Zanim powiał „Wiatr od wschodu”. Kulisy niewydania książki

Moja historia „Wiatru od Wschodu” Augusta Scholtisa, jest bardzo osobista i dopiero teraz, gdy teraz książka ukazała się drukiem (w wydawnictwie Silesia Progress), postanowiłem poświęcić tych kilka zdań okolicznościom jej niewydania wcześniej, w 2013 roku.

To był jakieś wrześniowe popołudnie. Rok 2012.

Telefon, mój Samsung Galaxy Ace I zadzwonił swoim fabrycznym, metalicznym dzwonkiem. W fakcie tym nie byłoby nic specjalnego, gdyby nie to, że dzwonił do mnie Michał Smolorz. Wiedziałem, że będzie to coś ważnego i w jakimś sensie cieszyłem się na myśl o tym, że odbędę z nim rozmowę. Tak zawsze bywało. Miał czas i uważność. To sprzyja konwersacji.

Zapytał mnie, czy Muzeum Śląskie, nie chciałoby wydać „Wiatru od Wschodu”. W pytaniu tym była  troska o to, czy jeszcze bardziej nie zaszkodzi to Muzeum Śląskiemu (nagonka na projekt wystawy stałej w Muzeum Śląskiem osiągała swe apogeum). W rozmowie tej było też widoczne doświadczenie naszej udanej współpracy przy książce „Antologia. Najpiękniejsze śląskie słowa”, której był niezastąpionym redaktorem i wymagającym recenzentem. Z dobrym skutkiem zresztą. Zbiór ten stał się najpopularniejszym i najpoczytniejszym z wydawnictw Muzeum Śląskiego po dziś dzień.

Odpowiedź jakiej mogłem udzielić była tylko jedna. Wiedziałem, że jeśli muzeum ma być śląskim, to także wówczas gdy z jego znakiem ukazywać się będą książki tak mocno, jak książka Scholtisa, związane z literacką i kulturową tożsamością Górnego Śląska. Zarówno te pozostające na indeksie w PRL-u, jak i te – jak powieść Scholtisa –  kontestowane przez część literackich i politycznych „wyroczni” współczesnego Śląska i życia kulturalnego w Polsce w ogóle. Dla nich autor był symbolem Górnego Śląska, który odrzucali, bo… go nie rozumieli (dosłownie i w przenośni). Ich głos rozległ się niezwykle donośnie, gdy w wyniku sondy „Fabryki Silesiae”, okazało się, że PRL-owski kanon literackiego Śląska odszedł bezpowrotnie do lamusa, a na liście pierwszych dziesięciu pozycji znalazły się utwory Bienka, Hauptmanna, czy Scholtisa właśnie.

Ruszyły z wolna prace nad publikacją. Jej wydanie umieszczono w planach wydawniczych muzeum na 2013 rok.

Niestety, czas istotnie nie sprzyjał i kiedy odbyłem swoją pierwszą rozmowę z Aloisem Smolorzem (bratem Michala Smolorza współpracującym nad tłumaczeniem powieści), ciesząc się z postępów nad projektem, wiedziałem, że lekko nie będzie tutaj, na miejscu. Wciąż jednak (pomimo i wbrew) byłem pewien, że zostanie wydana przez nowe Muzeum Śląskie, muzeum świadome tego, że odpowiada za całą (także tą literacką) spuściznę Górnego Śląska…

Podjęliśmy pierwsze rozmowy z wydawnictwem mającym prawa do udzielenia licencji na tłumaczenie „Wiatru…”. Wszystko to, w moim przypadku, działo się między jedną a drugą debatą w sejmiku województwa śląskiego, w ogniu ataków dziennikarzy piszących z tezą, polityków podgrzewających wszelkie fobie i kompleksy, nie rozumiejących, że to co przegrywają to poza sprawą śląską, ich własna, krótka kariera polityczna.

Michał Smolorz się niecierpliwił. Z perspektywy czasu łatwo byłoby napisać, że może wiedział, że czas jest dobrem nam jedynie użyczonym. Nie zrobię tego, bo nie wiem, czy to było powodem. Myślę, że był po prostu bardzo pracowitym człowiekiem. Napisał do mnie 15 grudnia 2012 roku, pytając czy wszystko w porządku i jeśli ta sprawa nie jest do udźwignięcia przez muzeum, zajmie się nią osobiście, bo rozumie i chce. Rozumie sytuację muzeum i chce wydać Scholtisa.

Trzymam te smsy do dzisiaj. Były ostatnimi jakie od Niego otrzymałem. Były pełne troski o muzeum, o mnie. Były wyrazem Jego zasmucenia o Śląsk i o to, co działo się z nim u schyłku 2012 roku…

Tak naprawdę, co raczej jasne, nie potrzebuję już dzisiaj tego telefonu. Po nim były już kolejne dwa „nowe” i lepsze. A mimo to wciąż go mam i trzymam. Powodem, że telefon ten wciąż leży na dnie mojej szuflady są tamte słowa, tych kilka linijek z 15 grudnia 2012 roku…: „Rozumiem, że ma Pan ważniejsze sprawy na głowie, więc jeśli to obciążenie , proszę mi ten problem oddać. MS”.

Poczułem się tymi słowami jeszcze bardziej zobowiązany. Zrozumiałem, że nie tylko ja na tę książkę czekam. Pozostała w planach wydawniczych muzeum do marca 2013 roku. Była w nich, gdy opuszczałem muzeum. Następcy ją usunęli.

Mimo to jest i cieszy. To dobrze.

Patrząc na wydana po polsku powieść Scholtisa i wracają tamte słowa, tamte chwile. Powraca też postać i słowa Michała Smolorza. Śp. Michała Smolorza… Odszedł, nie doczekał. Wiem, że byłby zadowolony, że jest i czytają ją na Górnym Śląsku. Ma w tym ogromny udział…

Wiatr już wieje... Spotkanie z autorem tłumaczenia "Wiatru od Wschodu", Aloisem Smolorzem (Katowice, 4 lutego 2016 r, ksiągarnia Bookszpan)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *