słowa sprzeciwu wykonał polecenie.

Tak to mogło wyglądać. Bo świadkowie mówią i o Panu Gniosko i SS-manach, ktorzy się u niego pojawili tego wieczora. Nie sądzę też, by SS-mani silili się na jakąkolwiek uprzejmość i dłuższą rozmowę.

Pan Gniosko, nie wiem czy był Żydem, czy nie, ale nie miał wyjścia. To znaczy miał, ale chciał żyć. A wiedział już, że tego dnia, od rana trwał w Gliwicach, podobnie jak w całych Niemczech, pogrom Żydów i żądanie mężczyzn w czarnych mundurach nie mogło go ani zdziwić, ani zachęcać do oporu.

Gdy już je otrzymali, bez zbędnych tłumaczeń poszli w kierunku sąsiadującej z domem stróża, świątyni. Mieli zaledwie kilka kroków.

Synagoga w ogniu

Zaraz potem weszli do opustoszałej świątyni i ją podpalili. To znaczy nie wiemy dzisiaj kto, z imienia i nazwiska, to zrobił. W przeciwieństwie do pożaru Rzymu i związanego z nim imieniem Nerona, w tym przypadku nazwisko tego, kto wydal dyspozycje podpalenia synagogi i tego, kto rozniecił ogień pozostaje nieznane. Przepadło, jak powoli ginie pamięć tego, że w tym miejscu stała gliwicka synagoga. Także i tego, że to nie czas, a ludzie zmietli ją z powierzchni ziemi.

Płomienie szybko objęły budynek bożnicy przy Wilhemsplatz, przy którym od 1861 stała gliwicka synagoga. Wrosła w panoramę śródmieścia Gleiwitz, choć zaskakująco rzadko pojawia się na zdjęciach i pocztówkach z epoki. Od 1933 roku praktycznie jej już nie fotografowano. Rzadko także odnaleźć ją można się w tle innych budowi miasta, czy zdjęć lotniczych śródmieścia.

To zjawisko, skoro już o n mim mowa,  jest częścią zadziwiającego niemieckiego antysemityzmu sprzed 1933 roku. Dziwnego, bo mającego miejsce w kraju, w którym w 1812 uchwalono edykt zrównujący prawa Żydów w Prusach. Prawdziwego, bo powracającego z każdym kryzysem i historycznym zakrętem, w który wkraczały Prusy, a potem państwo niemieckie. Antysemityzmu czyniącego z Żydów winnych m.in. klęski Niemiec podczas I wojny światowej, recesji, inflacji…

Gdyby odnieść architekturę synagogi do innych znanych realizacji na Górnym Śląsku, to mauretańsko-neoromoński styl synagogi w Karniowie jest jej bardzo bliski.

Jak wspomina Ernst Lustig, synagoga w dniu najważniejszych świąt, mogła pomieścić 1 200 wiernych. Tego wieczora, nawet gdyby chcieli się do niej zbliżyć, to nie w większości przypadków nie mogliby tego zrobić. Od porannych godzin trwały aresztowania, a na Kreidelstrasse (obecnie ul. Barlickiego), zgromadzono już w tym czasie mężczyzn między 18, a 60 rokiem życia. Do ich tragicznego losu, za chwilę, powrócę.

Wokół płonącej synagogi, na pobliskich ulicach i placu przed nią, gromadzili się mieszkańcy miasta i nieliczni Żydzi. Ci ostatni często szybko żałowali, że tutaj przyszli. Obok agresji fizycznej, spotkali się z szyderstwem i brakiem jakiegokolwiek współczucia. Choć,  byli i tacy, którzy, o czym także pisze w swoich relacjach Lustig, im szczerze współczuli i żałowali.

Gliwicka straż pożarna, jak w całych Niemczech tego dnia, beznamiętnie obserwowała dzieło zniszczenia dokonywane przez płomienie. Swoje apogeum pożar osiągnął podobno około 4. nad ranem. Straż zabezpieczała jedynie sąsiadujące budynki (tliły się smołowane dachy), by te, nie zajęły się od ognia…

Stacja Kreidelstrasse – gliwicki obóz przejściowy

Żydów gliwickich aresztowano przez cały dzień 9 listopada. Brutalne zatrzymania zaczęły się około 10. rano. Wszystkich zgromadzono na Kreidelstrasse.

Jak wspomina Erich Schlesinger, głównie starsi mężczyźni, nierozumiejący całej tej sytuacji, często wybitni i zasłużeni obywatele miasta, otępieli i bez ruchu siedzieli na ulicznym bruku, na chodnikach zamkniętej czasowo ulicy. Ernst Lustig, mój główny świadek tych zdarzeń, został wyciągnięty tego dnia z domu przez SA-manów o 10 rano i wraz z innymi, trafił na luksusową niegdyś Kreidelstrasse. To pierwsza ulica, którą w XIX wieku w ówczesnych Gleiwitz oświetlono latarniami gazowymi, a potem elektrycznymi żarówkami. W ich świetle zażywali splendoru mieszkający tu burmistrzowie i radni miasta Gleiwitz.

Tego samego dnia, 9 listopada, po południu, z grupy zatrzymanych zwolniono kobiety i dzieci, pozwalając im wrócić do domów i mieszkań. Pustych i splądrowanych.

Mężczyźni pozostawali pod stałym nadzorem ludzi z SS. Koczowali na ulicy. Wielu z nich pobito, lżono, opluwano. Przerażeni Żydzi, oczekiwali najgorszego. Stan ten trwał dwa dni. Wielokrotnie w tym czasie usłyszeli od swych sąsiadów, że „dobrze im tak”, że „dobrze, że tak się stało”. Bolały razy SS-manów. Może jednak bardziej słowa i obojętność sąsiadów. Nastąpił 12 listopada.

Lustig wspomina, „(…) ustawieni w szeregu, pomaszerowaliśmy do dworca, prowadzeni przez SS. Po drodze wyzwywano nam  i złorzeczono. Pociągiem przybyliśmy do Weimaru. (…)”

Tam, po wyjściu z dworca , grupa została pobita. Okładano ich pejczami i skórzanymi pasami zakończonymi metalowymi kulkami. Pobito do krwi m.in. gliwickiego rabina doktora Ochsa, radcę prawnego (adwokata) Ehrlicha.

Wśród rannych był między innymi Erich Schlesinger, żydowski adwokat ożeniony z Niemką, który przeżył wojnę i także jego zeznania pomagają mi w odtworzeniu losów  Żydów tuż po Nocy Kryształowej.

Lustig pisze dalej „(…) potem pognano ich na tył dworca [w Weimarze – LJ], skąd ciężarówkami pojechali do Buchenwaldu. W drodze do obozu, część z tych osób stracila bagaże i walizki. (…)”.

Buchenwald. Piekło na ziemi.

W Buchenwaldzie spędziłi co najmniej 3 tygodnie, niektórzy jednak i 6 miesięcy.

Pierwsza noc była traumatyczna. Cukrzycy nie mogli się załatwiać, podobnie okrutnie postępowano z osobami chorymi na dolegliwości żołądkowe. SS-mani uciszali te osoby, potęgując ogólny strach groźbami użycia ostrej broni.

Kolejne trzy noce spędzili na gołej ziemi. Baraki obozowe wciąż nie były wykończone. Na ziemi było tak ciasno, że niektórzy nie mogli znaleźć miejsca dla siebie. Ernst Lustig wspomina  75-letniego starca z Berlina, któremu z braku miejsca  pozwolił położyć się na swoich goleniach i stopach.

Potem przeniesiono ich do drewnianych baraków, zakazując, pod karą śmierci, wychodzenia z nich po 10. wieczorem.

Więźniom obozu niemal w ogóle nie podawano wody. Jedynie rano otrzymywali wiadro zimnej, czarnej kawy. Wiele osób przeszło załamanie nerwowe.

Lustig wspomina gliwickiego kupca Salo(mona) Wolffa, który w desperacji wybiegł z baraku (był cukrzykiem). Został złapany przez SS-manów. Dopadły go psy, czekające na zewnątrz budynku.

Wśród tych, którzy przeżyli załamanie nerwowe był także Erich Schlesinger. Jak przyznaje w swoich zeznaniach złożonych przed polskimi władzami w 1945 i 1946 roku, nie spał w obozie przez pierwsze 8 dni, nie wiedząc, czy nie są ostatnimi…

Grupa przywieziona do Buchenwaldu była oddzielona od reszty więźniów (około 40-50 tyś. osób) drutami kolczastymi. Każdego dnia przez głośniki informowano Żydów, co mają robić, a czego im nie wolno.

Wedle ocen świadków, w Buchenwaldzie zgromadzono wówczas 60 tysięcy Żydów z całych Niemiec. Głodzeni i pozbawieni wody, trwali w beznadziejnym oczekiwaniu na to, co przyniesie przyszłość.

Schlesinger wspominał, że nie zapomni do końca życia momentu, gdy wyczytany przez obozowy megafon, nie wiedząc co to oznacza, dopiero przy bramie obozowej dowiedział się, że może opuścić obóz.

W Buchenwaldzie zmarło sześciu  żydowskich mieszkańców Gliwic. Nie wiem, czy inne źródła potwierdzają te dane.

 Zapach ciasta

Powrót więźniów wiódł zasadniczo tą samą drogą. Trasę Weimar-Lipsk-Gliwice, zapamiętał każdy. Była ich wymarzoną drogą do normalności, której zresztą już nie odnaleźli.

Lustig również najpierw trafił do Weimaru. Tam, po blisko trzech tygodniach pobytu w obozie, mógł się po raz pierwszy wykąpać.

Jak napisał, ten dzień i to miejsce kojarzyć mu się będzie jednak z zapachem ciasta, które żydowskie kobiety z Gliwic przygotowały dla powracających mężczyzn w jednej z wynajętych tam sal.

Do Lipska, ze względów bezpieczeństwa, przyjechali nocą i nocą to miasto opuścili. Niemieccy Żydzi, obcy w swoim kraju.

Wracając. Lustig dowiedział się, że pozbawione środków do życia, żydowskie kobiety, ich żony, matki, siostry, sprzątały ulice Gliwic i wykonywały wszystkie inne, także te najcięższe i tzw. brudne, prace porządkowe w mieście.

Między listopadem 1938 roku i 1939 roku, sytuacja Żydów pogorszyła się jeszcze bardziej.

Wprowadzono m.in. obowiązek noszenia gwiazd Dawida i – de facto – rozpoczęto jawny bojkot ludności żydowskiej.  Gwiazdy umieszczone np. w witrynach sklepów uniemożliwiały prowadzenie interesów. Żydowskie pochodzenie przesądzało o utracie pracy lub zleceń. Banki wstrzymywały udzielanie kredytów. Na kartach żywnościowych wbijano pieczątkę z napisem ‘Jude’ (Żyd).

Dzisiaj ten opis brzmi niepokojąco zwięźle i faktograficznie ociera się o oczywistość. Także dlatego, że już wiemy, co się stało POTEM. Dla ślaskich i niemieckich Żydów był to czas szoku i budzącej się świadomość początku anihilacji, która dokonywała się w świetle prawa i za społecznym przyzwoleniem.

Noc Kryształowa raz jeszcze i to, co było potem

Gdy płonęła synagoga w centrum miasta, palił się także dom przedpogrzebowy na nowym cmentarzu żydowskim. Długo jeszcze, bo do 2014 roku. wypalona sala pogrzebowa i powykręcane ołowiane oprawy szkła witrażowego, straszyć będą przechodniów, stanowąc przypomnienie wydarzeń listopada 1938 roku.

Także i tutaj grupy SS-manów zapukały do drzwi stróża cmentarza. Nie dał im jednak kluczy. Tak mówią. Naziści wdarli się więc do środka siłą, wybili witraże, podpalono wnętrze i umieszczone tam lektorium. Próba całkowitego spalenia domu została jednak udaremniona… O tym wszystkim wiemy pośrednio z pisma z 1938 roku, w którym kontrolowana przez nazistów Bezirkstelle Oberschlesien der Reichsvereinigung der Juden in Deutschland, wezwana do przygotowania informacji w tej sprawie, oszacowała szkody w ‘kostnicy cmentarnej’ na jedynie 283, 15 RM. To dziwnie mało, a dokladnie tyle, by nikt nie chciał usunąć zniszczeń. Tak też się stało.

Losy synagogi po 10 listopada  1938. Trochę pytań, mniej odpowiedzi

Lektura pism adresowanych przez administrację nazistowską do miejscowej gminy żydowskiej i władz odpowiedzialnych za bezpieczeństwo budowlane w Gliwicach, zdumiewa nagłą „troską” o stan techniczny tych budynków. Tam, gdzie jest to możliwe, dla nazistów staje się to ewidentną próbą doprowadzenia do niewypłacalności gminy żydowskiej.

Korespondencja i dokumenty z tego okresu pozwalają  na częściową rekonstrukcję losów obu budowli bezpośrednio po Nocy Kryształowej.

Już w listopadzie 1938 roku, przewodniczący gminy gliwickiej Arthur Kochmann raz po raz w przesyłał do odpowiednich urzędów  pisma wyjaśniające, iż zgodnie z obowiązującym, nowym prawem, zniszczone obiekty kultu nie są własnością wspólnoty żydowskiej, a policji. Taki list śle także 8. grudnia 1938 roku, przypominając władzom, iż związek nie jest właścicielem żadnych budynków, w tym synagogi i domu przedpogrzebowego.

Koszty zabezpieczenia ruin synagogi wyraźnie irytują nazistów i władze miasta. Jak wynika z korespondencji  z 29  listopada 1938 roku wynosiły w tym czasie 2 995 RM miesięcznie! Miejscowy urząd budowlany zobowiązywał się do zapłacenia tej kwoty w ciągu 6 tygodni.

Ta informacja wyraźnie sugeruje, że wbrew funkcjonującym opiniom, budynek synagogi stał w tym czasie nadal, a właściwie to, co z niego pozostało.

Na miejscu wyburzonej synagogi władze miasta wkrótce zaplanowały plac zabaw. Znany plan takiej adaptacji pochodzi z marca 1939 roku, ale nie znaczy to, że wówczas został zrealizowany. Kiedyś jednak do tego w końcu doszło i przez kolejne dekady brzydki skwer –nie-skwer, z brudną piaskownicą i miejscem do wyprowadzania psów, pozostanie w tym miejscu do początków 21 wieku.

W opowieściach o losach synagogi zastanawiające będzie jednak i to, że w relacjach naocznych świadków czy to w literackich opowieściach spod znaku Horsta Bienka, ruiny synagogi będą pojawiać się do 1945-1946 roku.

Dopiero na jednej z pocztówek wykonanych przez gliwickiego fotografa Jerzego Wallę, teren ten (lewy, dolny róg pocztówki), sfotografowany we wczesnych latach 50-tych, jest już pusty, co przynajmniej na tym poziomie zamyka wątpliwości, do kiedy najpóźniej istniały ruiny synagogi.

Gliwice. Lata 40-te/50-te. Widoczny plac po nieistniejącej synagodze. (Fot. J. Walla)

Zamiast epilogu

W archiwum ZIH znalazłem pismo od  Jewish Agency for Palestine, Palaestina Amt Berlin, Sekretariat  Beuthen,  wysłane do Związku Synagogalnego na Górmym Śląsku i adresowane na ręce Arthura Kochmanna.

Informowano w nim o działaniach podjętych w związku z „November-Aktion” (Akcji Listopadowej, jak eufemistycznie nazwano pogrom 9/10 listopada 1938 roku).

Od listopada 1938 roku Urząd berliński, zajmujący sie migracją Żydów do Palestyny, wydał 80 poświadczeń o wyjeździe.

Do dnia 30 lipca 1939 roku z obszaru Górnego (niemieckiego) Śląska wyjechało 21 Żydów, których najpierw skierowano do Anglii. W Anglii zresztą powstanie jedno z większych skupisk emigracji żydowskiej z Glewitz.

Inni żydowscy mieszkańcy miasta, jeśli mogą, emigrują do Ameryki i krajów Europy. W ten sposób wyemigrowała między innymi, istota dla tej opowieści, rodzina Lustigów, osiedlając się w Argentynie.

Większość jednak nie zdąży już nigdzie wyemigrować…

Liczba Żydów w Gliwicach,w gminie Gleiwitz (17.1.1940) wyniesie 777.

Z każdym rokiem wojny będzie ich mniej. Zostaną ci z mieszanych małżeństw i to oni zaświadczą po wojnie o losie gliwickich Żydów.

Oficjalnie, ich społeczność przestanie istnieć wiosną  1943 roku, wraz z ostatnią deportacją do Auschwitz.

Odbywać się będzie w cieniu nieistniejącej już (chyba) synagogi, gdy jak kiedyś do Buchenwaldu, tak teraz w zwartej kolumnie zostaną wyprowadzeni z ulicy Dolnych Wałów (Niederwallstrasse) w kierunku gliwickiego dworca…

(Materiał m.in. oparto na dokumentach sporządzonych przez E. Schlesingera i zdeponowanych w archiwach Leo Baeck Insitute; tamże m.in. tegoż, Geschichte der juedischen Gemeinde Gleiwitz vom 31. 1. 1933 bis 24. 1. 1945, ss. 6 i nn. link: L2V4bGlicmlzL2R0bC9kM18xL2FwYWNoZV9tZWRpYS80MDcwNjQ=.pdf)

Tyle zostało. Nowy cmentarz żydowski w Gliwicach

Koncert w synagodze / Concert in synagoge

Zapis z koncertu

W synagodze w Krnovie słuchałem koncertu muzyki żydowskiej.

Muzyka i słowa.

Teksty wierszy przypominały sceny z dzieciństwa.

Oniemiałe oczy dziecka patrzyły, jak krople parafiny, jak łzy dorosłych, płynęły po chanukowej menorze

i zamierały martwe.

Jaegerndorf 1938.

Muzyka, wypełniała martwą przestrzeń synagogi, z której Boga wyprowadzono nocą i zamieniono jego dom, na skład rzeczy niepotrzebnych.

Zostały Tora i nazwiska wiernych, którzy nie chcieli odejść.

Zabrano ich później. Do Teresienstadt, Auschwitz.

Koncert w krnowskiej synagodze.

„Gruess Gott”, słyszę w sąsiedniej ławce.

Zatrzymanie, skurcz, wspomnienie.

***

Myśli i słowa po koncercie w dniu 9 września w karniowskiej synagodze.

Zainspirowane poezją Hugo Zuckermanna, Utracona młodość /Verlorene Jugend/

Oczekiwanie. Przed koncertem / Before the concert

Muzyka i słowa / Music and words

Nieobecni. Okna karniowskiej synagogi / Those absent. Synagoge windows reflected on the glass of bus stop

Synagoga płomienista. Synagoge in flame-like exposure