Thérèse ma kota….

Balthus (Balthasar Klossowski de Rola) spotkał ją kiedyś w 1936 roku. Było to już dwa lata po sukcesie jego paryskiej wystawy, a maniera jego malarstwa była już utrwalona, rozpoznawalna i pożądana, cokolwiek może znaczyć to słowo w kontekście Balthusa i jego osoby.

Maniera ta była pomieszaniem odświeżonej akademickiej figuracji i stanowiła mikst tradycji malarskich łączących dokonania współczesnych mu kolorystów, surrealistów, czy malarstwa portretowego włoskiego Quattrocenta. Styl ten – tak opisany – nie byłby pełny, gdyby pominąć jego sensualny, rozerotyzowany klimat i bywa, że treści.

Erotyzm skrywany pod maską zainscenizowanej sceny o walorach pozornej prywatności, przesądził o jednoznacznym odbiorze jego obrazów jako dzieł łączących zmodernizowane malarstwo 20. wieku z  przenikającym je klimatem pożądania i bywa, że wyuzdania. Dzisiaj zresztą nie wykluczałbym sytuacji w której obrońcy sztuki tradycyjnej (w najbardziej ograniczonym rozumieniu tego słowa) sprawiliby, że część z jego obrazów zaprowadziłaby samego Balthusa w ręce wymiaru sprawiedliwości i wszelkiej maści stróży moralności. Aura rozbudzonego pożądania, napięcia erotycznego  w połączeniu z faktem, iż  osobami portretowanymi były osoby niepełnoletnie, niechybnie byłaby przyczyną problemów artysty. Podłoże jego twórczości było jednak z gruntu współczesne i bardziej intelektualne.

Na jego szczęście i debiut, i środowisko w którym wyrastał, w żaden sposób nie przypominało współczesnego. Oniryzm, surrealistyczne zadziwienie i kreowanie sytuacji bardziej  fantasmagorycznych i z ducha freudowskich niż realnych, spowodowało że Balthus niemal natychmiast trafił w gusta publiczności, w swój czas, no i jeszcze szybciej do galerii malarskich całego świata (cóż Polska, nie zawsze jest jego częścią). Balthus zresztą, czasami broniąc tego, co inni nazywali wyzywającą treścią jego obrazów, przypominał iż w swoich obrazach jedynie odwoływał się do toposu dzieciństwa i wieku wczesnego dorastania, ucieleśniającego wiek niewinności i nieuświadomionej (?) zmysłowości…

Balthus spotyka zatem Thérèse Blanchard w Paryżu, gdy ta ma zaledwie trzynaście lat. Mieszka w sąsiedztwie pracowni malarza przy 3 Cour de Rohan.

Do 1939 roku namaluje ją dziesięciokrotnie (tyle jest znanych jej portretów). Samą, z bratem. Z kotem lub bez lub w intymistycznej przestrzeni pokoju, gdzie są we troje: on (kot) i ona (Thérèse), no i on (Balthus), choć on po drugiej stronie płótna. Tak jak na portrecie prezentowanym na wystawie monograficznej Balthusa w Rzymie (Portret Thérèse, 1938, Villa Medici), gdzie T. przeciąga się leniwie na prostym szezlongu, a kot (tak często obecny u Balthusa, nazywającego siebie nie bez powodu „King of cats”, gdy w 1921 roku zadebiutował opublikowanym drukiem cyklem przygód kota Mitsou z przedmową R.M. Rilke’go) spokojnie zaspokaja swoje(?) pragnienie, sycąc się mlekiem wypełniającym talerz na podłodze. Kot to kot? A mleko to mleko? No i kim jest Thérèse? Granica między dzieciństwem, a dorosłością toczy swą niewidoczną nić na tym i kolejnych obrazach…

Balthus.  Spotkany w nowojorskim Metropolitan Museum of Art i Thérèse, jak wówczas gdy miała 13 lat…

Thérèse, Balthus, 1938 (olej na płótnie, MET, reproddukcja L. Jodliński)

Thérèse (Blanchard), Balthus (1938, fragment; MET, reprodukcja L. Jodliński)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *