Zdjęcie. Das Lichtbild

[Historie Niemców na Kresach II RP – fragment nieistniejącej opowieści. część 2]

W Georgu, podobnie jak w wielu w jego rodzinie, wojna światowa została zapamiętana jak mozaika z potłuczonego szkła.

To najpierwotniejsze wspomnienie dotyczyło niejasnych, nieostrych  i dziecięcych obrazów z czasu Wojny Światowej. Strachu przed śmiercią, głodu, obcych szwędających się po obejściu. Wojna gdzieś tam, a czasami nader blisko przetaczająca się przez ich wioskę. Bez skrupułów i ostentacyjnie.

Nie zabrała szczęśliwie nikogo z jego rodziny, ale tuż po jej zakończeniu powstał w Münchental pomnik upamiętniający tych co nie wrócili. Balbier, Engel, Kieferling i wielu, zbyt wielu innych.

Koniec wojny, nie oznaczał końca niepokojów i przemocy. Wokół toczyły się walki, które na kolejne lata miały przesądzić o przyszłości ich i pozostałych kolonistów. Nie znali ani państwa, które nazywało się Polską, ani tym bardziej czegoś tak enigmatycznego jak Wolna Ukraina. W Münchental mieszkali co prawda już i Polacy i Ukraińcy (zaledwie kilka rodzin), ale to nadal nie tłumaczyło dość dobrze tego, czym ma być  to rodzące się na ich oczach, nowe państwo. Przyszedł rok 1921 i definitywne rozstrzygnięcia. Namacalnym dowodem zmian była nowa, polska nazwa ich osady. Münchental przechodziło do historii, a w ich miejscu powstały Mużyłowice, nazwa tyleż obca, co trudna do wymówienia przez większość jej mieszkańców…

Coraz bardziej blakł też w jego pamięci obraz osady na jego ulubionym zdjęciu.

Wykonano je 1910 roku. „Zanim on przyszedł na świat”, jak mu zawsze mówiono, gdy będąc brzdącem szukając siebie pytał o swoje miejsce na fotografii. Na zdjęciu są  jego rodzice. Stoją po prawej stronie, w górnej części kadru. Ubrani godnie i odświętnie, tak jak ich proszono. Wszyscy przez wiele lat pamiętali ten upalny, letni dzień, kiedy we wsi zjawił się fotograf, a wraz z nim ktoś taki jak etnograf, historyk? W sumie nikt nie miał odwagi spytać go o to wprost, kim jest. Mówił pięknie po niemiecku i był z samego Wiednia, tyle wiedziano. Wysłuchiwał losy poszczególnych rodzin, opisywał ich dialekt, na nowo odtworzał historię ich wspólnoty. Przywrócił im pamięć i tożsamość. W miejscowej prasie opublikował artykuł na temat Niemców, którzy przybyli tutaj na fali józefińskiego osadnictwa w 18. wieku i potraktowali ten kraj jak własny, tę ziemię jak daną na zawsze. Artykuł był interesujący na tyle, że doczekał się wielu przedruków w literaturze fachowej. Poczuli się przez moment wyjątkowi i sławni. Niemal trzydzieści lat później sława i niesława zapuka do ich domostw po raz drugi i zmiecie je z powierzchni ziemi.

Ale wróćmy do czerwcowego lata 1910 roku. Tego dnia, gdy robiono im to zdjęcie, była niedziela. Poproszono, by każdy ubrał się w to co ma najpiękniejszego i po mszy świętej wyszedł na trakt wiodący do kościoła Nawiedzenia Najświętszej Panny Marii. Budowali go z trudem przez kolejne dekady, by wreszcie ukończyć  w 1854 roku. Niezbyt urodziwy, ale ich. To chyba było najważniejsze. Jest w tle zdjęcia. To z niego wyszli na tę pierwszą w ich życiu sesję fotograficzną, choć nikt tak tego zgromadzenia nie nazywał.

Stoją na tym zdjęciu i patrzą w obiektyw aparatu skrzynkowego. Zaciekawieni, ufni w to, co przyniesie jutro, bo przecież pracują i modlą się gorliwie, pielęgnują mowę i obyczaje.

To niezwykłe zdjęcie. Jest jedynym, które pozostało w domowym archiwum. Gdy je ogląda, tego świata na zdjęciu już nie ma. Jest tylko nostalgia, obraz nieistniejącego. Chowa je do szuflady. Zapomną o nim, gdy w pośpiechu będą musieli opuścić swój dom.

 Zdjęcie / Das Lichtbild

Mużyłowice (Munchental). Ruiny dawnego kościoła katolickiego

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *