Rzeczy nowe. O wystawie stałej w Muzeum Żydów Polskich, zanim ją zobaczycie

Muzealnictwo, to wbrew pozorom nauka i dziedzina życia bardzo żywa. Czasami politycy (i niektórzy przedstawiciele środowiska muzealnego) chcieliby, by było inaczej, ale fakty są takie, że i tutaj pojawiają się mody, trendy i od czasu do czasu wpada powiew ożywczego powietrza. Zwłaszcza, jeśli przez przypadek lub uginając się pod brzemieniem poprawności politycznej, ktoś zostawi uchylone drzwi i do któregoś z polskich muzeów wpuści się międzynarodowych ekspertów i osoby spoza obowiązujących układów.

Tak było w przypadku wciąż przygotowującego swoją wystawę stałą Muzeum Żydów Polskich (MŻP) w Warszawie (zaplanowane otwarcie wystawy – 28 października 2014 roku). Wybitny projekt architektoniczny muzeum, fińskiego architekta Rainera Mahlamäkiego z 2005 roku, miał zostać dopełniony równie nowoczesną wystawą stałą poświęconą historii Żydów Polskich (lub może Żydów na terenie Polski, w wyniku różnych ustaleń i dyskusji znajdzie się tam bardzo skromne odniesienie do historii Żydów po 1945 r. m.in. na terenach Dolnego Śląska).

Wejście do Muzeum  DSC_0134 Mezuza. Wejście do Muzeum (cegła, która osłużyła na materiał do wykonania mezuzy, pochodzi z domu z terenu dawnego getta) Wejście do Muzeum. Fragment Fragment holu centralnegoHol główny od strony wejścia do muzeum  Hol główny Muzeum. Widziane z przejścia na I piętrze

Okno Muzeum Żydów Polskich. Fragment parteru Wnętrze Muzeum Żydów Polskich. Poziom zero. DSC_0171 (3)

Fragment dekoracji elewacji z graficznie opracowanym słowem 'Polin' - Polska (po hebr. "Tutaj spocznij")

Wnętrze muzeum. Detal ścian i sklepienia

Koncepcja wystawy stałej tworzona była niemal równocześnie z rozstrzygnięciem konkursu na gmach muzeum i gdy w 2009 roku konsultowałem z ekspertami MŻP techniczne i koncepcyjne założenia do wystawy stałej poświęconej historii Górnego Śląska (tryb organizacji konkursu, dokumentacja itd.), byłem pod wrażeniem ówczesnych dokonań zespołu scenariuszowego. Z zapartych tchem zapoznawałem się z komiksowo rozpisanym na obrazy scenariuszem wystawy stałej. Obecny scenariusz jest w dużym stopniu powtórzeniem tamtego zamysłu narracyjnego i treściowego.

Co mnie jedynie niepokoiło jako osobę, która stała przed podobnym zadaniem, to czas którego MŻP miało wtedy coraz mniej (już wówczas projekt zaczął kosztować więcej niż planowano, ale też jego cele i poprzeczkę technicznych rozwiązań postawiono bardzo wysoko) i uderzający w projekcie brak (a może słuszniej powiedzieć deficyt) obiektów muzealnych. Ta ostatnia okoliczność nie była wyjątkowa i skąd inąd jest charakterystyczna dla muzeów poświęconych pamięci Żydów i historii Holocaustu. Szczególnie w tych muzeach, które opisują losy diaspory żydowskiej w krajach Europy Środkowej i Wschodniej, gdzie z oczywistych powodów materiału muzealnego, po latach Zagłady, przetrwało niewiele.

Ten wstęp, zwracający uwagę na to, że projekt wystawy stałej ma swoją stosunkowo długą historię i pewne ograniczenia w zakresie dostępnych eksponatów, jest o tyle ważny, że bez niego dalsza analiza tego, co obecnie jest przygotowywane w Muzeum Żydów Polskich, nie byłaby rzetelna i raziła uproszczeniami.

Dzisiaj, na cztery miesiące przed planowanym otwarciem wystawy, istnieje możliwość wypracowania sobie opinii na temat tego, czym będzie dla polskiego muzealnictwa ta ekspozycja, jakim krokiem i w którą stronę. Obok bowiem doniesień na stronach samego Muzeum i na portalach społecznościowych, takich jak FB, osobiście można już zobaczyć to, co dzieje się na placu budowy(?) wystawy. Wnioski są wielowątkowe i z niektórymi z nich, pragnę się tutaj podzielić.

Ekspozycja, od czego zacznę (tworzona pod kierunkiem profesor Barbary Kirshenblatt-Gimblett, stojącej na czele licznego zespołu ekspertów z Polski, Izraela i USA), ma już niestety około 8 lat i trąci już muzealną myszką. Za chwilę wyjaśnię, dlaczego. Używając do opisu tej sytuacji praktykę z innej rzeczywistości, stan ten przypomina trochę „wypuszczanie” na rynek produktu, który technologicznie ma już za sobą pierwszą młodość, ale na rynku nadal uchodzi za coś nowego i oryginalnego. To nieco smutna konstatacja, ale od razu należy dodać, że na tle tego, co możemy oglądać w polskich muzeach, z wiodącą wystawą w dawnej Fabryce Schindlera w Krakowie i starzejącą się ekspozycją w Muzeum Powstania Warszawskiego, jestem pewien, że wystawa ta i tak spotka się z przychylnym przyjęciem zwiedzających i  części ekspertów. Publiczność, która wciąż konfrontowana jest w naszych muzeach z wystawami, które w małym stopniu są interaktywne i nie pobudzają do elementarnego zaangażowania, z pewnością polubi to co znajdzie w salach wystawowych MŻP. Formuła „kliknij” i „dotknij” (kopii), a taka dominuje na salach wystawowych muzeum, może się okazać jednak niewystarczająca, by mówić o innowacyjnym charakterze wystawy.

Właśnie, zasada „kliknij i dotknij” (najlepiej ekranu dotykowego) to coś, co ponownie (po Muzeum Chopina) może stać się kluczem otwierającym i zamykającym sferę poznania na tej wystawie. W miniony weekend obejrzałem kilka przestrzeni zrealizowanej już wystawy (m.in. „Paradisus Iudaeorum”, „Miasteczko” i „Wyzwania nowoczesności” ) i choć wiele tam ciekawych cytatów z kultury i historii Żydów polskich (jak zrekonstruowana bożnica z Gwoźdźca), to nie ma tam (przynajmniej dzisiaj) miejsca na oryginalne obiekty, na zabytki, które jako jedyne i tak intensywnie, tak perswazyjnie, przemawiają do odbiorcy…

Proponowane rozwiązania przypominają mi to bardzo mocno niektóre z pomysłów inscenizacyjnych spotykanych w innych muzeach Holocaustu (kilka rozwiązań zdecydowanie czerpie inspirację z Muzeum Historii Żydów w Berlinie), ale jest to o tyle dziwne i zaskakujące, że gdy mówimy na przykład o przypadku Berlina, to odnosimy się do projektu sprzed 2001 roku! Projekty zresztą, w kilku innych miejscach są do siebie podobne (powierzchnia, skala złożoności tematu) i choć w Berlinie miano do dyspozycji ponad 3 000 m2 ( w Warszawie jest o ponad tysiąc więcej, bo 4 200 m2), to wydaje się, że w tej konfrontacji Berlin, po latach, nadal pozostaje interesujący, wystawa (taka, jaką jest dzisiaj, co podkreślam!) w Warszawie już nie… Ograniczona liczba oryginalnych eksponatów jest niepokojący i bez nich, gdyby tak miało pozostać jak jest teraz, wystawa staje się czymś niewiele więcej niż tematyczną i edukacyjną ścieżką zwiedzania, w obrębie której tablice, kopie i rekonstrukcje, modele i zdjęcia, filmy i animacje komputerowe pozbawiają widza głębi doświadczenia i wiedzy płynącej z bezpośredniego kontaktu z zabytkiem-obiektem. A ten tylko, tak naprawdę, ma do opowiedzenia swoją niepowtarzalną, autentyczną i emocjonalnie istotną (dla zwiedzającego) opowieść.

Moje wrażenia z oglądu wystawy są nadal zbyt powierzchowne i niepełne, by stawiać tu tezy jednoznaczne w wymowie i formułować wnioski w kategorycznym tonie. To jednak czego na pewno możemy się już spodziewać w Muzeum Żydów Polskich, to dominacja „metaobiektów”, muzealiów „pozornych” (jak owa rekonstrukcja synagogi z Gwoźdźca), przedmiotów, które w żaden sposób nie uwolnią się od swojego ersatzowego charakteru…

W świecie surogatów, w którym żyjemy, gdy podobne, jest podobne do podobnego, rodzi się oczywista pokusa tego, by jak mówił Peter Sloterdjik, choć muzea pozostały „miejscami innymi od innych” i w ten sposób zachowywały, chroniły swoją wyjątkową tożsamość. Nie wiem, czy Muzeum Żydów Polskich korzysta z tej możliwości.

Pierwotnie w każdej z zaplanowanych ośmiu galerii tematycznych, miano umieścić od 8 do 15 obiektów. Mam nadzieję, że to założenie z 2008/9 roku, jest nadal aktualne i w ten sposób, część krytycznych uwag, które tutaj umieszczam straci na aktualności, a wystawa będzie czymś więcej niż barwnymi, interesującymi kulisami, w których najbardziej niepowtarzalnymi i oryginalnymi obiektami będą zwiedzający…

Jest to oczekiwanie tym bardziej uzasadnione, że jeśli myślimy o nurcie muzeów, które historycznie wpłynęły na wypracowanie nowej formuły i odnowienie koncepcji współczesnego muzeum, jako miejsca o atrakcyjnej formule poznawczej, które operuje pojęciami otwartymi w prowadzonej narracji, nawiązuje dialog z odbiorcą itd., to były to właśnie, w pierwszej kolejności, muzea Holocaustu.

To w nich właśnie od początku lat 90-tych minionego wieku, zaczęto na równych prawach ze świadectwami materialnymi, gromadzić tzw. dzieła historii mówionej (oral history testimonies), a walcząc z deficytem przedmiotów dokumentujących zagładę Żydów, sięgnięto po zapisy audio, wideo i współczesne technologie, by przekaz ten uwiarygodnić i udowodnić, że środkiem przekazu  muzealnego może być narracja oparta na pamięci, słowie, zinterpretowanym obrazie.

Paradoks tej sytuacji polegał jednak na tym, że choć obiekty te, tj. dzieła historii mówionej, początkowo dominowały u zarania istnienia każdej z placówek tego typu (w Nowym Jorku, obiektów materialnych z historii Holocaustu jest obecnie ok. 8 tys., świadectw historii mówionej 7 tys.), to z czasem, zaproponowana forma przekazu i opowiedzenia o historii Holocaustu, uwiarygadniała się do tego stopnia, że otrzymywano od darczyńców zabytki i przedmioty wprost powiązane z Holocaustem (dodajmy rzadkie i z oczywistych powodów niedostępne na tzw. rynku muzealnym), pozyskiwane do tych muzeów, jako darowizny świadków historii lub ich spadkobierców, przekonanych o zasadności tworzenia ośrodków pamięci i dokumentacji, jakimi w istocie stawały się owe muzea.

Nie inaczej było w przypadku Muzeum Historii Żydów Niemieckich w Berlinie, gdzie dopiero po otwarciu placówki, treść i formy jej działalności, wiarygodność pracy edukacyjnej, którą muzeum wykonywało, przekonało Żydów żyjących w Niemczech i poza ich granicami, do deponowania w tej placówce pamiątek i zabytków przeszłości. To one powoli zmieniły coś, co pierwotnie było system narracji i opowiadaniem historii niematerialnej, na opowieść opartą i uwiarygodnianą o konkretne przedmioty, „świadków zdarzeń”.

Mechanizm, o jakim mowa powyżej, zadziałał do pewnego stopnia także w przypadku Muzeum Powstania Warszawskiego, które z doświadczeń muzeów zagłady Żydów chętnie korzystało, gdy do wymienionych tutaj środków oddziaływania i edukacji nawiązywało, tworząc scenariusz wystawy, a potem ekspozycję otwartą w 2004 roku.

Będę zatem z zainteresowaniem czekał na otwarcie wystawy stałej w Muzeum Żydów Polskich w Warszawie. Mam nadzieję, że w przestrzeniach ekspozycyjnych, poza mniej lub bardziej udanie zrekonstruowanymi kulisami na tle i w obrębie których, rozgrywa się historia Żydów na ziemiach polskich, odnajdę jednak owe przedmioty pierwsze, zabytki, przedmioty znaczące. Te najważniejsze, które nadają sens każdej ekspozycji muzealnej, jak ów słoik z wodą z Essen, o którym piszę na jednym z wpisów na tym blogu.

Kontestować będę pominięcie na wystawie, znaczące i niepokojące, historii Żydów na Górnym Śląsku. Marginalnie pojawiają się na wystawie Katowice i inne ośrodki wspólnot żydowskich Zagłębia, ale już np. los petycji Bernheima, czy wkład środowisk Żydów Górnego Śląska sprzed 1945 roku z terenów niemieckiego G. Śląska w rozwój nauk ścisłych i kulturę, umyka autorom wystawy. Myślę, że błędem było przyjęcie tak bardzo wyraźnej i kategorycznie zakreślonej topografii administracyjnej przy opisywaniu tego, czym były losy rozmaitych grup Żydów żyjących na obszarach, które dzisiaj są lub były składowymi państwa polskiego.

I tak samo jak nie wyobrażam sobie narracji wykluczającej historię Żydów zamieszkujących dawne Kresy Polski (pokazywanych na wystawie przez sformułowany w sposób bardzo poprawny politycznie przykład ulokowanej na Ukrainie synagogi w Gwoźdźcu), tak bardzo żałuję, iż poza lakonicznymi odniesieniami do Katowic i Wrocławia (głównie po 1945 roku), znikają z tego „obrazu poznawania” Żydzi z terenu G. Śląska (Paradoksalnie równie nieprzekonująco prezentowani na wystawie w Berlinie; tam z innych względów pominiętych i zmarginalizowanych oraz sprowadzonych do kilku obiektów na wystawie i modelu synagogi we Wrocławiu).

Cieszę się natomiast i uwagę tę zostawiam, jako swoje stanowisko w sprawie wypowiedzi środowisk tolerujących lub akceptujących obecność polityków w programowaniu wystaw muzealnych (niedawno stanowisko tego rodzaju zaprezentowała przyszła dyrektor Muzeum Śląskiego w Katowicach),  że  w  przypadku MŻP, mamy do czynienia (zapewne z powodu m.in. wielu instytucji, w tym międzynarodowych zaangażowanych w finansowanie i programowanie treści wystawy stałej) z sytuacją, w której to fachowcy, a nie politycy przygotowali wytyczne, scenariusz wystawy i ją teraz tworzą. To jedyna właściwa droga postępowania.

W moim tekście pada kilka krytycznych uwag o przygotowywanej wystawie. Sądzę, że pod kilkoma względami formalnymi jest już metodologicznie „passé”. Nie zmienia to faktu, że jej otwarcie będzie znaczącym wydarzeniem muzealnym w Polsce, ważnym w budowaniu nowego dialogu polsko-żydowskiego…

Dobrze, że w przeciwieństwie do losów wystawy stałej w Muzeum Śląskim, ten nowy początek kształtują fachowcy i niezależne środowiska naukowe, a nie politycy. Ci naturalnie będą na otwarciu Muzeum, ale to nie ma znaczenia. Nie oni będą najważniejsi. To zresztą w tym konkretnym przypadku wiedzą bardzo dobrze.

Gdy 28 października 2014 wystawa stała zostanie otwarta, będę tam raz jeszcze, by zweryfikować swoje oceny, zobaczyć ostateczny kształt wystawy i może do ocen na jej temat jeszcze raz, na łamach tego bloga powrócić.

Schemat wystawy stałej. Fragment

Współczesna rekonstrukcja synagogi z Gwoźdźca Fragment rekonstrukcji synagogi z Gwoźdźca (z użyciem flesza)

Fragment ekspozycji. Wystawa stała (stan czerwiec 2014 r.) Ekspozycja stała. Fragment ("Miasteczko") Fragment ekspozycji. Stan z czerwca 2014 roku

Fragment wystawy stałej

Komentarz do “Rzeczy nowe. O wystawie stałej w Muzeum Żydów Polskich, zanim ją zobaczycie

  1. tak, prawda, tam jest mało zabytków, jeśli już to tak zwana „historia współczesna” czyli pamiątki po ludziach, którzy niedawno zmarli- ich rzeczy osobiste. Brakuje takich przedmiotów, które są stare i rzadkie, nieobecne już ani w synagogach, ani w życiu prywatnym 🙁

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *