Dźwięk tłuczonego szkła

Noc Kryształowa w Gliwicach. Tekst nie tylko z powodu zbliżającej się kolejnej rocznicy 9/10  listopada 1938 roku.

Ciekawość i przestrach

Za każdym razem, ilekroć przechodziłem koło domu przedpogrzebowego,  nowego cmentarza żydowskiego w Gliwicach, (przy obecnej ulicy Poniatowskiego), z niepokojem spoglądałem na wypalone okna tego budynku.

Dom przedpogrzebowy w Gliwicach. Stan przed rewitalizacją. Widoczne ślady zniszczeń po Nocy Kryształowej

Najpierw była to dziecięca ciekawość, zmieszana z lekkim niepokojem. Jego źródłem było przeczucie bliżej nieokreślonej katastrofy, która w przeszłości musiała dotknąć to miejsce.

Potem pojawiały się próby znalezienia odpowiedzi na pytanie, co tutaj się stało i dlaczego ślady pożaru pozostawały na cegłach i strzelistych oknach, poskręcane druty i martwo zwisające szkło witrażowe nie zostało usunięte, a szyby naprawione. Niewiele osób znało wówczas odpowiedź na te dziecięce pytania i wątpliwości.

Bywały też chwile niezwykle ekscytujące, gdy wspólnie z babcią przekraczałem bramę cmentarza i zbliżałem się do tego domu, w którym – czego już w ogóle nie pojmowałem – znajdowało się mieszkanie ogrodnika, jego małe gospodarstwo, w którym kupić można było sadzonki roślin i kwiaty.

Brama. Cmentarz żydowski w Gliwicach

Gdy zostawiałem babcię zajętą zakupem chryzantem, szybkim krokiem zbliżałem się do drzwi wejściowych tego dziwnego domu. Wrażenie ‘nieznanego’ pogłębiało się, gdy stawałem przed zamkniętymi na głucho (jak myślałem) drzwiami prowadzącymi do jego wnętrza. Nieznane, intrygowało, nie dawało spokoju. Upłynęło blisko 30 lat, zanim po raz pierwszy w ramach organizowanych przeze mnie Gliwickich Dni Dziedzictwa Kulturowego, w 2003 roku, przekroczyłem próg domu przedpogrzebowego w Gliwicach, zstępując do wnętrza rozdzielającego świat żywych i martwych.

Wspominam tę chwilę, bo już wkrótce (właściwie to już się to dokonało) zniknie najbardziej widomy znak Nocy Kryształowej, który można było zobaczyć w Gliwicach i na terenach niemieckiego Górnego Śląska. Częściowo zniszczone ogniem wnętrze domu zaprojektowanego przez Maxa Fleischera i jego wypalone okna, zniknęły pod rusztowaniami trwających prac konserwatorskich. Gdy zostaną usunięte, pamięć Nocy, będzie jedynie wspomnieniem i nie wiem, kto wówczas uwierzy w tę opowieść…

To miejsce, jak u Horsta Bienka, na zawsze pozostanie niemym świadkiem początku dramatu, jaki rozegrał się w nocy z 9. na 10. listopada 1938 roku. To historia blisko 1 300 gliwickich Żydów, których Noc Kryształowa zastała w domach, z których albo sami wyszli zatrwożeni o swoje życie albo ich po prostu z tych domów wywleczono, by patrzyli na swój dramat, doświadczyli poniżenia i uwięzienia przez oprawców, którym tego dnia i od tego dnia, wciąż było mało i mało…

Wiele lat temu w Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie, przy okazji swoich badań nad Petycją Bernheima natknąłem się na dokumentację sporządzoną w 1945 i 1946 roku, a która odnosiła się do zdarzeń  z 9 i 10 listopada 1938 roku.

