Krzywy talerz czy źle nalana zupa?

To jakby wymarzony tytuł dla tekstu, którego tematem byłaby ta, czy inna sfera polityki społecznej. Ale nie, uspokajam. To nie moja dziedzina. Zresztą, wcześniejsze doświadczenia zawodowe czynią mnie nader sceptycznym, co do podejmowania tego rodzaju tematów. Są ważne, ale zostawiam je fachowcom, jeśli takowi (obserwując pogłębiającą się sferę biedy w Polsce) są naprawdę.

O innym talerzu będzie tutaj mowa i ponownie w nawiązaniu do pytań i prasowych rozważań na temat tego, co może być, a co nie obiektem muzealnym, ekspozycyjnym. Mamy znane problemy niektórych placówek, narzekania i biadolenia, że nie ma, że nie da się. Tymczasem…

Przykład, niestety (dla niektórych), znowu pochodzi z placówki niemieckiej, ale te (trudno), wykazują się w niektórych przypadkach porywającą wręcz innowacyjnością i kreatywnością. Tak jest i tym razem.

Ponownie zresztą, trafiamy do prezentowanego już przy okazji „słoika z wodą”, Ruhr Museum w Essen. W obrębie wystawy umieszczono dość prosty i niezwykły (jak to tutaj) eksponat. Jest nim, nie mniej ni więcej, tylko głęboki talerz, wypełniony w części cieszą o konsystencji sugerującej rosół (?) Zawartość cieszy krzywo rozlewa się w jego zagłębieniu, raz to podchodząc pod „kreskę” talerza, raz znacząco znajdując się poniżej jej poziomu…

Talerz Pani Ritter. Ruhr Museum, Essen

Talerz pochodzi z epoki (lata 20-te, 30te XX wieku, zapewne produkcja jednej z wytwórni z Bawarii), był własnością Pani Ritter, mieszkanki Kirchhellen, dzielnicy pobliskiego Bottrop. Ale sam w sobie jest zwykłym przedmiotem. Ta jego pozorna oczywistość trochę irytuje, intryguje i… inspiruje zwiedzającego, pragnącego ustalić, co tak naprawdę ów talerz tutaj robi i jaka jest jego funkcja.  Trud się opłaca.

Jak można się dowiedzieć z krótkiego opisu obok eksponatu, tradycją wśród miejscowych górników, był uroczysty niedzielny obiad, którego obowiązkowym składnikiem był rosół… Do tego momentu byłoby i znajomo i zwyczajnie (zwłaszcza na Górnym Śląsku, tego rodzaju informacja byłaby mało interesująca, by nie powiedzieć banalna).

Oto jednak, zamiast tłumaczyć (jak może byśmy tego oczekiwali), co serowano na drugie danie, czytamy dalej, że ze względu na szkody górnicze, w wielu domach i mieszkaniach, takich jak to należące do Pani Ritter, choć poprawiano położenie stołu, ustawiano w wymyślny sposób naczynia na stole, to i tak zupa w talerzach potrafiła znajdować własny poziom, a w niektórych wypadkach niemal wylewać się z owych talerzy, choć wcale nie wlano do niej dużo. A wszystko z powodu znaczących i dotkliwych szkód górniczych… Nalewano jej więc mniej, by się w tych talerzach mieściła. Pani Ritter dokładnie wypełniała talerze do połowy,  bo więcej się nie mieściło…
To prawie koniec całej historii.

Czy można o szkodach górniczych ciekawiej i bardziej sugestywnie opowiedzieć? Pokazać, czym były w życiu mieszkańców zindustrializowanych miast, jak wnikały, ba „wlewały się” w ich życie codzienne? Lub po prostu były i po pewnym czasie (kto z nas nie zna tego ze śląskiego doświadczenia) przyzwyczajaliśmy się, że są, i że nagle (zawsze nagle!) drzwi szafy same się otwierały, a drzwiczki bufeju trzeba było (do czasu naprawy) uszczelniać zbitką gazety, by się „samoczynnie” nie otwierały? Bo były szkody, bo robiło się krzywo, bo budynek osiadał i sprzęty w domach zachowywały się dziwnie…

Zupa, talerz i… ot i cała historia, jeśli wie się, jak zbudować opowieść i gdzie szukać jej istoty…

PS.

Dom, w którym  do dzisiaj mieszka Pani Ritter, przechylił się o około 40 cm… Rodzina Pani Ritter nie traci nadziei, że doczeka jego „wypoziomowania” (jak się to tutaj nazywa). U sąsiadów już się poprawiło. Mają równo.

 Zollverein Essen, na terenie którego znajduje się Ruhr Museum. Ruhr Museum, Essen. Fragment ekspozycji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *