Okno Scharouna. Berlin jakiego nie (po)znacie

Otwarty dzień zabytków zdarza się i tutaj raz do roku. Jest częścią Europejskich Dni Dziedzictwa i w mieście takim jak Berlin oznacza bardzo często szansę na poznanie miejsc niezwykłych, z rzadka udostępnianych lub po prostu nieznanych szerszej publiczności.

Na pocżatek krótki rys topograficzny Berlina i miejsca gdzie się znalazłem. Jestem w dzielnicy Charlottenburg – Nord. To niezbyt dobry adres zarówno wtedy, gdy projektował tu domy wielorodzinne Hans Scharoun, jak dzisiaj, gdy lokalizacja ta wciąż zdradza gorszy status społeczny jego mieszkańców.

W pierwszym odruchu chciałem napisać, że znalazłem się na jednym z wielu typowych i tutaj  blokowisk, ale byłby to opis nieprecyzyjny, naganny i z pewnością odbierający wartość dziełu Scharouna. Nie są to bowiem wzniesione w wielkiej płycie osiedla, jakie znamy z NRD, a  dziś stoją puste i są masowo opuszczane przez swoich mieszkańców (wiele z nich dzisiaj „za chwilę” przyjmie emigrantów z Syrii i Bliskiego Wschodu). Miejsca takie znamy zresztą wszyscy. Upstrzone są nimi pejzaże miast powojennej Polski, dawnej Czechosłowacji i krajów byłego bloku Wschodniego. Swoje doświadczenie mają też w tym zakresie mieszkańcy anonimowych przedmieść we Francji, czy w Wielkiej Brytanii. „Maszyny do mieszkania”, by odwołać się do innego wielkiego klasyka modernizmu Le Corbusiera stały sie niemal w każdym z tych krajów bardziej maszynkami do nocowania niz uszczęśliwiania ludzi, w istocie pogłębiając poczucie anonimowości i  wyobcowanie ich mieszkańców. Jak pamiętacie (lub nie) to właśnie pierwsze  wyburzenie blokowisk  w 1972 roku w St. Louis (USA), Charles Jencks potraktował jako symboliczny początek post-modernizmu i nadziei na nowe i lepsze w architekturze. Nic dziwnego, że skazanie na zagładę wielotysięcznych mrówkowców stało się momentem symbolicznym w historii architektury końca 20. wieku.

Myśli te i podobne dosięgają mnie, gdy stoję przed wejściem do wysokościowca przy ulicy Heilmannring 66A w dzielnicy Böblingen. (Podaję ten adres mając nadzieję, że wytrwałym pomoże w dotarciu do mieszkania Scharouna). Wieżowiec (niem. Wohnhochhaus) Orplid liczy przyzwoite siedem pięter i nawet w tej liczbie widać powściągliwość Scharouna i jego inne – od reprezentowanego przez współczesnych mu architektów – myślenie o architekturze projektowanej na miarę przeciętnego człowieka, owego Jedermanna II połowy 20. wieku.

W życiu tego osiedla to dzień szczególny. Wieżowiec projektu Hansa Scharouna przykuwa uwagę wielu gości i z niekłamaną radością widzę, jak z rożnych stron, wąskimi strumykami docierają pod ten adres miłośnicy berlińskiego, światowego (?) modernizmu.

To więcej niż truzim powiedzieć, że Hans Scharoun to gigant światowego modernizmu. Obecny niemal od początku w jego głównym, modernistycznym nurcie, począwszy od eksperymentujących z formą ekspresjonistów z kręgu Gläserne Kätte (Szklany- Łańcuch / Krystaliczne – Stowarzyszenie), a skończywszy na środowisku uprawiającym architekturę organiczną. Ta ostatnia ewoluując, uparcie poszukiwała funkcjonalnie zindywidualizowanych rozwiązań i charakteru. To ostatnie nie było typowe dla większości architektów tego okresu i w tym sensie także pozytywnie wyróżnia Scharouna z ich grona.  Scharoun stworzył własny kod przestrzenny i formalny, który  – jak w przypadku Filharmonii Berlińskiej (1953-1963) – utrwalił się pod definicją pejzażu architektonicznego.  Architektury funkcjonalnie przemyślanej, zróżnicowanej. Uwzględniającej zarówno sferę symboliczną, jak i jej funkcję właśnie. Pewnie dlatego projektowane przez Scharouna szkoły odwoływały się do struktury całego miasta, kreowały swoisty mikrokosmos świata dziecięcego, podobnie zróżnicowanego, wielowątkowego jak świat człowieka dorosłego.

Scharoun był z kilku powodów architektem niezwykłym. Był, o czym warto pamiętać w na blogu takim jak ten (w części dedykowanego Śląskowi), powiązany w latach dwudziestych  20. wieku, ze środowiskiem awangardy wrocławskiej. Bez wątpienia znajduje się też  gdzieś w tle awangardowej wystawy architektonicznej WUWA  z 1929 roku.

To jednak co przy okazji rozważań na jego temat uznaję za wyjątkowe i zupełnie nietypowe, to fakt iż jak mówił, chciał zawsze mieszkać w takich budynkach, które zaprojektował dla ludzi. Nie można powiedzieć chyba nic bardziej uwiarygadniającego postawę architekta. Chciałoby się powiedzieć, że ryzykował to co Bertold Brecht nazywał sytuacją, w której jeśli krzywo siedzisz, to krzywo myślisz. Projektując architekturę mieszkaniową Scharoun sam stawał się podmiotem tego projektowania, a nie statystycznym mieszkańcem sprowadzonym do norm budowalnych i rachunku ekonomicznego. Nie traktował też użytkownika architektury jak funkcjonalistycznego eksperymentu, który logiki i planu mieszkania (i zadanych mu funkcji) nie rozumie, sprzeciwia się mu i w konsekwencji pomstuje na dzieło (najczęściej) anonimowego architekta.

Atelier Scharouna jest więc właśnie takim mieszkaniem, w którym projektując osiedle w dzielnicy Böblingen zamieszkali wspólnie Margit i Hans Scharoun.

Mieszkanie znajduje się na siódmym piętrze wspomnianego wieżowca.  Docieramy nań typową, lekko przyciasną jak na współczesne potrzeby windą. Nie mieszczą się w niej kolejne osoby zainteresowane wizytą w mieszkaniu Scharoun(-ów). Kolejka na dole nader szybko rośnie w czasie, gdy z inną grupą docieram szczęśliwie na ostatnią kondygnację wieżowca.

Mieszkanie liczy około 70m2. Może nieco więcej, jeśli dodać do tego taras i znajdującą się na niższym piętrze sypialnię.

To co oglądam, jest z ducha bardziej atelier artysty i samotnią architekta, niż typowym mieszkaniem. Przypomina miejsce spotkań i projektowania nowego niż wprost jest miejscem do życia i zamieszkiwania. Ale życiem Scharouna była architektura, więc tak naprawdę wszystko jest na swoim miejscu. Projektem sporządzonym na jego miarę i z uwzględnieniem jego potrzeby. I – co warto podreślić – wciąż w obrębie typowego planu mieszkania w tym budynku.

Gdy pisze, że znajduję na miejscu wszystko w takim stanie jakim było w przeszłości, to jest to opis ułomny. Nie ma oczywiście tego, co było wyposażeniem osobistym małżeństwa Scharoun. Mieszkanie pozostawiono zwiedzającym  jako projekt niejako „czekający na zasiedlenie” i przed zmianami wprowadzanymi przez jego użytkowników. Pozostały więc na miejscu wbudowane w ściany i będące integralną częścią projektu meble. Są to między innymi regały na książki oddzielające sypialnię od pracowni architekta i salonu. Podobnie autentyczny i pierwotny charakter ma zabudowana kuchnia.

Scharoun nie jest w tym projekcie dogmatycznym orędownikiem tradycji modernistycznej. To oczywiste z dwóch co najmniej powodów. Po pierwsze, dużo wcześniej poszedł własną drogą. Projektując i to atelier, i ów cały wieżowiec był  już ukształtowanym, dojrzałym, ba… niemal  schodzącym z firmamentu architektem.

Po wtóre, nigdy nie był dogmatykiem.

Gdy wszedłem do pierwszego pomieszczania z bardzo krótkiego przedpokoju, trafiłem na kuchnię, o której inny reformator masowego budownictwa z czasów młodości Scharouna, Bruno Taut powiedziałby że jest zdecydowanie za duża  i nie daje kobiecie (jedynie ją tam umiejscawiał?) komfortu dostępu do  wszystkich przedmiotów i sprzętów. Przypomnijmy, że Taut który sam  chyba nie gościł w kuchni zbyt często, proponował jej rozmiary 2×3 metry, argumentując przy tym, że niemal każdy sprzęt w kuchni powinien być na wyciągnięcie ręki gospodyni domowej… 

Kolejne mijane pomieszczenia to łazienka i WC, nieco klatkowate, małe, przypominające bardziej kabiny transatlantyku. Skojarzenie poniekąd słuszne, bo i ten wieżowiec, jak i inne realizacje Scharouna z tego czasu „płyną” i rozpruwają powietrze wokół. Także w samej  łazience doświetlenie wnętrza zapewnia okrągłe, nawiązujące okrętowego bulaja okno wychodzące na korytarz. Dalej już pracownia, dzisiaj ascetyczna, która łączy się  z minimalistycznie zaprojektowaną sypialnią, oświetloną typowymi, lecz wówczas rewolucyjnymi w swoim kształcie lejkowatymi lampami, które pionowo zwisają z sufitu.

Łączący się z sypialnią salon (oddzielony przez kotarę zaprojektowaną przez Scharouna i wspomnianymi już wcześniej regałami na książki), to miejsce które było dosłownym i symbolicznym centrum wszechświata jego mieszkańców.

To co w jego przestrzeni uderza i pobudza wyobraźnię gościa to ogromnych rozmiarów okno, za którym roztacza się zielona przestrzeń miasta i osiedla. Symboliczna, bo i ona upstrzona jest lekko rozkołysanymi sylwetkami wieżowców podobnych do tego, w którym jesteśmy. Widziane w oddali krzywizny Scharouna  są dla mnie miłym, bo osobistym przypomnieniem falujących form Mendelsohna.

Poniżej ogromnej szyby (asocjacje z Marcelem Duchampem może nie są aż takie odległe), rozsypane w betonowej rynnie leżą kamienie i kamyczki.

Leżą, ocierają się o siebie, w statycznym bezruchu gotowe na to, by ktoś taki jak Hans Scharoun tchnął w nie życie.

Kamienie z Prus Wschodnich, Dolnego Śląska, czy Berlina i Stuttgartu. Miejsc, gdzie projektował, ale to wyłącznie moja sugestia i licencia poetica. Godzę się z tym, że  równie dobrze wydobyto je z kamienistego dna Sprewy…

Nieważne. Istotne jest to, że takie i podobne im kamienie zamieniał w struktury architektoniczne. Ta forma, ten obraz jaki odnajduję w atelier Scharouna, zamierzony lub nie, skutecznie do mnie przemawia. Jest dobrym opisem stanu emocji, które noszę w sobie, gdy opuszczam mieszkanie przy Heilmannring 66A.

[esej fotograficzny z miejsca – wkrótce]

Krzywizny Scharouna (widok z tarasu mieszkania małżeństwa Scharoun)

Ogród Scharouna (fragment kuchni w atelier Margit i Hansa Scharoun, Berlin)

Kuchnia

Bulaj (łazienka w atelier H. Scharouna)

Pracownia (w głębi) i sypialnia

Jest - było (1) Było - jest (2) (w tle regały biblioteki H. Scharouna)

Kamienie i szyba (za oknem taras; fragment)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *