Fotograf z bobrem

Właśnie kończy swój żywot w czeskich kinach film „Fotograf”, będący zbeletryzowaną biografią Jana Saudka (Czesi wolą, gdy podobny gatunek filmowy nazywany jest tragikomedią). To film o liczącej obecnie 80 lat ikonie czeskiej fotografii. Z pomnikiem nie ma jednak nic wspólnego, uspokajam.

Saudek – niepoprawny prowokator

Gdy do drzwi jego pracowni zapukał Mariusz Szczygieł czyniąc go jednym z bohaterów zbioru reportaży „Zrób sobie raj” (2010), czeski fotograf, jak mówił o sobie Saudek, był jednak chyba w lepszej formie, niż jest dzisiaj. Nie tylko dlatego, że miał mniej problemów na głowie niż ma ich dzisiaj, dzieląc się m.in. prawami (i dochodami) do własnych zdjęć ze swoją byłą partnerką i asystentką Sarą Saudkovą.

Na szczęście rutyna i rytuały życia codziennego Jana Saudka niewiele się od tamtego czasu zmieniły. No może nie jest tak trudno się do niego dostać, jak sugerował to Szczygieł. Przynajmniej w filmie  (konsultowanym przez Saudka, ba jest jego współscenarzystą), drzwi do jego mieszkania się praktycznie nie zamykają i właściwie mógłby to być film pod tytułem, „Kto ma klucz do mieszkania Jana Saudka”, bo praktycznie wciąż jest otwarte!

Saudek lubi prowokacje. Na pytanie zadane mu w radiowym wywiadzie ( w tym roku), o której godzinie i z iloma kobietami przy swoim boku dzisiaj się obudził, rozbrajająco szczerze odpowiedział, że o 4. rano i… że było ich kilka. Odpowiedź taka wywołała rodzaj łagodnego rozbawienia u przeprowadzającej wywiad  dziennikarki (pozostającej nota bene bardzo w typie Saudka, a więc blondynki z miseczką D+), niepomnej na to, że – jak dowodzi życie i statystyka – „z takimi warunkami”, przy pewnej dozie braku przezorności, błyskawicznie mogłaby dołączyć do długiej listy modelek fotografa…

Gdy jednak poczytać o Saudku nieco więcej i poznać jego relacje z mediami, to jest się niemal pewnym, że podobnie głupie pytania, sprawiają że Saudek, ku uciesze mediów, natychmiast ulega pokusie i prowokując odpowiada na nie równie „mądrze” i błyskotliwie… To część jego osobowości.

Wydaje się jednak, że dzisiaj dużo bardziej niż kiedyś Jan Saudek doświadcza krytyki swojej najnowszej twórczości i musi się zmagać z opinią, że samo zarabianie pieniędzy nie jest najlepszym źródłem inspiracji artystycznej. Z drugiej strony, gdyby tak nawet było, nie należy się takiemu podejściu Saudka do fotografii aż tak bardzo dziwić. W końcu utrzymanie 12.-14. dzieci  (Saudek znowu prowokowany, nie jest w stanie wskazać ich precyzyjnej liczby…) naprawdę musi kosztować. Zachowanie w brudzie i liszajach jego słynnych ścian, też.

Zostawmy jednak  fotografię Saudka (wydany obecnie album jego twórczości przekonuje m.in. o fantastycznych zdjęciach z wczesnego okresu jego twórczości) i jego samego (tekst ów w żaden sposób, nie ma intencji oceny jego osoby) i przejdźmy do kilku słów, które chce skreślić  na temat samego filmu.

Film

Prace nad jego scenariuszem trwały dwa lata. Uczestniczył w nich dość aktywnie sam Jan, myślę zainteresowany tym, by w narracji tego filmu (tu i teraz powiem artystycznie bardzo nierównego, bywa, że operującego wręcz farsowymi gagami), osiągnąć coś, co nazwałbym szwejkowską estetykę dialogów i obrazów. Bywa to użyteczne (film jest dość długi, więc raczej nie nuży). Bywa jednak też kłopotliwe, gdy wiedząc, że zrobiło się już smutno, nie przestaliśmy się jeszcze śmiać…

Rolę życia w tym filmie, wcielając się w postać Jana Saudka, zagrał Karel Roden, raczej mało znany polskiej publiczności. O jego grze, jeden z krytyków słusznie pisze, że wypadł z oka Janowi Saudkovi, nie doprowadzając jednak – w mojej ocenie – jego postaci, wyborów i epizodów z życia do form karykaturalnych.

Poznajemy w filmie człowieka, który mówi o sobie, że „miłuje kobiety  i chętnie rozmawia”. Głównie o kobietach, własnej samotności (jeśli ktoś to zauważy) no i o fotografii (w filmie pada kilka dobrych, choć na pozór oczywistych słów a temat tego, czym fotografia jest, a czym nie). Film jest w istocie jakąś formą hołdu złożoną sztuce fotografii i pasji jej tworzenia.

Pokazuje (tutaj moim zdaniem twórcy filmu całkowicie zawodzą  rekonstruując  doświadczenia Saudka wyniesione z Holokaustu, zbyt – przepraszam – teatralnie), że fotografia, gdy intensywna i wartościowa, mocno czerpie z naszych przeżyć, lęków i wszystkiego tego, z czego w sferze emocjonalnej jesteśmy ulepieni. Tym tworzywem w przypadku Saudka było doświadczenie Holocaustu i reglamentowana wolność twórcza w komunistycznej Czechosłowacji (także retrospektywa czasów komunistycznych jest w filmie dość schematyczna i scenograficznie mocno niechlujna).

O czym więc jest ten film?

Gdyby odrzucić to, co tylko pozornie wyłącznie zajmuje Saudka, a obraca się wokół  setek kilogramów kobiecego ciała przelewającego się na ekranie i wylewającego się niemal z każdego kadru jego zdjęcia, to najkrócej mówiąc, ten film jest właśnie o namiętności(ach).

Do fotografii, do kobiet, do powabu życia, choć – to pewne –  wielu z nas nie okazałoby zbyt dużo tolerancji dla Saudkowej wizji świata, z brudną i odartą ścianą w tle.

Ale może dzieje się tak dlatego, że Saudek (w tym  kontekście poruszająca scena w łazience, gdzie Saudek prowadzi monolog z samym sobą), próbuje w istocie nic nie udawać. W swojej szczerości nikogo nie ranić i być sobą, choć ma się wrażenie, że jedynie fotografia uprawiana przez niego, jest w stanie sprostać godzeniu tak sprzecznych  postaw i (moralnych) racji.

Ludzie, jak zauważa, nie chcą takiej szczerości, a kobiety zwłaszcza w jego filmowo – fotograficznym świecie, wpadają w pułapkę własnych nadziei, nie wierząc na początku Saudkowi, że czas i emocje im poświęcone są niewiele dłuższe od spustu migawki…

Z drugiej strony Saudek, gdyby koniecznie szukać innych, a podobnych postaw, nie jest tak bardzo wyjątkowym artystą. Z niemal wszystkimi swoimi modelkami sypiał Nobuyoshi Araki (polecam recenzję z jego wystawy w Galerii Leica na moim blogu), czy nobliwy Gustav Klimt. I na tym skończę tę wyliczankę, by podobną  listą nie zapełnić kolejnej strony wpisu na tym blogu.

Saudek wpisuje się (czy nam się to podoba czy nie) w nurt sztuki, u której źródeł stoi inspirująca, a może po prostu atawistycznie napędzająca postawę twórcy zachłanność na seksualność, a kobiety uczestniczące w tym procesie, być może (to teza) odzyskują przez tak zdefiniowane poznawanie własnej seksualności, swą tożsamość? Ten rodzaj interpretacji seksualności kobiet jako obszaru ich samopoznania (zaproponowany dla innych obszarów przez Evę Illouz) może być przydatny w rozumieniu i twórczości Saudka, i fascynacji nią, której ulegają liczne rzesze modelek i admiratorek jego twórczości… Do dyskusji (kiedyś?).

Film „Fotograf” miał swoją premierę czeską 8 stycznia 2015.

Czy trafi do polskich kin? Nie wiem i nieco wątpię. Ale jeśli ktoś ma blisko do jeszcze bliższej zagranicy, to zachęcam, w mojej ocenie warto film zobaczyć. Nagrodą będzie spotkanie z legendą czeskiej fotografii, a właściwie metalegendą Jana Saudka. Jeśli nawet on sam (pojawia się symbolicznie w filmie na jego początku i zakończeniu) nas nie przekona do siebie, to rola Karela Rodana, na długo zostanie w naszej pamięci.

No i do tego muzyka, dobra, czasami porywająca, a czasami tkliwa Jirego Chlumecky’ego. Tę na pewno będę chciał mieć kiedyś w swojej (czeskiej) kolekcji muzyki filmowej…

Fotograf (wlepka promująca film, repr. Leszek Jodliński)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *