Znalezione w kieszeni. Barany, autsaiderzy i Rydet

Wyciągam je z kieszeni, zakamarków. Z toreb, z którymi podróżuje.

Bilety, paragony, programy. Wydruki z miejsc odwiedzanych. Celulozowe formy utrwalania pamięci, mojej oczywiście. Fiskus wziął już co jego. Zapomniał o wydatku i podatku VAT. Ja, zanim się ich definitywnie pozbędę jeszcze raz do nich powrócę…

Bilety do kina

Odnajduję ulotki i bilety z ostatnio widzianych filmów.

Dwóch – hiszpańskiego „Stare grzechy mają długie cienie” (reż. Alberto Rodriguez) i islandzkiego „Barany” (reż. Grimur Hákonarson). Dwie różne perspektywy, dwa światy, choć każdy z nich nieprawdopodobnie prawdziwy.

Pomimo bardziej mrocznego charakteru (scenariuszowo, bo tak naprawdę, kolejne ‘godziny’ spędzamy na gorącym, wypalonym słońcem południu Hiszpanii), do filmu Alberto Rodrigueza kiedyś powrócę.

Jest rok 1980 i unoszący się jeszcze w powietrzu zaduch po rządach Franco. Zamordyzm, terror odłożony w murach i charakterach ludzi. Hiszpański rozkrok między tym co było, a co przychodzi i jest nowe, choć tak naprawdę niewiele się zmienia. Film ma w sobie coś fascynującego i nie dlatego także, że jest też sprawozdaniem ze śledztwa. Byłby dobrym postscriptum do lepszego rozumienia tego, co dzieje się teraz w Polsce. Nie, nie myślę o polityce. Raczej o tym, że przeszłość nas dopada, niemal zawsze i wszędzie. Zmiana zaś bywa niemożliwa? No właśnie. Wciąż tego nie wiem. Pewnie z tego powodu, do filmu jeszcze wrócę.

Liczenie baranów

Z tym islandzkim dziełem mam więcej kłopotów. Jeśli przesłaniem filmu jest to, że barany (tytułowe) zbliżają do siebie ludzi, cel został osiągnięty. Do tego pejzaże Islandii (czy to już ten moment by odjąć decyzję, że tam pojadę?). Dla mnie w filmie tym jest i gorzka prawda o społecznościach, w których nie ma już dzieci. Jest starość, rutyna, banał codziennego. Tęsknota. To raczej nie mieści się w komediowym (?) rysie filmu. Nazywanie tego filmu komedią, przypomina mi żywcem praktyki z Czech. Na nic innego publiczność nie chce tam przychodzić. Do kina, teatru. W ciemnej Sali kinowej opycha się łzami wzruszenia, ale zostaje. Ja też byłem do końca.

„Barany” to dobry film, ale to sarkazm i ironia miesza się w nim w równych proporcjach z tęsknotą, za życiem, które smakuje. To wartość tego obrazu.

Emilia wykluczona

W Warszawie wpadł w moje ręce, trafiając potem do zapomnianej kieszeni płaszcza, przewodnik po jednej z wystaw czasowych w Muzeum Sztuki Nowoczesnej.

Wystawa „Po co wojny są na świecie”… , to jedna z trzech obecnie otwartych i to ona najbardziej mnie poruszyła. Pewnie dlatego, że dotyczy art brut i artystów tego nurtu  niespodziewanie obecnych w tym muzeum (ostatnio nie jest to takie niezwykłe, przypomnę nieudane – w mojej ocenie – eksperymenty tego rodzaju, jakie ma za sobą między innymi krakowski MOCAK).

Obecność artystów wykluczonych w przestrzeni i tego pawilonu, i muzeum (wydaje mi się, że bardziej pasowałaby do tego miejsca i jego funkcjonalnej charakterystyki nazwa galeria), rodzi poczucie ocieranie się nas, widzów o niemal ekshibicjonistyczną szczerość plastyczną i ideową. To rzadkie we współczesnej sztuce i warte: czasu, uwagi, opisu.

W mojej ocenie artyści art brut  tacy jak Władysław Matlęga, Tomasz Machciński, Justyna Matysiak i nieżyjąca ikona tego nurtu w Polsce Marta Wnęk (jej obecność na wystawie była dla mnie osobistym i bardzo miłym zaskoczeniem), tą właśnie siłą wyrazu i szczerością w formułowaniu swoich emocji dominują nad swoimi akademickimi koleżankami i kolegami. Wiedziałem to już wcześniej, gdy w Muzeum Śląskim za sprawą Soni Wilk inicjowaliśmy nasz rodzimy przegląd twórców art brut organizując m.in. wystawy prac Pawła Garncorza, Krzysztofa Grodzickiego, czy Adama Nidzgorskiego.

Przeglądam więc ten wymiętoszony program wystawy (wypadł z kieszeni płaszcza, gdzie wiele stracił na swojej urodzie) i moje oczy trafiają na jeden ze śródtytułów. Czytam:  Mój ból jest ogromny. Pasuje mi. Do dzisiejszego dnia i do mojego odczuwania, czytania tej ekspozycji. I artystów art brut, których znam.

Opisanie świata i jego systemowej opresji dokonywane przez artystów art brut (na wystawie głos zabierają miedzy innymi Stanisław Grabarczuk, Daniel Stachowski i Władysław Matlęga), niesie z sobą ostrość języka i radykalizm społeczny formułowanych wypowiedzi tekstowych (wobec świata i jego natury). Opiera się na surowej, z trzewi wyrosłej formy plastycznej.

Wykluczenie i naiwność (będąca tutaj synonimem bycia poza układem i konformistycznym tkwieniem) pozbawia dzieł artystów spod znaku sztuki intuicyjnej, jakiejkolwiek poprawności politycznej. Nadaje sztuce rysy ekspresji pierwotnej, której symbolem może być estetyka zinów Damiana Czeladki, czy odkrywanej tutaj formalnie, przeżytej wewnętrznie Marii Wnęk (część prac na wystawie pochodzi z kolekcji Leszka Macaka w Krakowie).

Nieważne, czy outsiderzy odczuwają ból świata, czy głód emocji (jak Justyna Matysiak). Są w równym stopniu niebezpieczni i niewygodni. Stają się wyrzutem dla świata, bo nagle okazuje się, że dowodzą jego niepełności przez przypomnienie siebie samych, swego odczuwania i instytucjonalnego zerwania się spod kurateli i wartościowania oficjalnego systemu. Norm, estetyk, polityki i ideologii. Są niesterowalni i dlatego out. Dla kuratorów i krytyków sztuki również.

Świetna wystawa i ważny głos w nurcie prezentacji art brut w Polsce. Prace outsiderów tkwić będą w Pawilonie Emilia do pierwszego maja 2016 roku. Potem pochłonie ich nicość, czyli bezpieczne kolekcje, z których przybyły na wystawę w Warszawie. Pisze tak, bo dla mnie art brut jest jak sztuka ulicy. Sprawdza się wyłącznie w starciu z widzem, ze społecznym kontekstem, w emocji odbiorcy, w antynomii opisu przez sztukę i świadomości, że kondycja ludzka wciąż temu opisowi się poddaje tylko  w części. Tym bardziej warto i trzeba zobaczyć, co do tego opisu dodaje polski art brut.

Tyle tym razem, kieszenie puste. Wyczyszczone.

W miejsce epilogu. Rydet ukryta (a kiedyś tez outsider)

Gdy byłem ostatnio w Tarnowskich Górach, po drodze do Pałacu w Rybnej, podarowano mi kilka książek. To miłe z jednej strony. Dziwne i niepokojące, bo właściwie książek tutaj nie recenzuję. Ale pośród tych kilku, ta jedna na chwilę przykuła moją uwagę  i stała się cenniejsza od innych. To zbiór zdjęć z Tarnowskich Gór w PRL-u. (Srebrne miasto ba czerwonej drodze. Tarnowskie Góry w PRL na fotografiach tygodnika „Gwarek”). Przebiegłem strony pośpiesznie, znajdując zdjęcia Zofii Rydet z lat sześćdziesiątych robione inaczej od pozostałych. Byłem wdzięczny autorom za ich przypomnienie (choć zdjęcia są znane i były wcześniej publikowane). Stało się tak z dwóch powodów.

Po pierwsze, wiem to już dzisiaj, że te jej zdjęcia, jak kiedyś prace Henri Cartier-Bressona, otworzyły drogę ówczesnej fotografii reportażowej. Innej, niesystemowej, uważnej antropologicznie.

Po wtóre, były przypomnieniem moich wyjazdów do Tarnowskich Gór. Jeździłem tam od czasu do czasu z babcią do jej szkolnej, gimnazjalnej koleżanki.

Siedząc w oknie jednej z kamienic w rynku, patrzyłem na to czym oczarowywało mnie to miasteczko. Ruchem, obcością, innymi kolorami i mową.

W tle były rozmowy mojej babci z jej szkolną koleżanką z odległego Lwowa, a może dla obu Lemberga. Nieważne. Ich losy sprzed wojny nudziły mnie strasznie i choć dzisiaj byłoby pewnie odwrotnie, niczego nie żałuję. Patrzyłem na świat alternatywnie ciekawszy od opowieści dwóch starszych kobiet wzruszonych swoją obecnością i nieczułych na to, co było za oknem. Gdzie byłem ja i moje ledwo wyrosłe życie.

Warszawa (Czerwień z elementem ukośnym) fot. Leszek Jodliński

Muzeum

Władysław Matlęga, Po co... Damian Czeladka. Portret (estetyka zinu)

Polak to ja... Radosław Perlak Outoportrety(?) Fotografie Tomasza Machcińskiego

Prace Marii Wnęk, Muzeum Sztuki Nowoczesnej, Fragment wystawy "Po co..."

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *