Zbliżanie. Slandia

Intro

Ta podróż była jak zawsze wyzwaniem. Zmierzaniem się.

Z chłodem (czasami mocno poniżej dziesięciu stopni poniżej zera), pokusą zatrzymywania się, z czasem, by zdążyć.

Była inna od zaplanowanej. Celem były Krzanowice (Kranowitz) i spotkanie z czytelnikami „Dziennika księdza Franza Pawlara”. Cel oczywisty i jasny. Zbliżanie się do nich (i miejsca, i ludzi) stało się swoistą „podróżą w podróży”. Podróżą w czasie: moim i jego, i jeszcze kogoś. I co oczywiste w przestrzeni map i granic zatartych. Pokrytych śniegiem. Dróg z naniesionym śnieżnym pyłem i pokrytych białymi grafitti.

Ostrawa, Opawa

W podróży zupełnie nagle i w sposób nieplanowany uczestniczył też on. Rafał Milach, a może, bardziej ten drugi – jego pisarz (copy)writer. Towarzyszyli mi od czasu opuszczenia galerii FIDUCIA w Ostrawie.

Wpadłem do niej wyliczając po drodze, kiedy byłem w niej po raz ostatni. Ustaliłem, że dawno, w maju tamtego roku… Tęskniłem już za pomazankami serwowanymi tam podczas wernisaży (różowe i zielone kolory niektórych pomazanek były znakomitym potwierdzeniem wyższości  chemii spożywczej nad ecofoodem) i klimatem tej galerii.

Tym razem chciałem zobaczyć, mającą swoje ostatnie dni, wystawę fotografii Rafała Milacha. Niestety, nie zobaczyłem In the car with R.

Śląsk jak Slandia

Było to tak.

Wpadłem na skrzypiące stopnie wiodące do galerii. Stare i sterane, wspinające się z mozołem ponad antykwariat.  Wszystko po to (rajd przez centrum miasta, korony wydane na parking i pęd do galerii), by przeczytać na drzwiach galerii kartkę w znanym mi wciąż języku. Odręcznie acz zgrabnie napisano na niej Obĕdová přestavká. 13.30-14.30. Byłem o 13.32. Mam nadzieję, że obiad był smaczny.

Przede mną wciąż była Opawa, a potem Krzanowice i to co między i na poboczu. Nie dam rady. Nie, nie lubię czekać. Nie będę.

Od tej chwili przemierzając drogę z Ostrawy do Opawy i jadąc nowo wybudowaną nitką autostrady, jechaliśmy jakby wszyscy razem. R. Milach ze swoim tytułowym R. no i ja. Było też z nami tych 29 zdjęć – notatek z Islandii. Notatek na marginesach z tamtej podroży, których nie poznałem tym razem i nie zobaczyłem w FIDUCII.

Z jednej strony była we mnie irytacja, z drugiej odnajdowałem rodzaj ukojenia w tym, co działo się za szybami mojego samochodu i było „łudząco” podobne do Islandii, jaka jest – w mojej wyobraźni –zimą.  Tak naprawde nie znam Islandii. Ale nie muszę. Od czego zdjęcia Milacha i pomysły własne? Kontynuowałem więc podróż z tamtą nieobejrzaną podróżą w tle…

Pejzaże Islandii widziane na czeskim Górnym Śląsku.

Islandia, Śląsk jak Slandia, a ja gdzieś między.

W stosunku do podróży R. Milacha, różnica była taka, że moje zatrzymywanie (się) działo się niemal automatycznie. Nie było rozmową dwojga ludzi, z których jedno prowadzi, a drugie wybiera kadry do zdjęć i mówi „stań tutaj” lub „tam”.

Właściwie to jechałem dokładnie od obrazu do kolejnego, mając je wszystkie w głowie lub licząc na to, że je ujrzę. I nie chciałem, by były to pocztówki z drogi (postcards from the road, praktykowane przez fotografów Magnum w latach 60-tych). To co chciałem zobaczyć było raczej odnajdowaniem obrazów ze starego albumu, mieszaniem zdjęć kolorowych z tymi, które mógłbym sobie wyobrazić, że znajdowały się w albumie zdjęć wykonanych małoobrazkowym aparatem przez księdza Pawlara. Jak gdybym to z nim, a nie z R. odbywał tę podróż.

Widziałem albumy Franza Pawlara z jego zdjęciami i dobrze wiedziałem, czego poszukuję.

Kartka z albumu ks. Pawlara (Polaroid style)

Minąłem Opawę rozumiejąc, że jest jej już we mnie dość i w jakimś sensie, nie muszę karmić się jej widokiem. Nie poszukuję tym razem nowych ujęć budek telefonicznych miasta Troppau z 1929 roku, przy alei Masaryka, Pošta nr 1.

Droga.

Powoli te nieobejrzane obrazy z Islandii ustępowały miejsca tym, na które trafiałem docierając do Rohova, widząc z oddali Sudice, a nieco wcześniej odnajdując na horyzoncie sylwetkę kościoła pw. św. Wacława w odległych Krzanowicach. Byłem już blisko, Islandia daleko.

Krzanowice

Nie wiem na czym polega fenomen światła w tym miejscu i o tej porze roku, ale gdy wjechałem do Krzanowic, jak niemal rok temu, dachy domów, spadziste krzywizny kościoła zalewało złotawe, miękkie światło. Jest (wciąż) w jakimś sensie hipnotyzujące. Prowokuje u mnie kolejne spusty migawki aparatu.

Wizyta w barze u Emila. Coś, by opędzić głód i zimno. Gdy go opuszczam Księżyc wypływa na niebo.

Za chwilę moje spotkanie. Islandia z tej perspektywy nabiera już absolutnie nierealnego charakteru. Już jej nie ma.

W Kranowitz rozpoczynam moją własną i ostatnią tego dnia podróż…

Pławniowice/Pławniowitz

Jest rok 1945. Zimno, skrzypi śnieg pod stopami.

W kąciku ust hrabiego tkwi świeżo zapalone cygaro…

Zimowe grafitti (droga z Pietraszyna do Krzanowic)

Miejsce, w którym zawsze się zatrzymuję (Rohov) Ziemia (okolice Rohova)

Po sezonie (okolice Rohova)

Krzanowice (Kościół św. Wacława; widziane ze wzniesienia ponad Rohovem)

Sudice Sudice (2) (widziane od strony Pietraszyna)

Droga (kościół św. Barbary, Pietraszyn/Klein Peterwitz) Śląskie rozstaje (Pietraszyn/Klein Peterwitz)

Zakłócenie lini horyzontu (Pietraszyn) Zakłócenie (2)

Podwójne skreślenie Znak

Spacer (Krzanowice) Wspomnienie ks. Pawlara (wnętrze kościoła św. Wacława, Krzanowice)

Światło (2) (brama wejściowa, kośicół św. Wacława, Krzanowice)

Światło (Krzanowice, szczyty kościoła św. Wacława) Światło (wersja albumowa; Krzanowice; kościół św. Wacława)

Pełnia (kolor; Krzanowice) Pełnia (2) (Krzanowice)

***

Wystawa Rafał Milach, In the Car with R., Galeria Fiducia, Ostrava (do 25.01. 2016)

Zdjęcia z podroży do Krzanowic, w dniu 22 stycznia 2016 r.

Kartka z albumu Ks. Pawlara, reprodukowna w „Dzienniku” (wyd. 2015)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *