Podróż na Północ. Epilog historii Samuela Hirscha. Izrael (6)

Jadę na północ. Opuszczam Tel Awiw i jadę do miejsca, istotnego dla mojej opowieści o Samuelu (Franz) Hirschu. Ważnego dla zrozumienia jego życia po opuszczeniu Beuthen. To będzie symboliczny koniec opowieści o Samuelu Hirschu, lecz nie koniec  spotkań z rodziną Hirsch i historii bytomskich Żydów.

Północe dwie

Ale na jaką północ się wybieram? Tę na miejscu, powyżej Hajfy i w kierunku Góry Karmel? Czy będzie to wędrówka gdzieś w okolice Rygi, niegdyś polskiej Kurlandii i Lipawy, która po II rozbiorze stała się jedynym portem polskim nad Bałtykiem, który należał do Korony od 1793 do 1795 roku?

Kilka zdjęć na ścianie domu Samuela Hirscha (którego już nie ma, ale którego pamięci strzeże Hannah Kramer, pochodząca z łotewskiej  Liepāja (pol. Lipawa) wdowa po nim), podważy jednoznaczność Północy w tej topografii.

Tymczasem Izrael. Podróż na północ. Jedziemy płatną A6. Wiedzie z Tel-Awiwu przez stosunkowo zielone tereny, choć im dalej na północ, tym bardziej jest to zieleń wydzierana lub wydarta naturze. Na kilkudziesięciokilometrowych odcinkach po mojej prawej stronie rozciąga się mur graniczny z Autonomią Palestyńską. Szary i bez obrazów Banksy’ego  jest smutnym przypomnieniem muru ze śródmieścia Wschodniego Berlina.

Wiele jest w nim z tamtego. Wieżyczki wartownicze o nieco większych kapeluszach i jakby bardziej rozłożyste. Mimo to przypominają tamten berliński. Czarne otwory strzelnicze.

Odwracam wzrok, tak jest łatwiej. Dzisiaj zresztą nie chce nic o nim wiedzieć. Nie rozwiążę niczego. Ani sensu jego istnienia, ani nie znajdę dość dobrej odpowiedzi na pytanie dlaczego.

Tuż za murem i dalej, po horyzont widać kolejne arabskie, palestyńskie miasta. Minarety. Często po kilka w jednej osadzie. Pamiętam też już z pierwszej wizyty w Izraelu, że to co za murem jest bardziej szare. Mniej tam zieleni, soczystych jej odcieni.

Moszawa

Dojeżdżamy do Jokne’am. Właściwie tuż przed miastem skręcamy na jednym z rond w prawo i docieramy do Jokne’am Moszawa, dawnej spółdzielni, którą w 1935 roku założyli między innymi syjoniści wszelkiej orientacji i żydowscy imigranci między innymi z niemieckiego Bytomia i polskiego Bielska. Na zdjęciach publikowanych przez Jacka Proszyka („Życie według wartości. Żydowscy liberałowie, ortodoksi i syjoniści w Bielsku – Białej, Jaworze 2012), widać tamten czas i młodych Żydów pracujących przy budowie domów, odwiertów artezyjskich. Na zdjęciach dominuje syjonistyczny entuzjazm i szeroki uśmiech. W listach do domów więcej jest już prawdy. Opisów trudów zamieszkiwania na nieużytkach, złej sytuacji ekonomicznej i tego, że bycie pionierem oznacza czasami klepanie biedy, której nie znało się przed emigracją.

Współczesna moszawa przypomina plan wioski, jaki spotkalibyśmy na kontynencie. Jest jakiś centralny punkt, dawna obora i silos zbożowy zamieniony na sklep, dom kultury i lokalną, bardzo cenioną koszerną  restaurację Tanduka.

Obok plac, dawne zabudowania rady (dzisiaj szkoła) i prosty budynek synagogi. W niej śpiewał Samuel Hirsch. Nie zawsze. czasami. Tam też znajdziemy tabliczkę z jego imieniem i nazwiskiem, jaką tradycyjnie umieszcza się w domu modlitwy po śmierci członka wspólnoty.

Wnętrze synagogi w Jokneam Synagoga w Jokneam, fasada

Tablica z synagogi; inskrypcje odnoszące sie do Martina i Samuela Hirsch

Dzisiaj Jokne’am wita przybysza starą zielenią wysokich drzew, cieniem potężnych eukaliptusów zabijających wylęgarnie malarycznych komarów. Widok domków schowanych w zieleni. Nieco małych, przycupniętych do ziemi, ale przypominających podobne z Europy. Z tą różnicą, że miast jabłoni skrywają się w cieniu dawanym przez drzewa cytrynowe i pomarańczowe.

Stara tablica - dom Hirschów

Dom Samuela i Hannah Hirsch (d. Kramer) Jokneam, 2017 Eukaliptusy w Jokneam, (Izrael marzec 2017)

Zdjęcia i wspomnienia

Zanim jednak się rozglądnę, wysiądę z samochodu, przywołuje inne obrazy. Jest ich w istocie kilka. To zdjęcia z rodzinnych albumów rodziny Hirsch.

Na jednym z nich jest Leopold Saul Kramer. Elegancki łotewski Żyd, biznesmen z Libau (łot. Liepāja). Stoi na nabrzeżu gdyńskiego portu. W tle MS Polonia z podanym na burcie portem macierzystym w Gdyni. Statek dość słynny, bo nie tylko z tego powodu, że odbywał regularne rejsy między Europą, a Hajfą do 1939 roku. To na jego pokładzie doszło do słynnego i potężnego przemytu broni do Palestyny w 1936 roku. Tymczasem jest rok 1935 i Leopold Saul Kramer rozpoczyna swoją podróż do Hajfy. W Palestynie był już rok wcześniej, by kupić ziemię w moszawa w Jokne’am. Teraz definitywnie opuszcza rodzinną Łotwę, a wcześniej Lipawę. Wraz z nim są żona Deborah i córka Hannah, która ma wtedy 9 lat. Nie boi się podróży. Ufa rodzicom i w to, że jej tate wie co robi. W 1937 roku także na pokładzie MS Polonia przybędzie do Hajfy Samuel Hirsch. Dziesięć lat później pobierze się z Hannah.

Lipawa

Tymczasem powróćmy do zdjęć z Lipawy.

Grupa jest liczniejsza. Nie ma fotografii, na której byliby wszyscy. Wraz z nimi podróżuje kilka cioci i wujków, dzieci. Wszyscy są z Lipawy, a że w domu używa się hebrajskiego i niemieckiego, na długie dziesięciolecia wspomnienia krążyć będą wokół wyjazdu nazywanej z niemiecka Libau. W domu przez lata mówić się będzie po niemiecku, szczególnie gdy dorośli będą chcieli omówić coś poza wiedzą dzieci. A potem przestanie.

Żydzi z Niemiec, z Łotwy różnią się od innym żydowskich emigrantów. Są mocno zasymilowani z europejską kulturą. Pewni swojej pozycji. Łotewscy, podobnie jak ci z Niemiec, mówią po niemiecku. Wielu zabrało z sobą meble i przedmioty z „tamtego” świata. Do czasu Nocy Kryształowej mieli silne przywiązanie do kultury niemieckiej. No i noszą  marynarki. Z ich powodu, będą powszechnie przezywani przez miejscowych Żydów „Jekke” (niem Jacke – marynarka).

Niektórzy, przytłoczeni ciężką pracą i upałami, po krótkim pobycie zdecydują na powrót do Europy. W Palestynie – jak mówili – było dla nich po prostu za gorąco i tęsknią za domem. Powracają jeszcze przed wybuchem wojny na Łotwę. Żadne z nich nie przeżyje.

W 1935 roku, gdy Kramerowie opuszczali swój dom, w łotewskiej Lipawie mieszkało 7 379 Żydów. Wojnę przeżyje w ukryciu zaledwie dwudziestu, trzydziestu. Brak jest dokładnych danych.

Nic nie pozostanie z dwóch synagog zbudowanych w ostatnim ćwierćwieczu XIX wieku. Główna (chóralna) synagoga stała w zabytkowym centrum miasta, a druga – w jej nowej części. Żydzi do Lipawy przybywali z Rosji, Polski i Litwy. Żyli tu lata całe nielegalnie. Działo się tak po części dlatego, że port w Lipawie był jednym z największych europejskich portów tranzytowych dla żydowskich emigrantów. W okresie między rokiem 1906, a 1910 właśnie z tego miejsca Imperium Rosyjskie opuściło ponad 100 000 osób.

1941

Los społeczności żydowskiej przypieczętowały dwa zdarzenia.

Dekret Stalina, wydany tuż przed wybuchem wojny 14 czerwca 1941 r., zaprowadził 181 Żydów lipawskich, w większości niemieckojęzycznych,  na Syberię. Większość nie przeżyła.

Gdy pod koniec czerwca 1941 r. do Lipawy wkroczyły wojska Wehrmachtu, w mieście nadal było około 7 000 Żydów. Także ci z terenów podmiejskich zostali przetransportowani do Lipawy. W pierwszych dniach po wkroczeniu nazistów w centrum miasta zastrzelono 33 Żydów.

8 i 9 lipca 1941 r. setki żydowskich mężczyzn zostało przetransportowanych z miejscowego więzienia nad morze i tam (na południe od miejscowej latarni morskiej) zostali wymordowani przez plutony egzekucyjne. Pod koniec lipca 1941 r. doszło do masowych egzekucji przeprowadzonych przez Niemców i jednostki paramilitarne Łotyszy w znajdującej się na północ od Lipawy, Skede. W okresie między 15, a 17 grudnia 1941 r. zamordowano 2 773 Żydów.

Był to koniec istnienia społeczności żydowskiej w Lipawie i śmierć wszystkich krewnych Hannah Kramer.

Zdjęcie klasowe i smak bałtyckich szprotek

Tego wszystkiego nie dowiaduję się jednak w Jokne’am. Sięgam do źródeł, sprawdzam. Wszystko dlatego, że gdy jestem już w domu 91-letniej Hannah Hirsch, z domuKramer, pokazuje mi pewne zdjęcie, a może to ja widząc je na ścianie pytam, co przedstawia? Pytanie jest nieco oczywiste, to co widać na fotografii mówi już wiele.

To zbiorowy portret szkolny. Więcej niż liczna gromadka dzieci (jest ich blisko, a może więcej niż 100) otacza dorosłych.  To nauczyciele. Hannah Hirsch pomaga mi w odnalezieniu jej na fotografii. Mama Hannah, Deborah Kramer specjalnie na tę okazję uszyła jej jedwabną sukienkę. „Przyjście do szkoły fotografa to było wielkie święto”- mówi. Po czym dodaje. „Poza mną, nikt z tej fotografii nie przeżył…” „Tylu nas było i nikt poza mną”.

Szkolne zdjęcie z Lipawy, ok. 1933 Hannah Kramer - Hirsch (detal)

Stawianie kropki nad i

Rozmawiamy, czasami przechodzimy na niemiecki. Język ważny, dzisiaj wywołuje wzruszenie, ale po wszystkich tych latach, został wyparty i nieco zapomniany. Gdy na stół w kuchni jako prezent trafiają wędzone szprotki z Rygi kupione w delikatesach w Tel Awiwie (nie ja je przywiozłem), powracają na moment wspomnienia z Łotwy, z początków życia w Izraelu, trudu wychowywania czwórki dzieci, jakie miał Samuel (Franz) Hirsch i Hannah Hirsch z domu Kramer mieli w Jokne’am. Dla mojej opowieści najważniejsza pozostanie Michal. To ona we wrześniu 2016 roku odwiedziła Bytom i wraz z mężem Haim Noy, uczestniczyła w prezentacji kipy Samuela Hirscha. Ona też przywozi mnie do Jokne’am i oboje wiemy, że było to konieczne by historia  kipy z Bytomia zatoczyła swój krąg i się domknęła…

Hannah Hirsch (d. Kramer) przed swoim domem wraz z córkami Michal i Gila, Jokneam 2017

Obok pokoju, w którym się spotykamy, ostatnie tygodnie życia spędził Samuel Hirsch. Prowadzony przez Michal, bardzo dyskretnie spoza progu rzucam okiem na przyciemnione wnętrze. Niewiele się od tego czasu zmieniło.

Na ścianach zdjęcia. Niemal vis a vis łóżka Samuela Hirscha wisi fotografia jego dziadka i ojca Martina Hirscha. Tego, który znalazł kipę na zgliszczach bytomskiej synagogi.

Historia bez tytułu, początku i końca (14). Zdjęcie

Ta historia jest taka od początku. Taką jest i teraz.

Wywołanie z niebytu istnienia drugiej synagogi w Bytomiu (jej obraz przewija się w przytaczanych i tutaj wspomnieniach Żydów bytomskich), sprowokowało pytanie jak wyglądała…

To nie jest zamknięcie tej dyskusji (w Izraelu czekają kolejne materiały, które trafią  na karty tej opowieści), ale zobaczcie co ukazało się moim oczom, gdy pewnego sierpniowego dnia 2016 r. otworzyłem mailową przesyłkę.

Oto zdjęcia z albumu Martina Hirscha i podpisane przez niego dwie fotografie – drugiej bytomskiej synagogi…

Wnętrze drugiej bytomskiej synagogi... (z archiwum rodziny Hirsch; prawa do reprodukcji bez zgody zabronione)

PS.

Gwoli rzeczowej informacji (mieszczącej się poza narracją tej opowieści), pragnę jednoznacznie wyjaśnić, iż to za moją sprawą (a nie GW!) w tekście na temat „Daru Samuela Hirscha”, pojawiło się inne zdjęcie (prawdopodobnie synagogi portugalskiej w A’damie). Informacja ta mam nadzieję rzecz całą wyjaśnia, co w zakresie ustaleń dotyczących istnienia synagogi niczego nie zmienia. Powyżej oglądacie Państwo wnętrza drugiej synagogi, nazywanej przez tradycyjne / konserwatywne/  środowiska Żydów bytomskich – „ortodoksyjną”.

Historia bez tytułu, początku i końca (11). Matura

Budynek w czerwonej cegle. Trzypiętrowy. Nawiązuje, choć poorany ranami z II wojny, do modnego wówczas stylu niderlandzkiego.

Victoriaschule przy dawnej Holzgasse (ul. Kładki 24)… Pierwsza żeńska szkoła (Mädchenschule) w tym mieście. Wzniesiona pod koniec 19. wieku, dobrze wpisywała się w ceglaną estetykę miasta i klimat miast Hanzy. Gdańsk – krótki i odległy od Bytomia przystanek na trasie poszukiwań w tej opowieści.

Szkoła nie jest taka zupełnie anonimowa. Gości na kartach historii miasta. Tej oficjalnej, spisanej. I literackiej -przepełnionej emocjami.

Najpierw poświęcił jej kilka słów uwagi Artur Brausewetter w romansie  Und hätte der Liebe nicht z 1926 r. Obraz 1 września 1939 roku w tej szkole ożywił Bruno Zwarra w powieści Gdańszczanie (Die Danziger, 1976). To tragiczny opis zatrzymanych w jej salach Polaków i Żydów, których wprost ze szkoły wywieziono do pobliskiego obozu w Stutthofie.

Gedania, Danzig, Gdańsk…

Lubię to miasto i w sposób nieoczywisty tę jego część, gdzie znajduje się owa szkoła, choć jest nieco obok ścieżek wydeptywanych przez turystów.

Blisko stąd do dawnego klasztoru pofranciszkańskiego, który w latach 1870-1872 staraniem Rudolfa Freitaga, ucznia Bertela Thordvaldsena, zamieniono na miejskie muzeum.

Rudolf Freitag był Wrocławianinem. To niemal od razu stwarza tę niewidzialną wspólnotę i bliskość między nami, ale powodem dla którego odwiedzam dawne mury klasztoru (ilekroć jestem w Gdańsku) jest Sąd Ostateczny Hansa Memlinga…, a nie Freitag oczywiście.

Napisano o tym obrazie wiele, ale wciąż czeka na opowieść o tym ile i jak niezwykłych podróży odbył, by zawsze w finale powrócić do Gdańska.

Lecz i nie dla Memlinga  trafiam do Gdańska. Tym razem jestem tutaj dla Rachel Jacobson, która 21 marca (ta data jest pewna) w 1908 lub w 1909 w Gdańsku właśnie zdaje maturę uzyskując jako jedna z pierwszych kobiet w Prusach, prawo do studiowania na uniwersytecie…

To wszystko jest ponownie mocno niezwykłe. Nie pierwszy raz w tej historii. Jeśli jest to rok 1908 (a tego nie wykluczam) to byłaby to jedna z pierwszych maturzystek w Prusach, przed którą otwierała się  droga na niemieckie uniwersytety…  Dziewczęta zdawały wówczas egzamin między 16, a 18 rokiem życia. Rachel urodziła się w 1891 r. zatem możliwości nie jest zbyt wiele…

Dlaczego interesuję się tym faktem? Dopytuję się tym razem o losy urodzonej w odległej Saksonii, Rachel Jacobson?

Rech (Rachel) Jacobson przyjechała do Gdańska z Löbau, miejscowości niedaleko leżącej od Görlitz.

Dlaczego ona i jej rodzice nie wybrali dla niej Wrocławia jako miejsca nauki? Drezna? Nie wiem. Może wówczas nie oferowana tam była matura dla kobiet? Nie będę tego sprawdzał, nie tym razem. W sumie nawet mnie cieszy ta jej wyprawa nad Bałtyk i moja perspektywa poczucia w nozdrzach zapachu morza (tu i teraz), smagnięcia wiatru, czy spaceru ulicą Mariacką, którą zdecydowanie wolę od Długiego Targu…

Löbau, gdy mieszkał tam jej ociec Jacob Jacobson (co sugeruje niemal ze stuprocentową pewnością, że syn Jakuba, wywodził się od Jakuba, a ten od poprzedniego), liczyło odpowiednio 747 (1890) i 705 (1900) Żydów. Niewielu z nich, jak myślę, miało tak szerokie i tak dalekosiężne plany w stosunku do swoich dzieci jak Jakub syn Jakuba. Rech (Rachel) Jacobson miała studiować i… jakkolwiek brzmiało to wówczas bulwersująco i rewolucyjnie, chciała studiować medycynę…

Gdańsk. Ponownie.

Przedzieram się przez informacje o pięciu, a potem w istocie jednej dużej i jednej małej ortodoksyjnej wspólnocie żydowskiej w tym mieście (zw. polską), zastanawiając się jak wyglądały lata spędzone w gdańskiej szkole przez Rachel. Na pewno bywała na Wyspie Spichrzy, gdzie mieszkało wielu gdańskich Żydów. Z pewnością mogła podziwiać niedawno otwartą synagogę w Gdańsku przy Reitbahnstrasse (ul. W. Bogusławskiego). Spoglądam na jej zdjęcie i myślę, że absolutnie dorównywała dziełom Berlina, Wrocławia, Pragi czy Wiednia. Mogła zachwycać.

Ale mogło się zdarzyć (a wiele na to wskazuje), że Rachel uczęszczała do ortodoksyjnej synagogi przy Mattenbuden (ul. Szopy) i właśnie na Wyspie Spichrzów zamieszkiwała pośród takich kupców, jak jej ojciec Jacobson… i w tych chwilach czuła się jak w rodzinnym Löbau.

Czy znała już wtedy Martina Hirscha? Nie sądzę.

Jego rodzinę? Nie wiem. Tego nie wykluczam.

To co pewne, to fakt, że w jej planach życiowych nie było wtedy miejsca na przenosiny na Górny Śląsk. Były marzenia o studiowaniu medycyny – i na to są dowody.

Historia… wydobywana z mroku zapomnienia. Słowa wywoływane z ciemni, jak obrazy… Historia bez początku…

(cdn)

Pamiątka matury (fragm. ogłoszenia prasowego; wszelkie prawa zastrzeżone)

Gdańsk, Ulica Mariacka (fot. 2009)

Historia bez tytułu, początku i końca (10). Fotografia

„Roland Barthes przewraca się w grobie ze zgrozy,

słysząc, jak MIT – wtórny system modelujący –

likwiduje pierwotny sens języka, czyli tej fotografii”

(zasłyszane, dziwnie pasujące)

Susan Sontag pisze o fotografiach, po których obejrzeniu się zmieniamy. Bezpowrotnie. Definitywnie. Tak jest w przypadku i tej historii. Staje się inna, a my z nią, gdy oglądamy postaci z jej kart.

To „oglądanie” jest zresztą pojęciem umownym. Lewczyński by się ucieszył. Nie lubiłem jego archeologii fotografii, bo miała cechy grzebania po intymnych szufladach osób bez imienia. Szufladach co prawda wyrzuconych na śmietnik, ale jednak. Tymczasem praktykuję coś na jej kształt, wczytując się w narrację zdjęcia. Tego i kolejnych. Odtwarzając relacje, sekwencje zdarzeń. Ale zdjęć nie wziąłem bez pytania, więc to chyba nie ta sytuacja… Ulga.

Fotografia (ta i inne) właśnie wylądowały w mojej skrzynce mailowej. Przywędrowały aż spod Tel Awiwu. Obrazy, które ucinają spekulacje. W ich miejsce pojawiają się fakty wciąż nieostre, ale jednak pokazują to co było, a nie to co być mogło.

Dzisiaj już wiem więcej. Historia zatem wypełnia się faktami. Daty, osoby. Pewniki.

Pamiętacie to moje krążenie wokół Nocy Kryształowej? Nie chciałem tego, ale w jakimś sensie musiałem, bo tam się ta historia zaczynała i kończyła (czego wciąż nie wiecie). To miała być taka klamra. Dziś wiem, że nic bardziej mylnego. Złudzenie pielgrzyma, który po dotarciu do celu wędrówki odkrywa, że to nie koniec, a początek właśnie.

Gdy nad listopadowym Bytomiem 1938 roku miast mgieł, unosiły się dymy płonących synagog, w tamtym Beuthen nie było już Samuela Franza Hirscha. Nozdrza drażnił gryzący dym palącej się, lakierowanej stolarki. Wznosiły się ku górze czarne dymy z pokryć dachów mykwy, ubojni i synagog.

Samuel nie poszedł do synagogi w piątkowe popołudnie 4 listopada jak wcześniej myślałem. Od ponad roku był w odległym Jokneam Moshavah  w Palestynie i jego życie całkowicie się zmieniło. Z ucznia gimnazjum stał się osadnikiem. Wgryzał się w ziemię, twardniał, spełniał (jak mówią jego bliscy) swój sen o nowym życiu… rolnika.

Szarzało i oddalało się jego Beuthen. Pisane późnej po hebrajsku jako „Boiten”, pogodzi wszystkie tradycje językowe miejsca. Naziści i to co stało się po 15 lipca 1937 roku, było wspomnieniem. Upiornym, żywym, nie dającym spać, ale jednak dalekim. Topografia zbrodni ma wpływ na intensywność odczuwania.

Cały czas nie wiem, czy wyjeżdżając z Bytomia wiedział, że opuszcza miasto na zawsze. Zostawił tu przecież swojego ojca Martina Hirscha, siostry Miriam i Biankę, starszego brata Josepha. Ten ostatni został w Bytomiu, bo miał jeszcze skończyć średnią szkołę i potem wyjechać… Planowanie w czasach zarazy… A jednak zdążyli.
Gdy Samuel stawał się synem rolnika, w Bytomiu był rok 1938. Nie było go zatem wśród tych, którzy patrzyli na unicestwienie świątyni. Także tej, w której śpiewał w chórze podczas nabożeństw.

Martin Hirsch też nie był tego dnia w pobliżu synagogi. O tym co się stało, dowiedział się z opowieści  jakie do domu przy Kattowitzerstrasse 24 przynieśli jego jego brat i siostra. O dantejskich scenach, o przerażeniu tym co zobaczyli i o tym, że najpierw zniszczona została synagoga reformowana, a potem ta należąca do ortodoksyjnych Żydów. Tak mało i tak wiele. Czy to jednak nie jest interesujące, tak obiektywnie i niejako obok tej historii, dowiedzieć się o tym w jakiej kolejności oba domy modlitw zniknęły z powierzchni ziemi? Historycy znają tę sekwencję? To coś nowego?

Dowiaduję się, że Noc Kryształowa stała się (nie tylko w tej rodzinie) wielopokoleniowym tabu. Nie mówiono o niej. Rozumiem to. To dość typowe, a jednak pytam siebie, dlaczego Martin Hirsch poszedł na zgliszcza obu synagog? Przypędzony na miejsce czy z własnej woli? Jałowe spekulacje. Bo przecież, gdyby tam nie poszedł nie byłoby listu jaki Samuel Hirsch wysłał w 1994 roku i dał początek tej opowieści… I nie wysłałby tego, co na miejscu znalazł jego ojciec Martin Hirsch.  Samuel wyraźnie napisał, że to co wysłał odnalezione zostało pośród zgliszczy synagogi… przez jego ojca Martina. Wierzę mu. Nie miał powodu, by kłamać.

Nikt nie wie, jak było. Irytuje mnie taka świadomość. Znowu czas na domysły i spekulacje.  Bywają niebezpieczne. Wymuszają nawracanie i krążenie.

Gdyby zastosować analogię do sytuacji w nieodległych Gleiwitz, już zapewne od 11 listopada śląc pisma i grożąc władze wymuszały na Żydach porządkowanie terenu synagogi i innych budynków gminy, które zniszczono podczas Nocy. W ślad za tym szły upomnienia od nadzoru budowlanego, policji i straży pożarnej. Wszystko w zgodzie z tamtym (bez)praw(i)em.

Nie zapomnę wrażenia jakie zrobiły na mnie oschłe wersy urzędniczej nowomowy, w których – jak w pismach gliwickiego gestapo – ludność żydowska była zobowiązywana do „natychmiastowego usuwania szkód i zniszczeń zagrażających mieszkańcom miasta”. W ślad za tym konstruowane były tabele i zestawienia  kosztów, jakie gmina żydowska miała uiścić z tytułu zabezpieczenia ruin i pogorzelisk.  Pewnie podobne rozkazy popłynęły z adresu przy Gustav-Freytagstrasse (ul. Oświęcimska) 11 – gdzie mieściło się bytomskie gestapo – do miejscowych Żydów i władz gminy…

Martin Hirsch poszedł tam, bo został zmuszony? A może (cofnijmy się do czasów Wojny Światowej, gdy stacjonował w Alzacji na froncie zachodnim) jego przeszłość wojskowa uchroniła go przed takim aktem pohańbienia. Lub było zupełnie inaczej. Poszedł tam, bo nie mógł tam nie być. Bo chciał być razem z tymi, którzy zostali. I pomimo opowieści rodzeństwa zobaczyć co zostało z synagog…

Obłęd zgadywania, przypuszczeń.

Tak czy inaczej, to coś co wysłał po blisko 60 latach, Samuel Hirsch, syn Martina do kiedyś rodzinnego Bytomia, pochodziło z miejsca, które w te dni jeszcze dymiło, śmierdziało swędem spalenizny. Tyle wiemy.

Teraz już wiecie, dlaczego ta historia tak zmaga się ze swoim początkiem, punktem zero.

Ale, ale. Historie przecież mają alternatywne początki. Niech będzie nim zatem zdjęcie Martina Hirscha. W końcu to on był wówczas w Bytomiu… i tak czy inaczej trafił na zgliszcza synagogi…

Martin Hirsch z córkami Bianka (l.) i Miriam (r.) (żródło: zdjęcie z albumu rodzinnego rodziny Hirsch; wszelkie prawa zastrzeżone)

Historia bez tytułu, początku i końca (9). Spacer

Historia, którą mam opowiedzieć powoli dobiega końca. Tak myślałem, ale dziś już wiem, że będzie jednak miała kilka puent i finałów.

Czekam na telefon z Izraela, który pewnie wiele wyjaśni. Wprowadzi też nowych bohaterów do tej historii.

Bohaterowie mojej opowieści wreszcie odzyskują  (z niepamięci) swoje twarze. Widziałem ich zdjęcia. Wreszcie.

Odczułem rodzaj nieskrywanej ulgi, że moja (w sensie opowieści) historia przybierze ludzki wymiar, że spoza miejsc, opisów, przedmiotów ujawni się twarz Martina Hirscha i jego syna Samuela. Są mi potrzebni. Także po to, bym i ja mógł w nią bezwarunkowo uwierzyć. Jak można opowiadać historię wątpiąc w czyjeś istnienie? Nie będąc tego pewnym, ścigając się z domysłami?

Odbywam spacer po Bytomiu. Raz jeszcze. Po miejscach związanych z tą historią.

To wciąż te same miejsca.

Patrzę na to co stanowi resztki murów posesji, na której wznosiły się budynki synagog, mykwy. Nieciągłości muru, jego wygląd jest metaforą tego miasta.

Mur (d.posesja synagogi)

Ponad nim wznosi się kamienica. Z jej okien i tego nie muszę już sobie wyobrażać oglądano pożar synagogi.

Okna, które widziały

W pobliżu placu, przy którym stała synagoga wciąż tkwią budynki straży pożarnej. Ta bliskość nie uchroniła synagogi od spalenia. Miała obrócić się w proch i w niwecz. Więc jej nie ma. A na murze remizy wciąż tkwi relief strażaka. Lekko heroizujący, syntetyczny. Jemu podobni stali 9 listopada 1938 roku na placu Wilhelma Fryderyka, patrząc nieczule na pożar i nieszczęście bytomskich Żydów.

Strażak (relief na budynku straży pożarnej, Bytom)

Inne miejsce jest niezwykłe i w jakimś stopniu metaforycznie pasuje do tej historii. To studnia dawnego hotelu Hamburger Hof. Brzydka, zapuszczona. I to drzewo. Jest. Trwa. Trudno uciec od elementarnej symboliki, gdy się ją nosi w sobie.

Nadzieja (Tył d. Hamburger Hof)

Na koniec ta cegła z wypisanym rokiem 1929.

Kamień węgielny budowanego wówczas w Bytomiu nowego muzeum. Dlaczego tutaj i teraz? Właściwie zdjęcia tego by nie było, gdyby nie fakt, że jedna z piękniejszych fotografii synagogi, jej dachu i wież, wykonana została z dachu nowego muzeum… dwa, trzy lata później. Więc to zdjęcie ma powód by tu być. By być początkiem własnej, odrębnej opowieści.

Może zresztą dowiem się wkrótce, czy Martin i Samuel lubili chodzić do muzeum… Martin – to już wiem – walczył podczas Wojny Światowej. Przeszłość miała dla niego znaczenie, podobnie jak wychowanie obywatelskie syna, więc może myśl o jego wizytach w Oberschlesisches Landesmuseum, nie jest już czymś więcej niż tylko literackim wymysłem…

Kamień węgielny

Zdjęcia. Wkrótce kolejne… słowa w tej opowieści…

Historia bez tytułu, początku i końca (8). List

Napisano go tysiące kilometrów od Bytomia.

Krążąc po północnej mapie Izraela odnalazłem miejscowość, która pojawia się w kartce papieru. Papier jest mocny, dobrej jakości.  Słowa ze stanowczością wybite na maszynie do pisania. Pod nim podpis. To główna postać tej historii.

Osada, z której go wysłano leży na zielonych, południowo-wschodnich stokach Góry Karmel (pol. Winnica Boga). Nazwa pasuje mi do tego co jest moim wspomnieniem Palestyny i Ziemi Świętej. Niemal każde miejsce jest tam naznaczone, słowa mają swoją moc, a ziemia mikro i makro opowieści.

Osada nazywa się Yokneam Moshavah. Leży stosunkowo niedaleko śródziemnomorskiej Hajfy. Dzisiaj liczy około 1 300 mieszkańców.

Założona została w 1935 roku przez żydowskich imigrantów z Europy Środkowej. Spełniali tu swoje marzenia o własnym państwie i nowym, bezpiecznym domu. Ta ostatnia potrzeba dla wielu uciekinierów z Europy musiała być czymś najważniejszym, podstawowym.

Oglądam archiwalne zdjęcia z pierwszych lat osadnictwa. Na szczęście ktoś zebrał je razem i umieścił na You Tube.

Na zdjęciach oglądam proste, wręcz prymitywne domki. Trochę miejscowe, a trochę przypominające te pozostawione w Europie.

Zaorane stoki, sadzone drzewa oliwne i pomarańczowe. Zbierane pierwsze plony. Ciężka praca pierwszych osadników. Nauka nowych zawodów i porzucanie starych, które w warunkach budowania wszystkiego od podstaw stawały się nagle anachroniczne i zupełnie nieprzydatne.

Port w Hajfie był zapewne tym, do którego przybyła rodzina Martina Hirscha, Żyda bytomskiego. Właściciela sklepu z tytoniem, papierosami i cygarami. Ostatni adres sklepu jaki odnajduję to – wedle książki adresowej z 1937 roku – Kattowitzer Strasse 24.

Z pewnym niepokojem i podekscytowaniem wybieram się pod ten adres. Dom wciąż stoi jak stał, a na parterze jak kiedyś wciąż jest sklep. Teraz spożywczo-monopolowy. Z zachowanym, typowym narożnym wejściem. W nie najgorszym stanie.

Wraz z Martinem Hirschem do Palestyny przyjechała jego rodzina.

Żona Rachel Hirsch i syn Samuel. Mimowolny bohater tej opowieści. To właśnie jego podpis znajduje się na końcu listu. Nieco nieporadny, a może po prostu zdradzający jego sędziwy wiek.  To Samuel urodził się 27 listopada 1921 roku w Berlinie. Pamiętacie?

List nie jest długi, ale nie to jest w nim istotne. Ważą zdania wypisane na maszynie. Każde jedno jest jak otwieranie drzwi do przeszłości, choć wydawało się, że ta jest już znana i pewna.  A teraz zatacza coraz szersze kręgi…

(cdn)

Narożny sklep Martina Hirscha (kiedyś Kattowitzer Strasse 24)

Jokneam Moshavah (1936; stopklatka z You Tube)