Niestety, dokumentacja i tam, i w AP w Gliwicach, w niewielkim  stopniu przybliżała okoliczności sprofanowania i podpalenia domu przedpogrzebowego przy ulicy Poniatowskiego (wówczas Leipzigerstrasse). Pewnie zdarzenie to niewiele różniło od tego, które nastąpiło wieczorem i nocą w samym centrum miasta, przy Placu Wilhelma (obecnie Pl. Inwalidów Wojennych), gdzie stała gliwicka synagoga.

Zobaczmy przebieg tych zdarzeń, oczyma świadków i przez pryzmat istniejących dokumentów. O tym jest ta opowieść…

Klucze pana Gniosko

Był bardzo późny wieczór 9 listopada 1938 roku, gdy funkcjonariusze SS zapukali do drzwi dozorcy synagogi w Gliwicach. Otworzył im pan Gniosko, stróż synagogi.

„Klucze” – zażądali. Pan Gniosko, bez słowa sprzeciwu wykonał polecenie.

Tak to mogło wyglądać. Bo świadkowie mówią i o Panu Gniosko i SS-manach, ktorzy się u niego pojawili tego wieczora. Nie sądzę też, by SS-mani silili się na jakąkolwiek uprzejmość i dłuższą rozmowę.

Pan Gniosko, nie wiem czy był Żydem, czy nie, ale nie miał wyjścia. To znaczy miał, ale chciał żyć. A wiedział już, że tego dnia, od rana trwał w Gliwicach, podobnie jak w całych Niemczech, pogrom Żydów i żądanie mężczyzn w czarnych mundurach nie mogło go ani zdziwić, ani zachęcać do oporu.

Gdy już je otrzymali, bez zbędnych tłumaczeń poszli w kierunku sąsiadującej z domem stróża, świątyni. Mieli zaledwie kilka kroków.

Synagoga w ogniu

Zaraz potem weszli do opustoszałej świątyni i ją podpalili. To znaczy nie wiemy dzisiaj kto, z imienia i nazwiska, to zrobił. W przeciwieństwie do pożaru Rzymu i związanego z nim imieniem Nerona, w tym przypadku nazwisko tego, kto wydal dyspozycje podpalenia synagogi i tego, kto rozniecił ogień pozostaje nieznane. Przepadło, jak powoli ginie pamięć tego, że w tym miejscu stała gliwicka synagoga. Także i tego, że to nie czas, a ludzie zmietli ją z powierzchni ziemi.

Płomienie szybko objęły budynek bożnicy przy Wilhemsplatz, przy którym od 1861 stała gliwicka synagoga. Wrosła w panoramę śródmieścia Gleiwitz, choć zaskakująco rzadko pojawia się na zdjęciach i pocztówkach z epoki. Od 1933 roku praktycznie jej już nie fotografowano. Rzadko także odnaleźć ją można się w tle innych budowi miasta, czy zdjęć lotniczych śródmieścia.

To zjawisko, skoro już o n mim mowa,  jest częścią zadziwiającego niemieckiego antysemityzmu sprzed 1933 roku. Dziwnego, bo mającego miejsce w kraju, w którym w 1812 uchwalono edykt zrównujący prawa Żydów w Prusach. Prawdziwego, bo powracającego z każdym kryzysem i historycznym zakrętem, w który wkraczały Prusy, a potem państwo niemieckie. Antysemityzmu czyniącego z Żydów winnych m.in. klęski Niemiec podczas I wojny światowej, recesji, inflacji…

Gdyby odnieść architekturę synagogi do innych znanych realizacji na Górnym Śląsku, to mauretańsko-neoromoński styl synagogi w Karniowie jest jej bardzo bliski.

Jak wspomina Ernst Lustig, synagoga w dniu najważniejszych świąt, mogła pomieścić 1 200 wiernych. Tego wieczora, nawet gdyby chcieli się do niej zbliżyć, to nie w większości przypadków nie mogliby tego zrobić. Od porannych godzin trwały aresztowania, a na Kreidelstrasse (obecnie ul. Barlickiego), zgromadzono już w tym czasie mężczyzn między 18, a 60 rokiem życia. Do ich tragicznego losu, za chwilę, powrócę.

Wokół płonącej synagogi, na pobliskich ulicach i placu przed nią, gromadzili się mieszkańcy miasta i nieliczni Żydzi. Ci ostatni często szybko żałowali, że tutaj przyszli. Obok agresji fizycznej, spotkali się z szyderstwem i brakiem jakiegokolwiek współczucia. Choć,  byli i tacy, którzy, o czym także pisze w swoich relacjach Lustig, im szczerze współczuli i żałowali.

Gliwicka straż pożarna, jak w całych Niemczech tego dnia, beznamiętnie obserwowała dzieło zniszczenia dokonywane przez płomienie. Swoje apogeum pożar osiągnął podobno około 4. nad ranem. Straż zabezpieczała jedynie sąsiadujące budynki (tliły się smołowane dachy), by te, nie zajęły się od ognia…

Stacja Kreidelstrasse – gliwicki obóz przejściowy

Żydów gliwickich aresztowano przez cały dzień 9 listopada. Brutalne zatrzymania zaczęły się około 10. rano. Wszystkich zgromadzono na Kreidelstrasse.

Jak wspomina Erich Schlesinger, głównie starsi mężczyźni, nierozumiejący całej tej sytuacji, często wybitni i zasłużeni obywatele miasta, otępieli i bez ruchu siedzieli na ulicznym bruku, na chodnikach zamkniętej czasowo ulicy. Ernst Lustig, mój główny świadek tych zdarzeń, został wyciągnięty tego dnia z domu przez SA-manów o 10 rano i wraz z innymi, trafił na luksusową niegdyś Kreidelstrasse. To pierwsza ulica, którą w XIX wieku w ówczesnych Gleiwitz oświetlono latarniami gazowymi, a potem elektrycznymi żarówkami. W ich świetle zażywali splendoru mieszkający tu burmistrzowie i radni miasta Gleiwitz.

Tego samego dnia, 9 listopada, po południu, z grupy zatrzymanych zwolniono kobiety i dzieci, pozwalając im wrócić do domów i mieszkań. Pustych i splądrowanych.

Mężczyźni pozostawali pod stałym nadzorem ludzi z SS. Koczowali na ulicy. Wielu z nich pobito, lżono, opluwano. Przerażeni Żydzi, oczekiwali najgorszego. Stan ten trwał dwa dni. Wielokrotnie w tym czasie usłyszeli od swych sąsiadów, że „dobrze im tak”, że „dobrze, że tak się stało”. Bolały razy SS-manów. Może jednak bardziej słowa i obojętność sąsiadów. Nastąpił 12 listopada.

Lustig wspomina, „(…) ustawieni w szeregu, pomaszerowaliśmy do dworca, prowadzeni przez SS. Po drodze wyzwywano nam  i złorzeczono. Pociągiem przybyliśmy do Weimaru. (…)”

Tam, po wyjściu z dworca , grupa została pobita. Okładano ich pejczami i skórzanymi pasami zakończonymi metalowymi kulkami. Pobito do krwi m.in. gliwickiego rabina doktora Ochsa, radcę prawnego (adwokata) Ehrlicha.

Wśród rannych był między innymi Erich Schlesinger, żydowski adwokat ożeniony z Niemką, który przeżył wojnę i także jego zeznania pomagają mi w odtworzeniu losów  Żydów tuż po Nocy Kryształowej.

Lustig pisze dalej „(…) potem pognano ich na tył dworca [w Weimarze – LJ], skąd ciężarówkami pojechali do Buchenwaldu. W drodze do obozu, część z tych osób stracila bagaże i walizki. (…)”.

Buchenwald. Piekło na ziemi.

W Buchenwaldzie spędziłi co najmniej 3 tygodnie, niektórzy jednak i 6 miesięcy.

Pierwsza noc była traumatyczna. Cukrzycy nie mogli się załatwiać, podobnie okrutnie postępowano z osobami chorymi na dolegliwości żołądkowe. SS-mani uciszali te osoby, potęgując ogólny strach groźbami użycia ostrej broni.

Kolejne trzy noce spędzili na gołej ziemi. Baraki obozowe wciąż nie były wykończone. Na ziemi było tak ciasno, że niektórzy nie mogli znaleźć miejsca dla siebie. Ernst Lustig wspomina  75-letniego starca z Berlina, któremu z braku miejsca  pozwolił położyć się na swoich goleniach i stopach.

Potem przeniesiono ich do drewnianych baraków, zakazując, pod karą śmierci, wychodzenia z nich po 10. wieczorem.

Więźniom obozu niemal w ogóle nie podawano wody. Jedynie rano otrzymywali wiadro zimnej, czarnej kawy. Wiele osób przeszło załamanie nerwowe.

Lustig wspomina gliwickiego kupca Salo(mona) Wolffa, który w desperacji wybiegł z baraku (był cukrzykiem). Został złapany przez SS-manów. Dopadły go psy, czekające na zewnątrz budynku.

Wśród tych, którzy przeżyli załamanie nerwowe był także Erich Schlesinger. Jak przyznaje w swoich zeznaniach złożonych przed polskimi władzami w 1945 i 1946 roku, nie spał w obozie przez pierwsze 8 dni, nie wiedząc, czy nie są ostatnimi…

Grupa przywieziona do Buchenwaldu była oddzielona od reszty więźniów (około 40-50 tyś. osób) drutami kolczastymi. Każdego dnia przez głośniki informowano Żydów, co mają robić, a czego im nie wolno.

Wedle ocen świadków, w Buchenwaldzie zgromadzono wówczas 60 tysięcy Żydów z całych Niemiec. Głodzeni i pozbawieni wody, trwali w beznadziejnym oczekiwaniu na to, co przyniesie przyszłość.

Schlesinger wspominał, że nie zapomni do końca życia momentu, gdy wyczytany przez obozowy megafon, nie wiedząc co to oznacza, dopiero przy bramie obozowej dowiedział się, że może opuścić obóz.

W Buchenwaldzie zmarło sześciu  żydowskich mieszkańców Gliwic. Nie wiem, czy inne źródła potwierdzają te dane.

 Zapach ciasta

Powrót więźniów wiódł zasadniczo tą samą drogą. Trasę Weimar-Lipsk-Gliwice, zapamiętał każdy. Była ich wymarzoną drogą do normalności, której zresztą już nie odnaleźli.

Lustig również najpierw trafił do Weimaru. Tam, po blisko trzech tygodniach pobytu w obozie, mógł się po raz pierwszy wykąpać.

Jak napisał, ten dzień i to miejsce kojarzyć mu się będzie jednak z zapachem ciasta, które żydowskie kobiety z Gliwic przygotowały dla powracających mężczyzn w jednej z wynajętych tam sal.

Do Lipska, ze względów bezpieczeństwa, przyjechali nocą i nocą to miasto opuścili. Niemieccy Żydzi, obcy w swoim kraju.

Wracając. Lustig dowiedział się, że pozbawione środków do życia, żydowskie kobiety, ich żony, matki, siostry, sprzątały ulice Gliwic i wykonywały wszystkie inne, także te najcięższe i tzw. brudne, prace porządkowe w mieście.

Między listopadem 1938 roku i 1939 roku, sytuacja Żydów pogorszyła się jeszcze bardziej.

Wprowadzono m.in. obowiązek noszenia gwiazd Dawida i – de facto – rozpoczęto jawny bojkot ludności żydowskiej.  Gwiazdy umieszczone np. w witrynach sklepów uniemożliwiały prowadzenie interesów. Żydowskie pochodzenie przesądzało o utracie pracy lub zleceń. Banki wstrzymywały udzielanie kredytów. Na kartach żywnościowych wbijano pieczątkę z napisem ‘Jude’ (Żyd).

Dzisiaj ten opis brzmi niepokojąco zwięźle i faktograficznie ociera się o oczywistość. Także dlatego, że już wiemy, co się stało POTEM. Dla ślaskich i niemieckich Żydów był to czas szoku i budzącej się świadomość początku anihilacji, która dokonywała się w świetle prawa i za społecznym przyzwoleniem.

Noc Kryształowa raz jeszcze i to, co było potem

Gdy płonęła synagoga w centrum miasta, palił się także dom przedpogrzebowy na nowym cmentarzu żydowskim. Długo jeszcze, bo do 2014 roku. wypalona sala pogrzebowa i powykręcane ołowiane oprawy szkła witrażowego, straszyć będą przechodniów, stanowąc przypomnienie wydarzeń listopada 1938 roku.

Także i tutaj grupy SS-manów zapukały do drzwi stróża cmentarza. Nie dał im jednak kluczy. Tak mówią. Naziści wdarli się więc do środka siłą, wybili witraże, podpalono wnętrze i umieszczone tam lektorium. Próba całkowitego spalenia domu została jednak udaremniona… O tym wszystkim wiemy pośrednio z pisma z 1938 roku, w którym kontrolowana przez nazistów Bezirkstelle Oberschlesien der Reichsvereinigung der Juden in Deutschland, wezwana do przygotowania informacji w tej sprawie, oszacowała szkody w ‘kostnicy cmentarnej’ na jedynie 283, 15 RM. To dziwnie mało, a dokladnie tyle, by nikt nie chciał usunąć zniszczeń. Tak też się stało.

Losy synagogi po 10 listopada  1938. Trochę pytań, mniej odpowiedzi

Lektura pism adresowanych przez administrację nazistowską do miejscowej gminy żydowskiej i władz odpowiedzialnych za bezpieczeństwo budowlane w Gliwicach, zdumiewa nagłą „troską” o stan techniczny tych budynków. Tam, gdzie jest to możliwe, dla nazistów staje się to ewidentną próbą doprowadzenia do niewypłacalności gminy żydowskiej.

Korespondencja i dokumenty z tego okresu pozwalają  na częściową rekonstrukcję losów obu budowli bezpośrednio po Nocy Kryształowej.

Już w listopadzie 1938 roku, przewodniczący gminy gliwickiej Arthur Kochmann raz po raz w przesyłał do odpowiednich urzędów  pisma wyjaśniające, iż zgodnie z obowiązującym, nowym prawem, zniszczone obiekty kultu nie są własnością wspólnoty żydowskiej, a policji. Taki list śle także 8. grudnia 1938 roku, przypominając władzom, iż związek nie jest właścicielem żadnych budynków, w tym synagogi i domu przedpogrzebowego.

Koszty zabezpieczenia ruin synagogi wyraźnie irytują nazistów i władze miasta. Jak wynika z korespondencji  z 29  listopada 1938 roku wynosiły w tym czasie 2 995 RM miesięcznie! Miejscowy urząd budowlany zobowiązywał się do zapłacenia tej kwoty w ciągu 6 tygodni.

Ta informacja wyraźnie sugeruje, że wbrew funkcjonującym opiniom, budynek synagogi stał w tym czasie nadal, a właściwie to, co z niego pozostało.

Na miejscu wyburzonej synagogi władze miasta wkrótce zaplanowały plac zabaw. Znany plan takiej adaptacji pochodzi z marca 1939 roku, ale nie znaczy to, że wówczas został zrealizowany. Kiedyś jednak do tego w końcu doszło i przez kolejne dekady brzydki skwer –nie-skwer, z brudną piaskownicą i miejscem do wyprowadzania psów, pozostanie w tym miejscu do początków 21 wieku.

W opowieściach o losach synagogi zastanawiające będzie jednak i to, że w relacjach naocznych świadków czy to w literackich opowieściach spod znaku Horsta Bienka, ruiny synagogi będą pojawiać się do 1945-1946 roku.

Dopiero na jednej z pocztówek wykonanych przez gliwickiego fotografa Jerzego Wallę, teren ten (lewy, dolny róg pocztówki), sfotografowany we wczesnych latach 50-tych, jest już pusty, co przynajmniej na tym poziomie zamyka wątpliwości, do kiedy najpóźniej istniały ruiny synagogi.

Gliwice. Lata 40-te/50-te. Widoczny plac po nieistniejącej synagodze. (Fot. J. Walla)

Zamiast epilogu

W archiwum ZIH znalazłem pismo od  Jewish Agency for Palestine, Palaestina Amt Berlin, Sekretariat  Beuthen,  wysłane do Związku Synagogalnego na Górmym Śląsku i adresowane na ręce Arthura Kochmanna.

Informowano w nim o działaniach podjętych w związku z „November-Aktion” (Akcji Listopadowej, jak eufemistycznie nazwano pogrom 9/10 listopada 1938 roku).

Od listopada 1938 roku Urząd berliński, zajmujący sie migracją Żydów do Palestyny, wydał 80 poświadczeń o wyjeździe.

Do dnia 30 lipca 1939 roku z obszaru Górnego (niemieckiego) Śląska wyjechało 21 Żydów, których najpierw skierowano do Anglii. W Anglii zresztą powstanie jedno z większych skupisk emigracji żydowskiej z Glewitz.

Inni żydowscy mieszkańcy miasta, jeśli mogą, emigrują do Ameryki i krajów Europy. W ten sposób wyemigrowała między innymi, istota dla tej opowieści, rodzina Lustigów, osiedlając się w Argentynie.

Większość jednak nie zdąży już nigdzie wyemigrować…

Liczba Żydów w Gliwicach,w gminie Gleiwitz (17.1.1940) wyniesie 777.

Z każdym rokiem wojny będzie ich mniej. Zostaną ci z mieszanych małżeństw i to oni zaświadczą po wojnie o losie gliwickich Żydów.

Oficjalnie, ich społeczność przestanie istnieć wiosną  1943 roku, wraz z ostatnią deportacją do Auschwitz.

Odbywać się będzie w cieniu nieistniejącej już (chyba) synagogi, gdy jak kiedyś do Buchenwaldu, tak teraz w zwartej kolumnie zostaną wyprowadzeni z ulicy Dolnych Wałów (Niederwallstrasse) w kierunku gliwickiego dworca…

(Materiał m.in. oparto na dokumentach sporządzonych przez E. Schlesingera i zdeponowanych w archiwach Leo Baeck Insitute; tamże m.in. tegoż, Geschichte der juedischen Gemeinde Gleiwitz vom 31. 1. 1933 bis 24. 1. 1945, ss. 6 i nn. link: L2V4bGlicmlzL2R0bC9kM18xL2FwYWNoZV9tZWRpYS80MDcwNjQ=.pdf)

Tyle zostało. Nowy cmentarz żydowski w Gliwicach

4 komentarzy do “Dźwięk tłuczonego szkła

    1. Było to dopiero w 1938 roku, gdy Holocaust nie wszedł w swoją instytcjonalną formę machiny masowego uśmiercania. No i nie wszyscy, jak można przeczytać w tekście, wrócili do domu…

  1. Niesamowity tekst. Wstrząsający. Bardzo jestem ciekawa domu przedpogrzebowego po remoncie. Ten na terenie cmentarza żydowskiego w Łodzi robi niesamowite wrażenie, ten w Krakowie również.
    Antysemityzm jest jedną z najgorszych rzeczy, jakie miały miejsce w Europie. W Indiach, gdzie Żydzi zaistnieli 2,5 tysiaca lat temu, NIGDY nie zaznali antysemityzmu. Cywilizowani Europejczycy nie potrafili się przed nim uchronić i nie potrafią w dalszym ciągu.

    1. Hmm Tak. Ta i podobne historie są istotnie poruszające. Dom wygląda dzisiaj b.dobrze. To zresztą pytanie, jak konserwować by utrwalić… Np. pamięc i ślady po Nocy krszytałowej. Przy okazji wędrówek po G. Śląsku, polecam uwadze (miejsce)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *