Trzy choinki

Dedykowane anonimowej czytelniczce z Chorzowa

i tym, których oczarowała „Opowieść wigilijna” 

lub zachwyci, gdy po nią sięgną…

Intro. Dickens wiecznie żywy

„Opowieść wigilijną” po raz pierwszy poznałem bardzo późno.

Miejscem tej inicjacji literackiej, było piękne mieszkanie na rogu ulicy Barlickiego i Zwycięstwa, w Gliwicach. Właścicielka mieszkania, prowadząca zajęcia z angielskiego Pani M. była w każdym sensie, istotą z innego świata.

Angielka, żona polskiego pilota z czasów II wojny światowej, która dla miłości swego życia zawędrowała nad Kłodnicę. Tutaj (a była pierwsza połowa lat osiemdziesiątych) była jak malowany ptak. Czytająca TIME’a i Herald Tribune’a, nie mówiąca słowa po polsku, uświadamiała nam, garstce licealistów z prowincjonalnych Gliwic, że są światy i ludzie inni od nas i od tego, co było naszym uniwersum.

To tam po raz pierwszy, po angielsku czytałem  „Opowieść wigilijną” (we fragmentach) i wiedziałem, że w pewnym sensie będzie to moja książka na każde, moje Boże Narodzenie.  Jak i tam, ta moja opowieść będzie miała trzy odsłony.

Trzy choinki. 

Opowieść pierwsza

To była mroźna zima. Śnieg jednak nie cieszył. W domu nie było choinki. Dla dziecka sześcioletniego, jakim wówczas byłem, był to rodzaj smutku absolutnego…

W sklepach niedoboru komunistycznego nie było dość tych sztucznych (rodzice już o takiej myśleli), tych prawdziwych było jeszcze mniej…

Poszukiwania mojego taty okazywały się daremne. 17 grudnia nic, 18 grudnia nic… 22 grudnia,  23 grudnia też  nic.

Wigilia zbliżała się coraz szybciej . Był już 24 grudnia i myśl o Wigilii wydawała się nie mieć znaczenia, bo bez choinki i jej obecności, po dziecięcemu wyobrazić sobie Bożego Narodzenia po prostu  nie potrafiłem. To co dzisiaj pamiętam z tego dnia, to rodzaj narastającej dziecięcej rozpaczy, że nie będzie choinki, jej zapachu, kłucia igieł, anielskiego włosa i waty udającej śnieg, co pokrył drzewko…

Było już późno. 24 grudnia. Za oknem ciemno, we mnie nadzieja przemieszana z niepewnością, gdy nagle do mieszkania wparował ojciec. A właściwie choinka, jej czubek, potem reszta, no i mój uszczęśliwiony tato. Nie wiem czym bardziej. Widokiem szczęścia dziecka, czy tym że nie zawiódł i na święta była choinka.

Nie pamiętam szybciej ubranej choinki niż ta właśnie i tego jak była piękna i wyjątkowa w moich oczach. Była „naj” w każdym calu.Jodła. Pachnąca żywicznie i lasem. Choinka, która nadała nowy sens wierze w cud i magię świąt i w to, że tato wciąż wszystko może…

Opowieść druga

To był trudny czas. Bywamy w życiu na zakręcie, a ten, w moim przypadku był ostry i oczywisty.

Wigilia zaskoczyła nas wszystkich. Nagle okazało się, a był już wieczór wigilijny, że w ferworze przeprowadzki do nowego domu, zagubiliśmy gdzieś ozdoby choinkowe. Irytacja. Choinki też nie było. Przepadła.

Las był na szczęście blisko i po godzinie zapachniało świerkiem . Niestety, ozdób choinkowych jak nie było, tak nie było…

Nie wiem kto wpadł na ten pomysł, ale niemal równocześnie nasz wzrok padł na leżące na parapetach dojrzewające jabłka.

Po godzinie niemal wszystkie, różnej wielkości i koloru wisiały na gałązkach świerka… Zaryzykowaliśmy zapalenie świeczek (prawdziwe szaleństwo)  i… przed naszymi oczyma ukazało się drzewko bożonarodzeniowe, inne od wszystkiego co wcześniej znałem i widziałem. Pachnąca jabłkami, czerwono-żółto-zielona choinka… Rozświetlona blaskiem świec.  Na moment przydała naszemu życiu nadziei, że jutro będzie lepiej. Nie było. Ale cud, jej obecności, znowu się zdarzył…

Opowieść trzecia

To będzie inna wigilia. Nie będzie taty. Wyrażane każdego roku pragnienie, by nikogo nie zabrakło przy stole wigilijnym, tym razem się nie spełni.

Ale od czego są marzenia i wiara w cud, co zmienia smutek w radość i daje nadzieję?

Jak w „Opowieści wigilijnej”, po którą sięgnę i w tym roku…

Choinka

5 komentarzy do “Trzy choinki

  1. Pani K, tez tam chodziłam na angielski 🙂 dobrze pamiętam atmosferę domu. Córki chodziły do „Rymera”, młodsza była w równoległej klasie… oj Gliwice. A na rogu była księgarnia…
    ozdoby inne niż bombki były u nas w domu od czasów przedwojennych, gdy dziadek po powrocie z pracy miał umieścić szpic na udekorowanej już choince. Pikuś. Ale dziadek stracił równowagę i z drabiny przechylił się za mocno i… zjechał po choince w dół. Od tej pory były tradycyjnie ozdoby z wydmuszek, papieru i słomy! – opowieść wigilijna z uśmieszkiem
    pozdrawiam i Wesołych Świąt
    MSZ

    1. Pani komentarz utwierdza mnie w przekonaniu, że pisanie tego bloga ma sens. Dziękuję, i również wszystkiego najlepszego (Merry Christmas:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *