Powstańcza Biblia Pauperum

Powstańcza  Biblia Pauperum (albo ersatz muzealny)

„Dużo czytania, za dużo czytania”… usłyszałem westchnienie jednego ze zwiedzających w trakcie oglądania wystawy w Muzeum Powstań Śląskich.

Byłem tam w minioną niedzielę i korzystając z tego, że wstęp jest bezpłatny, obejrzałem wystawę stałą w Muzeum w Świętochłowicach.

Gdzie ci powstańcy ?

Zacznijmy od tego, że dotrzeć do muzeum nie jest łatwo. Brak drogowskazów, oznaczeń turystycznych. Na tym etapie nie robiłbym z tego wielkiego zarzutu, rozumiem, że czasu było mało, a wybory samorządowe tuż, tuż, więc nie wszystko można było zrobić na czas i od razu. Ale, jeśli myśleć o przyszłości muzeum, to informacja jak do niego trafić powinna zostać zdecydowanie poprawiona, bo… jej nie ma…

Drogo, bo?

Wystawa, która zgodnie z doniesieniami prasowymi kosztować miała 4,5 mln złotych, nie jest tanim projektem. Jeśli zważyć, że muzeum dysponuje zdecydowanie mniejszą powierzchnią niż na przykład niedoszła w planowanym kształcie wystawa historii Górnego Śląska w Muzeum Śląskim (budżet w latach 2010-12 zaplanowano na 10 mln złotych), to nakłady na metr kwadratowy w świętochłowickim muzeum są naprawdę niemałe (około 5 000 zł lub więcej).

Polityka historyczna

Wspominam o tym, nie z powodu ulegania magii liczb, a dlatego, że wyraźnie widać tutaj, że płacono za (odwołując się do nieodległej historii) ‘stachanowskie’ tempo projektu, który wpisano na nieoficjalną listę celów wyborów samorządowych w Świętochłowicach. Przekonuje o tym (pośrednio) jedna z tablic wmontowanych obok wejścia do budynku i billboardy na mieście.

Zresztą, powiedzmy sobie wprost. Wystawy muzealne już od jakiegoś czasu (nie mówię w tym momencie o tej w Muzeum Śląskim, bo to sprawa o znacznie szerszym wymiarze) używane są do celów szeroko rozumianego PR-u politycznego. Wystarczy przypomnieć terminy i okoliczności otwarcia muzeów: Powstania Warszawskiego, czy obu krakowskich ekspozycji: pod płytą Rynku Głównego i Muzeum Schindlera przy Lipowej 4. A więc polityka, polityka i jeszcze raz polityka. Zostawiam ten temat jednak na boku i  wracam do samej wystawy.

Świat według F. Gumpa

Sposób realizacji ekspozycji szybko demaskuje przyczyny tak wysokiego budżetu wystawy i rozczarowanie, gdy okazuje się, że nakładów tych nie widać na wystawie.

Na ekspozycji dominują bowiem multimedia, ekrany dotykowe, repliki i rekonstrukcje, wielkoformatowe wydruki. Przede wszystkim uderza jednak rozbudowana produkcja filmowa, która w istocie jest najważniejszym medium opowiadającym w świętochłowickim muzeum.

Filmem dobrze zrealizowanym i z historią stosunkowo dobrze opowiedzianą, jest ten o Franku, w którym wiarygodnym narratorem jest Franciszek Pieczka. Film otwiera wystawę (rodzaj przymusu obejrzenia łagodzi jego jakość) i ogląda się go w sali kinowej muzeum, a nie na wystawie (pomysł jak wiele innych zapożyczony z muzeum Schindlera w Krakowie).

Większość pozostałych produkcji filmowych prezentowanych na wystawie ociera się jednak o estetykę filmików rodem z Forresta Gumpa, gdzie prawdę dokumentu zastępuje,  współczesny i ‘postarzany’ materiał dokumentacyjno- fabularyzowany.

Pewnie dlatego publiczność wysłuchuje W. Wilsona mówiącego w Kongresie USA po polsku, podobnie jak po polsku toczą się obrady w niemieckim Reichstagu… Podobne nielogiczności  można mnożyć, jeśli przyjąć, że jesteśmy w muzeum, a nie w Diseneylandzie. Filmów tych jest bodaj sześć i jak w tym średniowiecznym obrazkowym opowiadaniu, jakim była Biblia dla ubogich (Biblia pauperum), zwiedzający dowiadują się tego, czego nie byliby w stanie (czas, znużenie) przeczytać na niekończących się planszach, wyświetlanych ekranach. Bo choć potrafią czytać (w przeciwieństwie do swoich średniowiecznych współbraci), to robią to nader niechętnie (patrz westchnienie otwierające ten wpis). I jest to tendencja ogólnoświatowa.

Film jako najważniejszy eksponat i instrument oddziaływania.

Filmy zastępują wszystko. Są „scenografią”, są „eksponatem” i opowiadają historię tak, jak chcieliby autorzy, by zapamiętali ją zwiedzający. W oczywisty sposób, co jest cechą każdego (propagandowego) obrazu filmowego, taki sposób prezentacji utrwala jednoznaczny i nieskomplikowany sposób postrzegania przeszłości i tego, jak należy tę przeszłość oceniać i interpretować. Zero miejsca na otwarte pytania i refleksję. W razie wątpliwości można kolejny i kolejny raz oglądnąć film, rzecz powtarzana, jak wiemy, się utrwala.

Ersatz, jako masa budująca 

Film, jak napisałem, zastępuje na wystawie eksponaty, scenografię, wzmacniając jednak poczucie tego, że i tak poruszamy się po świecie muzeopodobnym (a nie muzeum), w którym autentyk, przedmiot zabytkowy, praktycznie nie istnieje i nie ma znaczenia. Zaryzykuje tezę, że w ogólnej liczbie przedmiotów na wystawie, oryginały to 20-25% tego, co oglądamy. Reszta to pozór, „pic na wodę”, rzecz udająca coś czym nie jest, ersatz…

A co zatem ilustruje prawdę materialną o powstaniu? Co ma wzbudzać naszą fascynację tematem i poruszyć wyobraźnie i umysł? Czegoś nauczyć?

Nie ma tego wiele i często, choć nie zawsze, bywa źle użyte.

Jest więc nieco broni (banalna i nudna  metoda wypełniania przestrzeni ekspozycyjnej, prawdziwa gratka(?) jedynie dla kolekcjonerów milimetrów i kalibrów).

Jest naprawdę interesująca urna do oddawania głosów w plebiscycie (depozyt Muzeum Górnośląskiego z Bytomia) postawiona… w kącie na korytarzu. Garść dokumentów (słabo i bez pomysłu opisanych, zwłaszcza w szufladach na 2. piętrze, gdzie po prostu są potraktowane jak makulatura), nieco pocztówek plebiscytowych z kolekcji prywatnej oraz współczesnych kopii plakatów powstańczych.

Zaprezentowano bardzo powierzchownie użyte wnętrze śląskiego (można wątpić) mieszkania w familoku (kuchnia i sypialnia). Zbudowano izbę szkolna, gdzie poza ławkami i… filmem nic więcej się nie dzieje. O ławkach zresztą  też można podyskutować, jak dalece (lub nie) korespondują z czasem, do którego się odnoszą. Pasjonatów historii szkolnictwa na Górnym Śląsku odsyłam w miedzy czasie do Radzionkowa i tamtejszego Muzeum Chleba, by zobaczyli zdecydowanie ciekawszą izbę szkolną z epoki…

Czułe ekrany, zimne manekiny

Wszystko to osadzone jest między planszami, ekranami dotykowymi, instalacjami multimedialnymi, przy których dzisiaj zwiedzający robią sobie zdjęcia, a które już za rok będą ich nudziły, bo ileż razy można ubierać i rozbierać powstańca śląskiego, albo kompletować wóz pancerny.

No i jak powiedział jeden ze zwiedzających, jest tam  „za dużo czytania….”. Paradoksalnie to prawda, bo gdy na salach nie ma eksponatów z epoki, a emocje są tak samo autentyczne, jak ubrane manekiny sztywno stojące w tzw. sztabie powstańczym, czymś trzeba zająć uwagę zwiedzających. Na plan pierwszy wkraczają plansze..

Gry planszowe

Warstwa narracyjna, opisowa jest jednak oparta na wykresach i nużących planszach. Te ostatnie to ewidentnie reminiscencje poglądów polityków na temat muzeów i projekcje tych osób, które choć w muzeach nie bywają, zabierały głos na temat tego, jak ma wyglądać wystawa muzealna, gdy dyskutowano o ekspozycji w Muzeum Śląskim.

Plansze i opisy są sumaryczne, to plus, ale mimo to jest ich za dużo i tych zgromadzonych na 2. piętrze już nikt nie czyta.

Są jednak i takie chwile, gdy coś się na wystawie udaje. Co prawda firma AdVenture osiąga szczyty wtórności pomysłów, jakie są na wystawie prezentowane (zaraz do nich przejdę), ale miejsce, w którym można wysłuchać autentycznych relacji powstańców i świadków powstania (2. piętro) jest warte uwagi i je polecam.

Natomiast na pewno nie jest warta zapamiętania aranżacja samego tego  miejsca i „telefony”, z których mamy tych relacji odsłuchiwać. Są wszystkim, czym mogą być: brzydotą, kiczem i tandetą. Po prostu skrzeczą swoim wyglądem w przestrzeni wystaw, udając (znowu) coś, czym nie są. Może wystarczyło posłużyć się ultranowoczesnym sprzętem  i w ten sposób umożliwić zwiedzającym, równie odrealnione „łączenie się” (symbolicznie) z osobami, które odeszły i niczego nie udawać?

Wszystko to, o czym pisze funkcjonuje w przestrzeniach wystawy nieustannie ‘nawiązujących’ do czegoś, lecz w istocie mało o nich podobnych.  A to do Wersalu, a to do czegoś tam.  Z tym muzeum, a raczej z jego ekspozycją jest tak, jak z niegdysiejszą próbą uzyskania odpowiedniej  zawartości cukru w cukrze. Autorzy ekspozycji coś proponują, ale to coś wciąż jest tylko podobne do czegoś… i jak w owym filmie słodkiego smaku od tego nie przybywa…

Gdy na przykład z najwyższego punktu ekspozycji mamy oglądać pole walki powstańczej, to pomimo zapowiedzi, dynamicznej prezentacji, jest tam wciąż ten sam, nieporuszający się pociąg pancerny i … nic się nie dzieje. Po co zatem ten wysiłek? W jakim celu? Zmęczony jest i tak najbardziej zwiedzający, próbując bezskutecznie  ustalić zamysł autorów wystawy i z beznadzieją patrzący przez tę lunetę na martwy świat w okularze (bo pociąg, jak stał tak stoi).

Przedmioty i cegły

W ferworze walki, gubi się kto i co… Gdzieś leżą jakieś cegły, gdzieś wiszą sztandary? Bywa czasami, że patrząc na ekspozycję bardzo trudno ustalić to, kto  z kim i dlaczego walczy?

I jeśli przegrany przez Polskę plebiscyt, to gdzie racje i miejsce na pokazanie sensu oporu tej drugiej strony? Tym nikt się na wystawie nie zajął, zresztą podobnie jak istotnym dla zrozumienia reperkusji popowstaniowych, konflikcie (jego zarzewiu w tym czasie), między Korfantym, a Grażyńskim.

Zetlałe pomysły scenograficzne

Wystawa przynosi porażającą wtórność pomysłów i cytatów z innych ekspozycji.

Jak w Krakowie (w Muzeum Schindlera), tak i tutaj jest tramwaj i są pieczątki pozwalające na bardzo pozorną (bo w istocie niczemu nie służącą) interaktywność wystawy. Drukarnia jest i na tej ekspozycji i w tej, w Muzeum Powstania Warszawskiego…

Nie wspomnę o świętochłowickiej ulicy z 1919 roku, która fantastycznie wyróżnia się swoją urodą na tle tego, co za oknem (a tam brud, rozpadające się domy,  postindustrialna nędza i opuszczenie). Niestety, w sensie muzealnym jest pomysłem skrajnie zużytym i zbanalizowanym (Muzeum Żydów Polskich w Warszawie,  Muzeum Schindlera w Krakowie, wystawa poświęcona Centralnemu Okręgowi Przemysłowemu w Stalowej Woli z 2007 roku). Podobnie jest z atelier fotograficznym, którego podobną aranżację znajdziemy w Muzeum Schindlera w Krakowie.

Obok tego jak wszędzie  szuflady (Muzeum Powstania Warszawskiego, Muzeum Chopina, Muzeum Schindlera), wielkoformatowe wydruki, czy projekcje od tyłu, które bardziej wtajemniczonym przypominają realizacje tej samej firmy na trasie turystycznej w kopalni soli w Bochni…

Powierzchnie wyklejone plakatami plebiscytowymi, słup ogłoszeniowy (posiada takowy każde z wymienionych wcześniej muzeów, dodajmy do nich tym razem to w Gliwicach, tak dla odmiany i urozmaicenia).

Banał, powtórka, cytat, powtórka i tak cały czas. No i schodzenie z kosztów, bo wtórność jest jednak tańsza.

Można się więc zdrowo wynudzić patrząc na te pomysły. Dziwne, że na etapie projektowania i budowy nie doświadczyli tego sami autorzy, bo przecież to ich (te cytowane muzea) realizacje. Mnożone, powielane, po wielokroć użyte, wtórne i banalne. Nie będę odnosił tych pomysłów do inspiracji  zagranicznych, bo wyliczenie to byłoby jeszcze dłuższe.

Jest też, co najmniej jeden, pomysł wzięty ze scenariusza odrzuconej wystawy w nowym Muzeum Śląskim. Jest nim izba szkolna. Tam skrytykowana, tutaj użyta. Tanio i byle jak.

Na koniec

Wystawa będzie się w jakoś podobać. Odreagowuje naszą, narodową awersję na muzea wyniesioną ze szkól podstawowych, gdy katowano nas wizytami w takim czy innym muzeum. Awersję tą czasami generują też media, bezmyślnie pytając czy naprawdę w muzach nie można wszystkiego dotykać? Owszem nie można, podobnie jak robić w druku błędów i koloryzować faktów.

W tym muzeum (jak w innych wymienianych w tym tekście) można więc klikać, zrobić sobie zdjęcie kamerką internetową (czy po to muszę iść do muzeum?!) i czuć się jak w kinie, które, pamiętając o wypowiedzi na temat planowanej wystawy stałej w Muzeum Śląskim, znajdowało  się w centrum zainteresowania firmy AdVenture, stanowiąc punkt odniesienia, przy definiowaniu jakości tamtej ekspozycji , by „(…)  było jak kinie(…)”, pyszne…) doprawdy.

Filmów ci tu w bród i efektów „specjalnych” również, a tych niewyrobiony widz muzealny na Śląsku łaknie i nie zna równocześnie, więc polubi. Nie dziwi mnie to wcale.

Prawda

Ale tak naprawdę wystawa w Świętochłowicach to dość zgrzebnie opowiedziana historia dla maluczkich, jak owe średniowieczne opowieści biblijne, namalowane i podawane z drugiej ręki do wierzenia.Wyrób muzeopodobny z małą zawartością witamin i składników emocjonalnie i intelektualnie odżywczych.

Cieszy mnie, że ekspozycja w warstwie opisu poprowadzona została w trzech językach, to absolutny plus i pochwała, ale (bo czas na ale), to tyle.

Górny Śląsk czekał na wystawę o powstaniach śląskich i uważam, za zasługę niedoszłej wystawy w nowym Muzeum Śląskim, że wymusiła ona refleksję, na temat tego, jak nie demagogicznie mówić o tym fragmencie historii Śląska. Jest tu już rodzaj powściągliwości w formułowaniu poglądów.

Wystawa jest oczywiście z tezą, dość czytelnie postawioną. Pokazuje powstania tylko z jednej strony, a obraz Śląska i Ślązaków, jest jak z obrazów Kutza (bo się przyjął) i polskiej, obłaskawionej śląskiej mitologii: z czerwonej cegły i (nomen omen ) niemieckiej, nikiszowskiej architektury Zillmannów… Więc mamy taki Śląsk jaki lubimy, bo znamy…

Ta wystawa, poza ogromną wtórnością projektową,  zbiega się w czasie z  momentem, w którym, czy tego chcą ‘inżynierowie’ pamięci Ślązaków czy nie, dochodzi do przewartościowania myślenia o historii Górnego Śląska. I nie jest to wyłączna  zasługa autorów tego projektu. To stan emocji i świadomości, który już jest na Górnym Śląsku, przetacza się przez ulice śląskich miast,  społecznie i cywilizacyjnie  zaniedbanych, jak te widziane przeze mnie w Świętochłowicach. Może zabrzmi to prymitywnie po marksistowsku, ale także ci ludzie  spytają w końcu o to, dlaczego są tam gdzie są i żyją, tak jak żyją.

Muzea pomagają w udzielaniu odpowiedzi na tak postawione pytania. Wystarczy je zadać.

A ta wystawa szybko się opatrzy.  Zużyje i straci walor nowości, a publiczność zażąda prawdy lub sama po nią sięgnie.

No, to wam opowiem jak było naprawdę... (fragment ekspozycji)

Projekcje naścienne (fragment ekspozycji)

Ekspozycyjna nuda...

Zadzwoń do świadka historii...

Fragment ekspozycji opartej na orginalnych zdjęciach

Scenograficzna dosłowność i umowność manekinów... Sztab powstańczy

3 komentarzy do “Powstańcza Biblia Pauperum

  1. Tak,
    bardzo dobra jest uwaga o muzeach jako takich w Polsce. Te nieszczęsne filmy, szuflady z „odkrywanymi” faktami, pieczątki to jest dobre dla dzieci nie dla dorosłych, myślących zwiedzających. Ale też i pytanie, kto dzisiaj chodzi do muzeów i po co? Ja widzę tylko starsze osoby i szkolne grupy….
    a czy muzeum Powstań Śląskich zmieni sposób myślenia „inżynierów pamięci”- dobra nazwa, to wątpię. Oni tam nie chodzą i wiedzą lepiej 😉

  2. „Ale tak naprawdę wystawa w Świętochłowicach to dość zgrzebnie opowiedziana historia dla maluczkich, jak owe średniowieczne opowieści biblijne, namalowane i podawane z drugiej ręki do wierzenia.Wyrób muzeopodobny z małą zawartością witamin i składników emocjonalnie i intelektualnie odżywczych.”
    To tylko cytat z pańskiego felietonu. Myślę, że świętochłowickie muzeum skrojone zostało na miarę polskiego społeczeństwa i władzy nim manipulującej. O poziomie jednego i drugiej świadczą chociażby ostatnie wybory municypalne. Poziom interlektualny dzisiejszych odbiorców przekazu jest tak niski, że nie potrafią zrozumieć ile krzyżyżyków trzeba postawić (dawniej stawiało się jeden albo trzy w zamian autografu). Jak więc tacy ludzie, mogliby zrozumieć ideę powstań śląskich podaną w inny – bardziej rozbudowany sposób. Wszak dzisiejsze czasy to czasy komiksów.
    Mnie bardziej razi niewiedza organizatorów chwalących się tytułem „Pierwsze w Polsce Muzeum Powstań Śląskich” jakby od 1961 roku nie było „Muzeum Czynu Powstańczego” w Leśnicy koło Góry Św. Anny.
    Polska to kraj dyletantów i ignorantów i tak już pewnie zostanie, bo niezliczone uczelnie właśnie tego gatunku absolwentów produkują. Nie wiem co myśleć o tych, którzy studiów nie kończyli.
    Fakt, że powstanie tego muzeum uratowało gmach to największy sukces przedsięwzięcia. Wszak na remont czekał od pożaru w Sylwestra 1999 roku.
    Pozdrawiam serdecznie Zdzisław Klose

    1. Wiele gorzkich slow (pisze w edycji czeskiej stad brak znakow). Istotnie takze i ja zapomnialem, by wspomniec o Muzeum Czynu Powstanczego. Sluszna uwaga.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *