Podróż na Północ. Epilog historii Samuela Hirscha. Izrael (6)

Jadę na północ. Opuszczam Tel Awiw i jadę do miejsca, istotnego dla mojej opowieści o Samuelu (Franz) Hirschu. Ważnego dla zrozumienia jego życia po opuszczeniu Beuthen. To będzie symboliczny koniec opowieści o Samuelu Hirschu, lecz nie koniec  spotkań z rodziną Hirsch i historii bytomskich Żydów.

Północe dwie

Ale na jaką północ się wybieram? Tę na miejscu, powyżej Hajfy i w kierunku Góry Karmel? Czy będzie to wędrówka gdzieś w okolice Rygi, niegdyś polskiej Kurlandii i Lipawy, która po II rozbiorze stała się jedynym portem polskim nad Bałtykiem, który należał do Korony od 1793 do 1795 roku?

Kilka zdjęć na ścianie domu Samuela Hirscha (którego już nie ma, ale którego pamięci strzeże Hannah Kramer, pochodząca z łotewskiej  Liepāja (pol. Lipawa) wdowa po nim), podważy jednoznaczność Północy w tej topografii.

Tymczasem Izrael. Podróż na północ. Jedziemy płatną A6. Wiedzie z Tel-Awiwu przez stosunkowo zielone tereny, choć im dalej na północ, tym bardziej jest to zieleń wydzierana lub wydarta naturze. Na kilkudziesięciokilometrowych odcinkach po mojej prawej stronie rozciąga się mur graniczny z Autonomią Palestyńską. Szary i bez obrazów Banksy’ego  jest smutnym przypomnieniem muru ze śródmieścia Wschodniego Berlina.

Wiele jest w nim z tamtego. Wieżyczki wartownicze o nieco większych kapeluszach i jakby bardziej rozłożyste. Mimo to przypominają tamten berliński. Czarne otwory strzelnicze.

Odwracam wzrok, tak jest łatwiej. Dzisiaj zresztą nie chce nic o nim wiedzieć. Nie rozwiążę niczego. Ani sensu jego istnienia, ani nie znajdę dość dobrej odpowiedzi na pytanie dlaczego.

Tuż za murem i dalej, po horyzont widać kolejne arabskie, palestyńskie miasta. Minarety. Często po kilka w jednej osadzie. Pamiętam też już z pierwszej wizyty w Izraelu, że to co za murem jest bardziej szare. Mniej tam zieleni, soczystych jej odcieni.

Moszawa

Dojeżdżamy do Jokne’am. Właściwie tuż przed miastem skręcamy na jednym z rond w prawo i docieramy do Jokne’am Moszawa, dawnej spółdzielni, którą w 1935 roku założyli między innymi syjoniści wszelkiej orientacji i żydowscy imigranci między innymi z niemieckiego Bytomia i polskiego Bielska. Na zdjęciach publikowanych przez Jacka Proszyka („Życie według wartości. Żydowscy liberałowie, ortodoksi i syjoniści w Bielsku – Białej, Jaworze 2012), widać tamten czas i młodych Żydów pracujących przy budowie domów, odwiertów artezyjskich. Na zdjęciach dominuje syjonistyczny entuzjazm i szeroki uśmiech. W listach do domów więcej jest już prawdy. Opisów trudów zamieszkiwania na nieużytkach, złej sytuacji ekonomicznej i tego, że bycie pionierem oznacza czasami klepanie biedy, której nie znało się przed emigracją.

Współczesna moszawa przypomina plan wioski, jaki spotkalibyśmy na kontynencie. Jest jakiś centralny punkt, dawna obora i silos zbożowy zamieniony na sklep, dom kultury i lokalną, bardzo cenioną koszerną  restaurację Tanduka.

Obok plac, dawne zabudowania rady (dzisiaj szkoła) i prosty budynek synagogi. W niej śpiewał Samuel Hirsch. Nie zawsze. czasami. Tam też znajdziemy tabliczkę z jego imieniem i nazwiskiem, jaką tradycyjnie umieszcza się w domu modlitwy po śmierci członka wspólnoty.

Wnętrze synagogi w Jokneam Synagoga w Jokneam, fasada

Tablica z synagogi; inskrypcje odnoszące sie do Martina i Samuela Hirsch

Dzisiaj Jokne’am wita przybysza starą zielenią wysokich drzew, cieniem potężnych eukaliptusów zabijających wylęgarnie malarycznych komarów. Widok domków schowanych w zieleni. Nieco małych, przycupniętych do ziemi, ale przypominających podobne z Europy. Z tą różnicą, że miast jabłoni skrywają się w cieniu dawanym przez drzewa cytrynowe i pomarańczowe.

Stara tablica - dom Hirschów

Dom Samuela i Hannah Hirsch (d. Kramer) Jokneam, 2017 Eukaliptusy w Jokneam, (Izrael marzec 2017)

Zdjęcia i wspomnienia

Zanim jednak się rozglądnę, wysiądę z samochodu, przywołuje inne obrazy. Jest ich w istocie kilka. To zdjęcia z rodzinnych albumów rodziny Hirsch.

Na jednym z nich jest Leopold Saul Kramer. Elegancki łotewski Żyd, biznesmen z Libau (łot. Liepāja). Stoi na nabrzeżu gdyńskiego portu. W tle MS Polonia z podanym na burcie portem macierzystym w Gdyni. Statek dość słynny, bo nie tylko z tego powodu, że odbywał regularne rejsy między Europą, a Hajfą do 1939 roku. To na jego pokładzie doszło do słynnego i potężnego przemytu broni do Palestyny w 1936 roku. Tymczasem jest rok 1935 i Leopold Saul Kramer rozpoczyna swoją podróż do Hajfy. W Palestynie był już rok wcześniej, by kupić ziemię w moszawa w Jokne’am. Teraz definitywnie opuszcza rodzinną Łotwę, a wcześniej Lipawę. Wraz z nim są żona Deborah i córka Hannah, która ma wtedy 9 lat. Nie boi się podróży. Ufa rodzicom i w to, że jej tate wie co robi. W 1937 roku także na pokładzie MS Polonia przybędzie do Hajfy Samuel Hirsch. Dziesięć lat później pobierze się z Hannah.

Lipawa

Tymczasem powróćmy do zdjęć z Lipawy.

Grupa jest liczniejsza. Nie ma fotografii, na której byliby wszyscy. Wraz z nimi podróżuje kilka cioci i wujków, dzieci. Wszyscy są z Lipawy, a że w domu używa się hebrajskiego i niemieckiego, na długie dziesięciolecia wspomnienia krążyć będą wokół wyjazdu nazywanej z niemiecka Libau. W domu przez lata mówić się będzie po niemiecku, szczególnie gdy dorośli będą chcieli omówić coś poza wiedzą dzieci. A potem przestanie.

Żydzi z Niemiec, z Łotwy różnią się od innym żydowskich emigrantów. Są mocno zasymilowani z europejską kulturą. Pewni swojej pozycji. Łotewscy, podobnie jak ci z Niemiec, mówią po niemiecku. Wielu zabrało z sobą meble i przedmioty z „tamtego” świata. Do czasu Nocy Kryształowej mieli silne przywiązanie do kultury niemieckiej. No i noszą  marynarki. Z ich powodu, będą powszechnie przezywani przez miejscowych Żydów „Jekke” (niem Jacke – marynarka).

Niektórzy, przytłoczeni ciężką pracą i upałami, po krótkim pobycie zdecydują na powrót do Europy. W Palestynie – jak mówili – było dla nich po prostu za gorąco i tęsknią za domem. Powracają jeszcze przed wybuchem wojny na Łotwę. Żadne z nich nie przeżyje.

W 1935 roku, gdy Kramerowie opuszczali swój dom, w łotewskiej Lipawie mieszkało 7 379 Żydów. Wojnę przeżyje w ukryciu zaledwie dwudziestu, trzydziestu. Brak jest dokładnych danych.

Nic nie pozostanie z dwóch synagog zbudowanych w ostatnim ćwierćwieczu XIX wieku. Główna (chóralna) synagoga stała w zabytkowym centrum miasta, a druga – w jej nowej części. Żydzi do Lipawy przybywali z Rosji, Polski i Litwy. Żyli tu lata całe nielegalnie. Działo się tak po części dlatego, że port w Lipawie był jednym z największych europejskich portów tranzytowych dla żydowskich emigrantów. W okresie między rokiem 1906, a 1910 właśnie z tego miejsca Imperium Rosyjskie opuściło ponad 100 000 osób.

1941

Los społeczności żydowskiej przypieczętowały dwa zdarzenia.

Dekret Stalina, wydany tuż przed wybuchem wojny 14 czerwca 1941 r., zaprowadził 181 Żydów lipawskich, w większości niemieckojęzycznych,  na Syberię. Większość nie przeżyła.

Gdy pod koniec czerwca 1941 r. do Lipawy wkroczyły wojska Wehrmachtu, w mieście nadal było około 7 000 Żydów. Także ci z terenów podmiejskich zostali przetransportowani do Lipawy. W pierwszych dniach po wkroczeniu nazistów w centrum miasta zastrzelono 33 Żydów.

8 i 9 lipca 1941 r. setki żydowskich mężczyzn zostało przetransportowanych z miejscowego więzienia nad morze i tam (na południe od miejscowej latarni morskiej) zostali wymordowani przez plutony egzekucyjne. Pod koniec lipca 1941 r. doszło do masowych egzekucji przeprowadzonych przez Niemców i jednostki paramilitarne Łotyszy w znajdującej się na północ od Lipawy, Skede. W okresie między 15, a 17 grudnia 1941 r. zamordowano 2 773 Żydów.

Był to koniec istnienia społeczności żydowskiej w Lipawie i śmierć wszystkich krewnych Hannah Kramer.

Zdjęcie klasowe i smak bałtyckich szprotek

Tego wszystkiego nie dowiaduję się jednak w Jokne’am. Sięgam do źródeł, sprawdzam. Wszystko dlatego, że gdy jestem już w domu 91-letniej Hannah Hirsch, z domuKramer, pokazuje mi pewne zdjęcie, a może to ja widząc je na ścianie pytam, co przedstawia? Pytanie jest nieco oczywiste, to co widać na fotografii mówi już wiele.

To zbiorowy portret szkolny. Więcej niż liczna gromadka dzieci (jest ich blisko, a może więcej niż 100) otacza dorosłych.  To nauczyciele. Hannah Hirsch pomaga mi w odnalezieniu jej na fotografii. Mama Hannah, Deborah Kramer specjalnie na tę okazję uszyła jej jedwabną sukienkę. „Przyjście do szkoły fotografa to było wielkie święto”- mówi. Po czym dodaje. „Poza mną, nikt z tej fotografii nie przeżył…” „Tylu nas było i nikt poza mną”.

Szkolne zdjęcie z Lipawy, ok. 1933 Hannah Kramer - Hirsch (detal)

Stawianie kropki nad i

Rozmawiamy, czasami przechodzimy na niemiecki. Język ważny, dzisiaj wywołuje wzruszenie, ale po wszystkich tych latach, został wyparty i nieco zapomniany. Gdy na stół w kuchni jako prezent trafiają wędzone szprotki z Rygi kupione w delikatesach w Tel Awiwie (nie ja je przywiozłem), powracają na moment wspomnienia z Łotwy, z początków życia w Izraelu, trudu wychowywania czwórki dzieci, jakie miał Samuel (Franz) Hirsch i Hannah Hirsch z domu Kramer mieli w Jokne’am. Dla mojej opowieści najważniejsza pozostanie Michal. To ona we wrześniu 2016 roku odwiedziła Bytom i wraz z mężem Haim Noy, uczestniczyła w prezentacji kipy Samuela Hirscha. Ona też przywozi mnie do Jokne’am i oboje wiemy, że było to konieczne by historia  kipy z Bytomia zatoczyła swój krąg i się domknęła…

Hannah Hirsch (d. Kramer) przed swoim domem wraz z córkami Michal i Gila, Jokneam 2017

Obok pokoju, w którym się spotykamy, ostatnie tygodnie życia spędził Samuel Hirsch. Prowadzony przez Michal, bardzo dyskretnie spoza progu rzucam okiem na przyciemnione wnętrze. Niewiele się od tego czasu zmieniło.

Na ścianach zdjęcia. Niemal vis a vis łóżka Samuela Hirscha wisi fotografia jego dziadka i ojca Martina Hirscha. Tego, który znalazł kipę na zgliszczach bytomskiej synagogi.

Ponad dachami

Cieszyn na szczęście wciąż ten sam.

Nadal nieznany.

Poznawany w sposób, by nic nie tracił ze swojego uroku i mojej o nim niewiedzy.

Miejsce na granicy – historii, światów, pamięci.

Po długiej przerwie aparat wzięty do ręki.

Odżałowane kadry?

Nie wiem.

Czy przerwa nie była zbyt długa?

Okna Avionu (C. Tesin, 2017)

Dachy Cieszyna (1)

Oplatanie (dachy Cieszyna (2)

Jak Adolf Pieck pozostawił tu ślad i o kanapce śledziowej też

Adolf Pieck pozostawił ślad

Ulica Głęboka 11. Cieszyn. Do wejścia do sklepu z wędlinami zachęca mnie nie ich widok, ani perspektywa zakupu. Jestem przecież po kanapce śledziowej i przy niej i jej smaku pozostanę tym razem przez cały pobyt nad Olzą.

To coś co mnie pcha w stronę sklepu, to niemal kompletne, choć tu i owdzie nadgryzione zębem czasu oryginalne kafelki pokrywające sklep od podłogi po sufit. Próbuję nie koncentrować się na tym czego nie ma, ale na fakcie, że niemal zaraz koło wejścia widzę ten oto napis:

Pieck (1) Cieszyn, 2016

Niemal natychmiast uruchamia to moje wspomnienia z podobnych sklepów widzianych w Gliwicach przy Dworcowej czy  Bytomskiej. Dzisiaj z wszystkich znanych mi dawnych masarni ostała się ta jedna przy dawnej Wilhelmstrasse.  Postanawiam, nie pytając o to obsługę, zrobić zdjęcie. Mieć, utrwalić. Ocalić od zapomnienia.

Adolf Pieck…

Po długich poszukiwaniach wpada mi w ręce książka adresowa berlińskich przedsiębiorców (nie znajduję roku, ale jest to najprawdopodobniej druk z końca 19. i początku 20 wieku) i przynosi ku mojej radości reklamę firmy Pieck.

Jak możemy się z niej dowiedzieć Adolf Pieck, wówczas mieszkający już przy Potsdamerstrasse 122C w Berlinie, specjalizował się w wyposażaniu sklepów mięsnych w szklane lady, zapewniał wyposażenie do prowadzenia sklepów i masarni, pokrywał ich ściany mozaikami i kafelkami, no i wreszcie kładł na podłogach nowoczesne i funkcjonalne linoleum. Jak berlińska, a nie na przykład wiedeńska firma trafiła do Cieszyna? Nie wiem. Może ktoś znajdzie na to odpowiedz. Początek został zrobiony.

 Adolf Pieck (2) (Cieszyn, 2016)

Kanapka śledziowa

No jest świetna. Wreszcie to wiem. Jej smak wciąż gdzieś rozcieram na języku.

Jest masowo konsumowana przez cieszynian (to jednak ważne dla przybysza nieufnego wobec reklamy i szeptanego marketingu).

Dopadam ją przy Głębokiej 3. To dobry adres.

Na miejscu mała kolejka i zakupy po 6, 8. sztuk. To norma. Na wynos. Do tego dwie, trzy na miejscu.

Można bić rekordy w zjadaniu jednej. Pięć, sześć sekund?

*

Mam w oczach taką scenę (czasami wykonanie zdjęcia nie jest możliwe, bo przecież ma się ręce zajęte jedzeniem własnej kanapki!)

Jedna z ulic Cieszyna. Sklep Społem. Dość siermiężna estetyka szyldu.

Nad witryną napis Kanapki śledziowe.

W oknie poniżej, co metr, półtora, na krzesełkach siedzą osoby namiętnie zajadające się kanapkami. Jedną, potem drugą…

Wrócę.

Po kanapkę (i po zdjęcie też).

Avion

Wracam. Minęły te dwa lata.

Piję espresso.

Czytam z zadowoleniem, że kawę i co tam jeszcze,  podają w kawiarni uczniowie średniej szkoły gastronomicznej księcia Albrechta.

Myślę (nieśpiesznie dopijając swoją małą czarną), że Rosalie Wiesner, spodobałby się ten pomysł i to, co się tutaj dzieje…

Avion. Widok na (2016)

Żacy... (Avion, Cesky Tesin) Grand Avion

Tego dnia (31 października 2016 r.)

Puste krzesła

Patrzę z empor (babińca) synagogi pod Białym Bocianem na jej posadzkę i widzę gwiazdę Dawida, na której stoją rzędy pustych o tej porze krzeseł. Ten obraz wydaje mi się więcej niż symboliczny dla losów Żydów na Śląsku. Są i ich nie ma…

Żydzi wrocławscy, jak do pewnego stopnia udowadnia  Maciej Łagiewski w swojej książce pod tym samym tytułem (kolejne trzecie wydanie kupiłem właśnie we Wrocławiu), odegrali niezwykle istotną rolę w historii Żydów na Górnym Śląsku. Stąd, z Breslau właśnie, wędrowali zasymilowani (najczęściej) na czarny Śląsk, która był dla nich swoistą ziemią obiecaną, miejscem wybranym. Lądem szans i wyzwań. Cohn, Weichmann, Stein, Barasch to tylko niektóre z nazwisk, które wyznaczyły tą niewidzialną linię między Wrocławiem, a Gliwicami, Katowicami, Bytomiem…

Gdy byłem po raz pierwszy w Muzeum Żydowskim w Berlinie zrozumiałem, jak w dwójnasób tragiczny los dotknął tę społeczność. Prześladowania we Wrocławiu, poczynając od wieków średnich (miasto zyskało niesławę wypędzając Żydów w 1453 roku, a potem ich systematycznie i konsekwentnie prześladując), a potem Holokaust i niemal całkowita zagłada, aż po współczesną niepamięć… (dzisiaj wybiórczo odzyskiwaną).

Żydzi ze Śląska stali się tematem cokolwiek pomijanym i przemilczanym przez długi czas. W Polsce, w oczywisty sposób byli odrzucani przez Żydów polskich, od których dzieliło ich wszystko, poczynając od języka niemieckiego i tak mocno manifestowanej przez Żydów niemieckich przynależności do tej kultury.

W powojennych Niemczech, poprawność polityczna sprawiła, że ci ze Śląska są niemal nieobecni w szerszej świadomości. Na wystawie stałej w berlińskim muzeum pojawiają się gdzieś w tle ich tysiącletnich dziejów w Niemczech (choć dla ścisłości trzeb dodać, iż na berlińskiej wystawie znajduje się model nowej synagogi we Wrocławiu z 1872 roku). O górnośląskich Żydach milczy wystawa w Muzeum Śląskim, zdawkowo odnosi się do ich losów (dotykając jedynie środowiska wrocławskiego) ekspozycja w Muzeum Żydów Polskich w Warszawie.

Puste krzesła widziane z wysokiego piętra babińca wrocławskiej synagogi…

[Wrocław, 17 stycznia 2016 r.]

Puste krzesła (Synagoga pod Białym Bocianem, Wrocław/Breslau)

Hollywood nie dla Śląska?

Sonda

Przeczytałem sondę opatrzoną tytułem „Polska – scenariusz dla Hollywood”, którą zamieszczono w dodatku PLUS MINUS w ostatniej „Rzeczpospolitej” (11-12.grudnia 2015). Autorzy postawili swoim dobrze dobranym rozmówcom (są właśni i obcy, tych ostatnich niewielu) pytanie o to, kto w obrębie nowej polityki historycznej Polski, powinien na oczach naszych i całego świata, wyrosnąć na bohatera kultury masowej, ikonę wyobraźni Polaków i mieszkańców Europy, ba świata.  No i docelowo trafić na ekrany kin…

Tekst poprzedzony jest dosyć kontrowersyjnym i w sumie naiwnym nawoływaniem redaktora Dominika Zdorta, byśmy odzyskali dla Polski i naszej historii pamięć takich wydarzeń jak Bitwa Wiedeńska, czy Solidarność. Pisze o naiwnym apelu nie lekceważąc tych zdarzeń (zwłaszcza powstania Solidarności), ale z tego oto powodu, że to nagle twórcy kultury (nazwę ich tym eufemistycznym określeniem, by uciec od bardziej precyzyjnego określenia funkcjonariusze resortu kultury, o jakich jest potencjalnie jest mowa), mają odkręcać to, co tak koncertowo schrzanili politycy (przez lata).

Ich bowiem winą i grzechem zaniedbania jest to, że dzisiaj taki przełom 1989 roku w Europie Środkowej i Wschodniej pozbawiony jest w szerokim odbiorze (mówimy o wymiarze pop kulturowym) wątku na przykład Solidarności. Politycy utopili Solidarność i jej etos w bagnie wzajemnych oskarżeń, deprecjonowania zasług. Podobnie nie zawsze dość dobrze rozumieli dyplomację kulturalną przegrywając czas o pamięć, gdy wejście w obieg odzyskiwanej narracji historycznej w Europie oznaczał naturalne zainteresowanie dziejami tej części Europy, przez pozostałych mieszkańców naszego kontynentu, świata. Straciliśmy ten czas.

Wreszcie tak samo jak stało się to na Górnym Śląsku, zupełnie nie zrozumieli, że historia, która rozgrywała się  w tej części Europy może i musi oznaczać historię, która należy do wielu kultur, nacji i konfesji. Chcieli ją pokazać jako tylko własną. Własną i dla siebie. Polską, bez podmiotowej obecności Żydów, Ukraińców, czy Ślązaków właśnie. Porażka…

Bohaterowie nasi, nie wasi…

Ale, ale… Może jednak co dla jednych oznacza porażkę i wyjałowienie historii przez sprowadzenie jej do ersatzu historycznego i wymiaru homogeniczności narodowej, dla innych jest pozytywnym „zaoraniem” tej historii i uczynienie „najszą”, bo przecież odrobina fałszu (jak na G. Śląsku) skutecznie zmienia taką historię w zupełnie inną, nową opowieść z pogranicza alternatywnych historii własnych (tzn. polityków).

Coś jest na rzeczy, że skutek taka polityka historyczna odniosła i odnosi, bo gdy czyta się zestawienie blisko trzydziestu wypowiedzi osób zaproszonych do sondy „RZ” i gdy pada tam pytanie o to, kogo światu powinniśmy przedstawić z naszej historii (naszej, więc myślę naiwnie, że pewnie i śląskiej) to nie znajduję nikogo… ze Śląska właśnie. Przez chwilę, w desperacji chwytam się wypowiedzi takiego Cezarego Pazury czy o. Macieja Zięby, gdy wspominają św. Jadwigę, ale szybko okazuje się, że wykazuje się absolutną naiwnością…, bo oczywiście mowa jest wyłącznie o św. Jadwidze, królowej Polski i Litwy.

Historia Polski historią bez Śląska

Sytuacja ta nieszczególnie mnie dziwi. Pytane są osoby o pewnej pozycji w mediach, historii lub dzisiaj hołubione, ale właśnie nie lekceważąc ich pozycji i dorobku (nie mnie ją oceniać) jest niezwykłą okolicznością to, że żadna z nich nie wskazała w swoim zestawieniu kogoś lub czegoś co reprezentowałoby w tym przekazie dla świata historii o nas, jakiegoś epizodu, czy postaci z historii Śląska.

Śląsk nie ma – wedle tego zestawienia – bohaterów, nie ma go i niczego do historii Polski nie wniósł, o czym można byłoby światu powiedzieć.

Nie ma tam nagle historii powstań śląskich, duchowości tego regionu, wątków narodowych, modernizmu w sztuce i architekturze, uprzemysłowienia czy przysłowiowej Karolinki, co tak chciała do Gogolina. Może byłoby miejsce na Ślązaków w filmie o bitwie pod Monet Cassino (o filmie nie o Ślązakach wspomina Bronisław Wildstein), ale co by scenarzysta z reżyserem zrobił z Volkslistą, nie chce nawet myśleć. Może dostalibyśmy nowe wcielenie Gustlika. Ślązaka dobrego, choć nieco prostego. Silnego ciałem, ale skołatanego intelektualnie, takiego bohatera Przymanowskiego bis (Gustlik reaktywacja), na czasy nieco recyklingowe, jakie mamy. Nie ma wśród wyliczonych zdarzeń dokonań współczesnej medycyny śląskiej, czy może tak nośnych dzisiaj gwiazd sportu w 20. wieku (to w ogóle ciekawe, że postaci z tego środowiska nikt nie wymienia)… Wymowna lektura.

Dlaczego tak?

Gdy powstawał scenariusz wystawy (odrzuconej ostatecznie) w Muzeum Śląskim, wąskie grono osób, które ją broniły, powtarzały o potrzebie stworzenia, powołanie na nowo pewnego mitu założycielskiego dla Śląska. Pokazania nowego oblicza tej ziemi i jej historii. Jedni tego w ogóle nie chcieli (bo i po co Śląskowi jego własna historia), inni niestety nie rozumieli, że dzisiaj masowy odbiorca nie ma innych wyobrażeń o Śląsku, niż te w które wyposażył go PRL. Te uznali za wystarczające, myśląc że relacja centrum-peryferia nie wymaga lepszego opisu końca świata, na którym dla nich samych Śląsk leży. Górny Śląsk dodajmy czarny, górniczy, brudny i kryminogenny (cytuje jedynie wyniki badań z 2010 roku). No byli i tacy, którzy „bez zrozumienia tekstu”, mówili coś o tym, że historia nie znosi mitów, i że to coś nieznanego historii (by mity były?!). Zostawiam ich i ich ówczesne argumenty na boku, bo brak zdolności do abstrakcyjnego myślenia, wyklucza z dyskursu humanistycznego, zresztą każdego chyba.

Nie doczekaliśmy się więc śląskich bohaterów, postaci, które weszłyby do historii Polski i Europy do masowego obiegu. Nie dokonała tego (bo nie mogła), ukształtowana przez polityków i politykę wystawa w Muzeum Śląskim, nie wniosła czegoś co można nazwać ikonami Śląska dla Polski i Europy. Oczywiście wiem, na wystawie postaci takich jest teoretycznie wiele, nawet po ostrej selekcji ostało ich się trochę. Co z tego? Papierowe, blade w prezentacji wystawy. Zostały tam, gdzie były – w mrokach historii i sal muzealnych. Taki Korfanty na przykład. Komu on bohater, komu postać wybitna? Żadna z osób, które wypowiedziały się  w sondzie  (pomijam osoby, które wycofały się z takich wskazań, jako upolitycznianie kultury) nie wskazały na dzieje Śląska i postaci z tej historii.

Śląsk jest więc w tej sondzie i w życiu społecznym gdzieś obok, gdzieś tam. To Ubolandia polskiej polityki historycznej i przyszłej produkcji filmowej… Moment, moment, ale skoro Ubolandia i ten Śląsk to takie science-fiction dla naszych środowisk opiniotwórczych, to może jednak to jest temat na film dla Hollywood?

Już widzę początek takiej superprodukcji i Ślązaków (Górnoślązaków należy dodać)  osiedlających się w teksanskiej Pannie Marii. Potem to już jakoś pójdzie. Na szczęście zajmą się tym fachowcy z Hollywood…

 Bez tytułu

Made in Silesia

W swoim programie i myśleniu o Górmym Śląsku odwołuję się do potrzeby stworzenia nowej marki i pozytywmego myślenia o Śląsku, czego efektem byłoby powołanie do życia produktów oznaczonych podpisem Made in Silesia (w miejsce enigmatycznego np. Made in EU).

Historia ( jak widać na zdjęciach) dostarcza takich przykładów. Nadruki  „Silesia” lub „Made in Silesia” pojawiały się na porcelanie wytwarzanej na Śląsku (i G. Śląsku) przed II wojną światową.

Dlaczego nie skorzystać z  tej tradycji? Stworzyć nową pozytywną identyfikację dla tego, co jest produkowane na G. Śląsku i tego  z czego możemy być dumni, że jest  śląskie.

Wpisuje się to w coraz bardziej popularne na G. Śląsku projektowanie przemysłowe i działania designerskie. W nowatorskie i innowacyjne rozwiązania, które promuje tak fantastycznie konkurs i wystawy w ramach konkursu-przeglądu „Śląska Rzecz”, organizowanego  przez Zamek Cieszyn.

„Made in Silesia” jako alternatywa miejscowego biznesu dla czarnego, negatywnego PR-u na temat Śląska i banałów jakimi się nas karmi  przy kolejnych zlotach i konwencjach wyborczych organizowanych na Śląsku. Tylko wtedy (i podczas wyborów) mówi nam się co to znaczy, że coś jest śląskie… Przejmijmy inicjatywę!

Made in Silesia czyli  zrobione tutaj, dobre, trwałe, nowoczesne i śląskie. Odwołujące się do tradycji i historii. Nasze.

Tułowice (Tillowitz) porcelanowy dzbanek z końca lat 20-tych XX wieku  Szczawienko (wytwórnia Ohme, D. Śląsk) z opisem miejsca powtsania jako Silesia, lk. lat 20-tych XX wieku.

 

Pożegnanie

W podziękowaniu Tondzie

i ludziom, których spotkałem na tej drodze

 Mrużenie oczu…

Wąska droga prowadzi mnie wciąż wyżej i wyżej. Konsekwentnie zakręt i kolejny. W dole, za mną Opawa i czas jaki tam spędziłem. Upalny dzień czerwca zaskakująco mocno przypomina tamten kwietniowy dzień, gdy rozpocząłem swoją ponad roczną emigrację.

Inne to jednak emocje, inne Czechy, Śląsk Czeski za mną. Zdecydowanie przestał być enigmatycznym pojęciem odległego pogranicza, peryferii Górnego Śląska, leżacym gdzieś tam „za Raciborzem”. Jest chyba odwrotnie, a pytanie o peryferie nie doczeka się tutaj dobrej i satysfakcjonującej odpowiedzi. Bo czy tym „krańcem” Górnego Śląska jest Opawa, siedziba i miejsce pochówku Przemyślidów, czy odległe Katowice (potraktowane tutaj symboliczne) wciąż nie umiejące się wybić na samodzielność oglądu własnej historii…?

Lubiłem kościół św. Ducha. Był tam w chwilach niezwykle trudnych. Także wtedy, gdy każdego dnia (a był taki czas) w tym miejscu łączyłem się z zupełnie innym światem, zanosząc beznadziejne jak się okazało, swoje prośby o cud.

Ludzie.

W oczywisty sposób taki  rok pozwala na wypełnienie każdej takiej (nostalgicznej) opowieści, o tym co było setkami twarzy, rozmów, uśmiechów, pytań poniesionych przed siebie i wzruszeń. Przekraczanie granicy było wyzwoleniem, zwieraniem paktu o normalizacji stosunków ze światem. Za tym być może będę tęsknił. Czechy to doświadczenie, że życie potrafi być istotnie stanem zadziwienia, że jego uroda jest nieprzemijająca i wciąż tej emocji ulegamy.

Jadę. Mijam miejsca, które utraciły swoją anonimowość. Mógłbym policzyć drzewa mijane po drodze dziwiąc się, że choć jednego brak, tak dobrze znam tę drogę. Kaplica, przy której tradycyjnie się zatrzymuję, nurza się w morzu dojrzewających zbóż. Cennymi kamieniami w jej otoczeniu są czerwone płatki kwitnącego maku.Połyskują dzisiaj w słońcu.

Nie wiem jak opisać i jak pokazać to wielkie niebo, które tutaj zdaje się być naprawdę niezwykłe, gdy zawisa ponad rozległym horyzontem Bramy Morawskiej. Nie mogę wyzbyć się odczucia, że widok ten napełnia mnie podobną nostalgią do tej, którą odczuwam gdy mijam oddalone wieże kopalniane o których wiem, że widzę je po raz ostatni i wkrótce będę musiał zawierzyć swojej pamięci, że były. Dziwne zestawienie zupełnie niepasujacych do siebie obrazów…

Zatrzymuje mnie pociąg. Stacja Racibórz Markowice. Miejsce. Ławka. Mam wrażenie, że przed chwilą widziałem na niej dwoje ludzi. To pewnie tylko pozór, a strzępy rozmowy i gesty wykonane, to obrazy pozornie ożywiające to miejsce, gdy zmrużam oczy i literacko pozwalam dziać się scenom, jakich to miejsce zapewne widziało setki? Choć czy na pewno?

Na pobliskiej latarni przysiadł na moment potężny bocian. Był tutaj rok temu. Jestem mu za to głęboko wdzięczny. Dodaję go do inwentarza istot i rzeczy zostawionych. Stan się zgadza, mogę jechać dalej…

 Bez tytułu

bez tytułu

Pejzaż nostalgiczny (okolice Rohova)

Kościół św. Ducha (Opawa)

Ławka dla dwojga

Miejsca / Places. Górny Śląsk / Upper Silesia

Widziane wczoraj / As seen yesterday

Górny Śląsk na swoich krańcach / Upper Silesia at its peripheries

Miejsca nieznane, choć bliskie / Places unknown yet  they speak to me

Literackie odniesienia / Literary references

Czeski Śląsk / Czech Upper Silesia (Sudice)

I tylko Dok Kichote'a nie ma / And only Don Quichotte is missing (Hněvošice, Czechy)

Dwie drogi / Two roads (okolice Krzanowice - surroundings of Kranowitz)

Krzyż. Cross (Krzanowice / Kranowitz)

Stara ulica i kościół / Old street and the church (Krzanowice/Kranowitz)

Wzory albo Pan Juretzka był tutaj / Patterns or Mr Juretzka was here (Krzanowice/Kranowitz)

Juretzka. Beuthen / Mr Juretzka's signature Bytom (Krzanowice/Kranowitz)

 

Lampart. Wspomnienie

„(…) ta też przemija (…)”

Oscar Wilde

Pamięci Ojca dedykuję, bo w każdym z nas  jest Lampart

Autor

Lampart. Wspomnienie.

(uwaga: czytać z muzyką Nino Roty w tle)

Mógłbym zacząć zupełnie trywialnie, a jednak prawdziwie. I pomimo domniemania, że zmyślam, tak właśnie zrobię.

Był upalny letni dzień. (Życie nie znosi przypadków, bo w jaki inny dzień lepiej smakowałby film z sycylijskimi plenerami?) Kraków. Mamy rok 1985 lub 1986. Wyludnione miasto oferuje swoim zapóźnionym studentom (ona i ja przygotowujemy się do sesji jesiennej) program kin studyjnych i inne, równie atrakcyjne rozrywki… Ucieczka przed rutyną nauki i pogodą znajduje swój finał w chłodnej sali kinowej.

Kino „Pod Baranami”. Nieznośnie skrzypią fotele (nie wiem, czy niektóre nie trafiły potem do Muzeum przy Lipowej 4 w Krakowie). Ściany kina, gdyby nie ciemność, nie przypomniałyby sobie koloru, którym je wymalowano. Jest kilka osób. My, jak sądzę, jesteśmy tutaj z powodu filmu?

Za chwilę ekranizacja powieści Giuseppe Tomasiego di Lampedusy, Lampart z Burtem Lancasterem w roli księcia Saliny. Film Luchino Viscontiego z 1963 roku. Złota Palma festiwalu w Cannes. Muzyka Nino Roty. Wielkie kino z czasu, gdy obojga z nas nie było na świecie… Fakt ten wywołuje rodzaj zachwytu nad własną młodością. Pamiętam to uczucie.

Początek projekcji. Nagle, dosyć głośno, wkracza na salę kinową mocno pijany cień. Nie dochodzi nawet do krzeseł, lecz pokotem pada między ich pierwszymi rzędami Czasy są inne, więc jakoś nikt się nie dziwi. Gdy po upadku, w chwilę potem słychać miarowy oddech (nie)szczęśnika, nasza (publiczności) uwaga powraca do tego, co dzieje się na ekranie. Tuż przed końcem seansu, ten sam mężczyzna wstanie, otrzepie się i jakby nigdy nic wyjdzie… Takie „kino w kinie”? Surrealizm PRL-u z wielkim kinem w tle?

Wkrótce ekran stanie się faktycznie jednym wielkim oknem, za którego ramami rozpościera się widok zalanej słońcem, suchej i gorącej Sycylii i pałacu książęcego wypełnionego modlitwą na Anioł Pański. Takie otwarcie.

Mogłoby być na wskroś śląskie i po zamianie pałacu na dom z czerwonej, przybrudzonej cegły, mówić o nas. Taki inny początek nieistniejącego, a możliwego filmu o Śląsku.

Podążając za słowami Lampedusy, na zmianę reżyser i my, my i on, przez ponad dwie godziny oglądać będziemy świat II połowy XIX wieku na Sycylii. W tle jednoczące się Włochy. Szerokie, odważne pociągnięcia pędzlem, by użyć języka malarstwa z epoki.

Jak w książce, tak i w filmie. Bogactwo opisu, scenografia imponująca detalem i starannością, by z opowieści nie uronić nic, co tłumaczyłoby motywy działań i emocje bohaterów. Z rozmachem potraktowana panorama postaci i charakterów, uczuć, na które współcześni bohaterowie nie mogli sobie pozwolić. Korowód postaci wybitnych, podłych, zwyczajnych. Księcia i żebraka niewiele dzieli od siebie w tym obrazie. Bywa, że zamieniają się rolami. W tych nowych obsadza ich historia i przypadek (czyli też historia?).

Chwilami można było odnieść wrażenie (natychmiast po obejrzeniu filmu przeczytałem książkę, wówczas wydaną w paperbackowej serii Koliber, więc dzisiaj nie wiem czy była to sugestia obrazu filmowego, czy książkowego), że podmuchy wiatru wypełniają nasze usta pyłem ulic i placów, a na ubraniach osadza się  rdzawy i brązowy kurz. Wciąż nie znam Sycylii i noszę tamten jej obraz.

Opowieść „Lampart” jest czymś więcej niż napisaną sercem sagą rodu noszącego w herbie Lamparta właśnie. W mojej pamięci co rusz ożywają sceny z balu, gdy rozbrzmiewa muzyka napisana przez Nino Rotę (późniejszego autora muzyki do m.in. Ojca Chrzestnego). Pamiętam, jak bohaterowie tańczą walca wiedeńskiego.

Obraz czasów (wyidealizowanych, to jasne), gdy dotyk, muśnięcie dłoni, szelest krynolin i emocja spojrzeń, kradzionych, niepewnych, przypomina zapomnianą grę między nią, a nim. Światy nieobecne i zaginione. Może dlatego mają taką moc oddziaływania?

Do takich książek się wraca. Filmów też.

Na długie lata zapomniałem o filmie Viscontiego. Odkrycie go na nowo dokonało się niespodziewanie i jest uczuciem porównywalnym do odczuwania głodu uzależnienia. Jest i nic nie da się z tym już zrobić, poza koniecznością jego zaspokojenia?

„Lampart” zarówno ten filmowy jak i literacki, powrócił do mnie nagle. Ów początek był zaskakujący.

Lamparcie  przypomniało mi wyschnięte dno kieliszka po czerwonym winie. Przywołało inny kadr z filmu, w którym po latach zapomnienia i zamknięcia, uchylone zostają drzwi do sal pałacowych. Światło padające zza uchylonych okiennic, powoli wślizguje się do ich wnętrz. W jego poświacie skrystalizowane krople likieru na dnie kryształowego kieliszka, nagle, pod wpływem wspomnień, nabierają kolorów, światła i smaku. Przywołują sceny z przeszłości…

Byłoby banałem powiedzieć, że „Lampart” to rodzaj opowieści, jakiej nie zna literatura Górnego Śląska. Śląskowi dedykowana. Dająca tak wieloskładnikowy i zrównoważony obraz tego, czym jest Śląsk, a przede wszystkim opowiadająca o ludziach  tu mieszkających. Popadamy w banał i jarmarczną tandetę, gdy chcemy to przeprowadzić opierając się na muzealnych rekonstrukcjach, po raz kolejny replikując nieistniejące ulice miast.

Są powieści takie jak tetralogia Bienka, czy Finis Silesiae Henryka Wańka, które do opisu syntezy losów śląskich aspirują. Poezja Lachmanna wyrastająca  z dwujęzyczności historycznie nabytej i Hamlet gliwicki radykalnie rozprawiający się ze schizofrenią miejsca i zdarzeń. Tym nie mniej, nie są to w mojej ocenie teksty, które posiadałyby tą skalę i moc języka, czy wreszcie oddziaływania obrazów, by podołać temu zadaniu.

Lampart…  Pragnienie opowieści o Śląsku, filmu o Śląsku…

Czekam w sali kinowej na początek seansu? Siedzę nad pierwszą stroną książki, która gdzieś tam powstaje? Czekam. Możliwe i prawdopodobne otwarcie już jest…

Pejzaż symboliczny. Górny Śląsk (zdjęcie przetworzone)

Górny Śląsk (obraz przetworzony; lata 30-te 20. wieku)

Pałac Kawalera w Świerklaniec (zdjęcie współczesne)