Dzwonki na Górze Fuji. Zapiski z klawiatury. Japonia (10)

Pożegnanie na początek

Góra Fuji jest wspomnieniem szczególnym w moim myśleniu o Japonii. I jakkolwiek zabrzmi to sentymentalnie i kiczowato był to ostatni widok Japonii, gdy ją opuszczałem 26 września 2007 roku.

Widziana z pokładu samolotu, błękitniała na horyzoncie wyrastając ponad chmury, które uczepiły się jej w połowie wysokości. Patrzyłem na nią i im bardziej się oddalała, tym była mi bliższa. Pilot niemieckiej Lufthansy, jakby celowo nadleciał bliżej jej stożka i wyposażył nas, pasażerów tego lotu w jej obraz i w różny poziom emocji, które wywoziliśmy z tego kraju…

Fuji…Pierwsze chwile w Japonii, pierwszy jej widok z Odaiby. Jej ośnieżony stożek w grudniowe dni, gdy nostalgia za krajem tak mocno dokuczała. Moje osobiste z nią zmagania, gdy przez dwa dni krążyłem po jej zboczu, rozdarty między imperatywem jej zdobycia i nieokreślonym poczuciem, że jestem intruzem na jej świętym zboczu i że się to nie uda.

Jednak tym najważniejszym i najbardziej przeżytym, był widok Fuji oglądanej podczas wyprawy po Półwyspie Izu, gdy nagle, niemal irracjonalnie wyrastała na moich oczach, a to wyłaniając się zza zakrętu drogi, a to pokazując się  w hotelowym oknie, opromieniona złotem zachodzącego Słońcem.

W jego blasku się chowała, by rano zachwycić błękitem i bielą swojego szczytu zawieszonego w powietrzu i… oglądanego wprost z hotelowego łóżka, tuż po przebudzeniu się. Jak zwykle podczas moich podróży po Japonii, budząc się upewniałem się, gdzie jestem. Poczucie nierealności nie opuszczało mnie w tym kraju ani na chwilę. Tak surrealistyczny widok Fuji, tylko wrażenie to wzmacniał.

Rozumiem już Hiroshige i innych twórców okresu Edo, krążących po Japonii drogami wznoszonymi z polecenia bakufu i portretujących ówczesne miasta i geograficzne atrakcje z górą Fuji w tle. Bez niej, widoki te naprawdę nie miałyby sensu i wyrazu artystycznego.

Czas, który spędziłem w Japonii pozwolił mi zrozumieć, że jest to góra (w istocie Pan Góra, Fuji -san), która/y jak w kalejdoskopie zmienia się z każdą chwilą. Wyłania się i ginie, nabiera kontrastu i traci obrys. Bywa bielą śniegów pokrywających ją od października do kwietnia, odpycha sypkim tufem wulkanicznym w okresie lata… Fuji. Góra, która zmienia nas, na nią patrzących.

Pierwszy raz

Pierwsze wspomnienie góry Fuji to jej widok sprzed 17 lat z Shinkansena mknącego z Hiroshimy do Tokio. Był luty 1997 roku.  Moja pierwsza wyprawa do Japonii i – niestety – nie było w ogóle możliwości, by zbliżyć się do niej choć na krok. Jej widok z wysokości 10 000 metrów podczas przelotu z Tokio do Hiroshimy, zachwycił mnie i pozostał. W pamięci, w kadrze analogowego zdjęcia, które przepadło.

Powrót

Powrót i spotkanie z Fuji w 2006 roku było pełne rozedrganych emocji, ale też przypominało spotkanie ze starym znajomym.

Wyrosła na horyzoncie, poza i ponad Zatoką Tokijską pewnego październikowego poranka, gdy pędziłem na zajęcia na uczelni. Białe „maźnięcie” na jej szczycie było przypomnieniem nadchodzącej zimy, błękit reszty olśniewał i – choć to irracjonalne – dodawał otuchy na resztę dnia. Wkrótce zresztą kazało się, że nie jestem w takim jej widzeniu osamotniony. Chisato-san, jedna z Japonek, opiekująca się naszym rokiem, powiedziała mi, gdy wspomniałem o widzianej tego dnia górze, że jej widok zwiastuje dobry dzień. Tak przynajmniej wierzono w jej podtokijskiej wiosce, z której pochodziła i skąd od czasu do czasu Święta Góra także była widoczna.

Góra była nadzieją i obietnicą.

W jakimś sensie przejąłem od niej to serdeczne myślenie o Fuji. Takich wyjątkowych dni było tylko(?) lub aż (?) siedem , gdy widziałem górę  z Tokio. Każdy z tych dni zapamiętałem. Ilekroć ją dostrzegłem idąc do stacji Yurikamome czy powracając po całym dniu do Odaiby, jakoś cieplej robiło mi się na sercu. Tęsknota za krajem traciła na sile, Japonia i samo Tokio stawało się mi naprawdę bliskie.

Wspinaczka

Spotkanie z Fuji to wspomnienie wspinaczki w sierpniu 2007 roku. Zbliżania się do góry, a wcześniej szalonego wyścigu z czasem i zmęczeniem, by na czas dotrzeć do 5 stacji i tam spędzić noc, a potem dalej kontynuować wspinaczkę.

Stacja turystyczna u podnóża góry była  jak nie z tego świata. Szybkie „rais end kary” (ryż z curry), zielona herbata. Obsługa leniwa, niedbała (niezwykłe w Japonii) i jakby niedotleniona? W końcu jesteśmy już na wysokości ponad       2 000 m i może stąd to dziwne zachowanie.

Podstacja na wysokości 2 450 m. Formalności, stemple, aprowizacja...

Piję nieco na zapas. Już za chwilę butelka wody warta w normalnym świecie tokijskich automatów  100 jenów, kosztować będzie 400 i 500! Toaleta na stokach Fuji kosztuje kolejne 100 jenów, co w Japonii musi szokować zważywszy na to, że tylko na świętej górze pójście do toalety coś kosztuje…

Dzwonki pielgrzymów

Początek wspinaczki to wspomnienie dzwonków pielgrzymów jakie rozlegały się we mgle – chmurach, które zstępowały na Fuji i otulały ją powyżej wysokości dwóch tysięcy metrów.

To zadziwiające, ale wspinaczka na górę uniemożliwiała mi zobaczenie samej góry. Moja perspektywa ograniczała się do  wąwozów  wydeptanych wśród lasów porastających górę, ścieżek przebiegających pomiędzy dawnymi osuwiskami lawy.

Fuji. Wąwozy i ścieżki w drodze na szczyt (poniżej 2 450 m)

 

Tej samej lawy, która sproszkowana, przy schodzeniu z góry oznacza istne „brodzenie” w piasku i pyle wulkanicznym wzniecanym przez  turystów i pielgrzymów. Założona na usta japońska maska okazuje się wówczas zbawieniem i ratunkiem. Jak inni odnajduję dla niej proste  zastosowanie, poza tym powszechnie znanym. Tym razem nie zakładam jej, by uniknąć infekcji. Maska  na  górze Fuji pozwoli bez trudu przejść przez kłęby pyłu wulkanicznego i z ulgą odetchnąć u jej podnóża.

Pył i kurz... Zejście z Fuji

Wspomnieniem ze wspinaczki na górę, jest obraz wchodzenia ponad pułap chmur, wdzierania się do… nieba??? Jest świat ponad i ten ziemski, pod warstwami chmur.

Już na wysokości 2 600 m n.p.m. tak naprawdę obserwujemy nie tyle panoramę wokół szczytu, góry i miejscowości półwyspu Izu, co właśnie zasłaniające ten widok chmury, ciągnące się po widnokrąg.. . Zachód Słońca w takich warunkach dostarcza niezwykłych wrażeń. Słońce znika nie tyle za horyzontem, co za i pod linią chmur, na moment rozświetlając je i przenikając ich szarości, granaty, błękity, smoliste czernie. Gdy gaśnie Słońce, niemal natychmiast gubią się zarysy ścieżek prowadzących do kolejnych podstacji i na szczyt góry.

Podstacja 5

Trafiam wreszcie do podstacji 5. Niskie, nijakie domki przytulone do tufu wulkanicznego zbocza góry.  Przemykający w jej obrębie turyści  lub raczej punkty świetlne z racji noszonych na głowach i na piersiach lamp diodowych i innych źródeł światła.Półmrok i solidy tłok w jej wnętrzu.

Czas na kolację. W tracie pobytu w Japonii odwiedziłem wiele restauracji, barów. Jednak wyprawa na górę Fuji, pozwoliła mi na spożycie posiłku w bardzo wyjątkowych okolicznościach. Cena kolacji co prawda jest bliska posiłkowi w naprawdę wykwintnej restauracji w Tokio (5000 jenów od łebka), ale z drugiej strony, żadnej innej nie zapamiętałem tak dobrze, jak tej właśnie. Menu skromne. Potrawy podane w formie setto (zestawu) nie były (pamiętajmy, że jesteśmy na wysokości 3000 m i nie jest to pokład samolotu na trasie Frankfurt – Tokio, gdzie naprawdę dają nieźle zjeść) wyrafinowane.

Co serwują na górze Fuji? Zupa miso (dużo i do woli), która świetnie rozgrzewa. Ryba, mięso (to ostatnie zimne), ryż japonica, co się cudownie klei (jak oczy spożywających kolację). Do tego zielona herbata, dużo herbaty… Wszystko jednak smakuje (głód jest najlepszą przyprawą, znacie to???). Całość skąpana w mdłym świetle elektrycznym płynącym z generatora prądu i rozpalonych tu i ówdzie świeczek.  To wspomnienie, do jakiego nie raz jeszcze będę wracać.

Nieco dokucza tradycyjny niski stół, ale też nie ma co marudzić. Czekają już następni, no i wstać trzeba o czwartej rano, by przygotować się na największą atrakcję góry Fuji – wschód Słońca.

Trafiam do dormitorium na ok. 30 osób, już wypełnionego śpiącymi lub drzemiącymi turystami (sami Japończycy, rezerwacje należy robić już w marcu!).

Miejsce w kącie, szybka wymiana ubrania na to świeższe, buty na jakiś czas lądują w plastikowych workach. Jest coraz zimniej i tak już pozostanie. Sypialnia nie jest ogrzewana, a nawet teraz (jest  25 sierpnia) temperatura spada do jakiś 4-5 stopni Celsjusza.  Natychmiast po kolacji z lubością wślizguje się pod koc i kołdrę i we własny śpiwór, nie bacząc na nogi, które nie wiadomo skąd, lądują na moich plecach, pochrapujących obok i ogólną atmosferę rozgardiaszu, która panuje w tym miejscu. Nagle całkowita cisza i sen. Gdzieś tam ona, góra.

Wschód czy Zachód? Oto jest pytanie

Późna noc, poranek?  Budzi mnie ogólna krzątanina. Właściwie jest nadal ciemno, ale to stan przejściowy. Szybka toaleta. Wciąż zimno. Drżąc wychodzę na dziedziniec podstacji, udeptane przez tysiące turystów miejsce, z którego obserwować będę wschód Słońca na górze Fuji.

W tej sprawie tego, co należy oglądać na Górze Fuji istnieją dwie szkoły wzajemnie się wykluczające… Pierwsza dowodzi wyższości wschodu, druga zaś zachodu Słońca widzianego z góry. Mając wyjątkowe szczęście zobaczenia obu, dołączam do zwolenników wschodu Słońca. Inne zresztą powiedzenie upewnia mnie w tym sądzie, bo głosi, że tylko głupiec wchodzi na Fuji dwa razy, by zobaczyć raz wschód, a raz  zachód Słońca.

Tak czy inaczej, to spektakl szczególny, choć dopiero upływ czasu nadaje mu cechy wyjątkowości. Na miejscu skala oczekiwań jest tak wielka, że nawet te dwa kolosy, aktorzy spektaklu: Słońce i góra Fuji, nie są w stanie mu sprostać.

To co uderza na początku, to światła migoczących w oddali miast: Yokohamy i Tokio. Po chwili zresztą znikną w napływających na górę chmurach i wówczas przed naszymi oczyma widać niekończący się sznur pielgrzymów i turystów, którzy zdecydowali się na nocne wejście na Fuji. Drobne oświetlone punkty miarowo, wolno poruszają się w górę, linie ich trasy ciągną się od podnóża szczytu „ponad” nas, w kierunku wierzchołka. Delikatne  odgłosy dzwoneczków. Oczekiwanie.

Pierwszym zaskoczeniem jest fakt, że nie widzimy szczytu góry, choć jesteśmy  tuż pod nim. Jest skryty w ciemnościach. Ci co nie posłuchali przysłowia  wspinaniu się na górę Fuji twierdzą, że wschód słońca najlepiej ogląda się z tej właśnie, 5 stacji. To wysokość około 3 300 m. n.p.m i tutaj właśnie jestem.

Gdy pojawia się światło, stożek góry wyłania się także. Patrząc na wschód, warto też spoglądać za siebie… Niezbyt wygodne, ale konieczne, by  nie uronić nic z całego widowiska.

A tymczasem widać, że pod postawą chmur słońce już wzeszło…podczas, gdy „u nas” , na szczycie jest jeszcze ciemno… Brzask, promienie słoneczne mkną ku chmurom i powoli rozjaśniają horyzont. Na jego linię powoli wypływa tarcza Słońca i jest coraz jaśniej i jaśniej. Wydarzenie z tą chwilą biegną błyskawicznie. Światło ogarnia najbliższe otoczenie, domki stacji nabierają bardziej cywilizowanych kształtów, choć wczoraj były jak brazylijskie fawele.  Twarze ludzi nabierają rysów…Za plecami powoli, choć kąt widzenia nadal zbyt ostry, widać już szczyt Fuji.

Wschód Słońca na Fuji

Ostatnia stacja przed szczytem. Fuji-san

Szczyt Fuji i pielgrzymi na trasie

Epilog

Na szczyt tym razem nie wejdę i w ten sposób góra pozostanie dla mnie miejscem, do którego jeszcze powrócę? Może… a może nie. Przecież nikt mądry nie robi tego dwa razy?

Czas pokaże. Fuji wciąż tam jest i czeka?

Widok spod szczytu Fuji. W dole stacja 5.

Droga, a w oddali Pan Fuji (Fuji-san)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *