Kuninski ekscentryk i Księżyc w pościeli…

Już wkrótce definitywne pożegnanie z Czechami. Czytam tu i tam, jacy są Czesi, a jacy nie są. Na moje refleksje przyjdzie też czas, ale wiem że gdy pisze te słowa 70-letnia Ewa z mojej poniedziałkowej grupy niemieckiego już myśli o swoich urodzinach i przygotowuje jubileuszowe przyjęcie, a ja cieszę się na to spotkanie…

Podczas jednej z ostatnich podróży, której finałem była wizyta w Fulneku, zatrzymałem się w malowniczym zamku w Kuninie (niem. Kunvald), który leży przy drodze nr 57 prowadzącej z Opawy do Novego Jicina. Podobnie jak wielu przede mną, których zapiski znalazłem w blogosferze, za pierwszym razem dostrzegłem sylwetę zamku, zaciekawiony, nie dość jednak by się zatrzymać…

Tym razem stało się inaczej, ale jak to w Czechach było za późno (minęła 16-ta, niestety muzea pałacowe irytująco wcześnie zamykają się około 15.30, czy 16 właśnie), by zobaczyć jego wnętrza. A jest podobno co…

Tak czy owak, korzystając z wiosennej aury  mogłem sycić oczy wyważonymi proporcjami elewacji pałacu, dzieła klasyka architektury barkowej Johanna Lucasa von Hildebrandta, którego postać przemyka tu i tam po Morawach i czeskim Śląsku (przypomnę przypisywane mu autorstwo architektury pałacu w Kravare). Pałac był pierwotnie zaprojektowany dla generałowej Eleonory z rodu von Lichtenstein i ofiarowany jej przez męża w 1745 roku…

Wokół pałacu, oryginalnie połączonego drewnianym krużgankiem z miejscowym kościołem Krzyża Świętego (to chyba pierwsza rzecz, która uderza nas gdy mijamy to miejsce), rozpościera się nieco zaniedbany, acz (może tym bardziej) malowniczy park wokół. Na jego skraju umiejscowiona została XIX-wieczna kręgielnia. W tym momencie zamknięta, ale od czego wyobraźnia, która w oka mgnieniu zapełniła to miejsce postaciami z Belle époque… i niewymuszoną elegancją ruchów wykonywanych przez graczy… i przepełniona popołudniowym gwarem.

Pałac w Kuninie ma swoją oryginalną historię, która nie łączy się z tym co widzimy, a raczej z tym co przekazała o miejscu tym i jednym z jego mieszkańców ustna tradycja.

Bohaterem tych opowieści jest hrabia Klemens von Truchsess-Zeil-Walburg (czy mając takie nazwisko nie można być nieco szalonym?) i to on już w 1780 roku miał odbyć pierwszy w historii lot balonem na podgrzewane powietrze…  Tak, wiem historia pierwszymi zdobywcami podniebnych przestworzy czyni braci Montgolfier (dokonali tego trzy lata później), ale to w morawskim Kuninie doszło do owego pierwszego, niepublicznego (na nieszczęście dla ekscentrycznego hrabiego) lotu… Może tylko z tego powodu i ogólnej aury miejsca warto na chwilę przystanąć, skorzystać z łaskawych wnętrz miejscowej gospody i… sięgnąć po kufelek zimnego piwa z historycznego browaru Lobkowicz (no, kto może ten może, no ale jest i wersja non-alckoholic). Potem zaś pomknąć dalej ku Beskidom i krainie Wałachów…

A tytułowy księżyc… No właśnie. Spotkałem go tuż obok, odpoczywającego w parkowym półcieniu…

Pałac w Kuninie. (Widok z parku, 2015)

Kaplica (Kunin, 2015)

Krużganek / To co zadziwia (Kunin, 2015)

Kręgielnia (Kunin, 2015) I tylko kręgli brak... (Kunin, kręgielnia)

Księżyc w półśnie (Kunin, park)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *