Dussmann. Miejsce, gdzie wciąż słychać szelest przewracanych kartek…

To jest miejsce, które zawsze odwiedzam ilekroć jestem w Berlinie. Nie dlatego, że muszę. Zdecydowanie bardziej dlatego, że mogę sobie wyobrazić wizytę w Berlinie bez zobaczenia, nie wiem Bramy Brandenburskiej (?), ale już z trudem wyobrażam sobie pobyt w Berlinie bez zaglądnięcia do Dussmanna.

Dussmann to coś czego nie ma Warszawa, nie ma Kraków. Katowice, niestety też nie mają. To wielki skład książek, księgarnia w najlepszym rozumieniu tego słowa, w której można się zagubić i odnaleźć i znowu zatracić w lekturze, oglądaniu, czytaniu, słuchaniu.

Mój pierwszy pobyt w tym miejscu, kilkanaście lat temu oznaczał strawione na czytaniu-nie-czytaniu kilka dobrych godzin. To był mój Berlin. I wiedziałem, że będę już tutaj powracał, za każdym razem. Po wielokroć.

Peter Dussmann, twórca tego projektu, pochodził z rodziny właścicieli niewielkiej księgarni w wirtemberskim Rottweil. Takiej małej, rodzinnej i prowincjonalnej, jakie może jeszcze pamiętamy i z naszych miast i miasteczek. Dzisiaj ich nie ma. Są co najwyżej składy podręczników.

Peter Dussmann przez większość życia nie zajmował się książkami. To znaczy chyba zajmował, ale pracował z myślą, by kiedyś powstało coś takiego jak Dussmann Kulturkaufhaus. Wcześniej założył i prowadził firmę zajmującą się opieką nad ludzi starszymi, obsługą biur, ich sprzątaniem. Nic „ambitnego”, jak wówczas uważano, ale on wyniósł każda z tych dziedzin na szczyty zarządzania i organizacji. A potem był rok 1966 i powstała grupa Dussmanna. Mekka dla uzależnionych od wynalazku Gutenberga. Gdy wejść do domu Dussmanna przy Friedrichstrasse, jest ich tam wciąż setki i tysiące.

To taka księgarnia, w której księgarz wie co ma na półce, potrafi doradzić, wyszukać, wymienić opinię na jej temat z przyszłym czytelnikiem. Porozmawiać o książce, autorze lub na temat innych jej na przykład krytycznych wydań. Jest częścią świata, do którego on i my należymy. Do świata książek, a dzisiaj i multimediów. To tam fani serialu ‘Mad men’ (serdecznie pozdrawiam) znajdą wszystkie sezony serialu, a miłośnicy muzyki filmowej, ścieżkę z każdego filmu jaki kiedykolwiek został wyprodukowany.  Takie miejsce.

Wciąż słychać tam szelest przewracanych stron. Widziałem tam i takich, którzy pochłaniali zapach świeżego druku, rozkoszowali się nim, błogo zagłębiając w lekturę w miękkich skórzanych fotelach, na stojąco, przy regale. Złapani na tym, że książka ich wzięła w posiadani, a nie oni ją

W podziemiach sklepu znajdują się wiszące, wertykalne ogrody Patricka Blanca, niedoszłe marzenie ogrodów porastających ulice i place Katowic… Przypomnienie prastarego lasu, korzeni, naszych źródeł. W istocie miejsce, gdzie ze swoją lub wciąż nie swoją (jeszcze) książką, możemy zejść, napić się kawy i ponownie chłonąć. Tym razem dźwięk opadających kropel wody ze ścian porosłych roślinami i zapach tego co jest przypomnieniem soczystej trawy, dusznych zapachów dżungli, chłodu górskiej wody.

Do każdej kawy, herbaty tu serwowanej, dołączony jest niewielki rulonik, starannie opleciony delikatnym, papierowym pierścieniem. Mój był tym razem niebieski. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, gdy go rozwinąłem i go bezgłośnie przeczytałem, że miał się znaleźć przy mojej filiżance. Tego dnia i w tym czasie.

„Auch aus Steinen,

die einem in den Weg gelegt werden,

kann man Schönes bauen”  

Johann Wolfgang  von Goethe

***

(spolszczenie)

„I z kamieni,

jakie rzucane są nam pod nogi,

można zbudować  coś pięknego”

J.W. von Goethe

Odkładam kartkę na bok i biorę do ręki dopiero co zakupioną książkę Hansa-Dietera Rutscha, Das Preussische Arkadien. Schlesien und die Deutschen / Pruska Arkadia. Śląsk i Niemcy, (Berlin 2014).

Przewracam pierwsze strony, a szelest kartek zagłusza tym razem opadająca w moim sąsiedztwie woda. Trafiam na prolog otwierający książkę.

Jest luty 1790 roku i oto J.W. Goethe pisze w liście do księcia Carla Augusta, o tym iż wybiera się w tym roku w wyjątkową podróż na… Śląsk. W jej trakcie (wyprawa Goethego ma wiele powodów i celów jej podjęcia), dotrze między innymi do Tarnowskich Gór, gdzie obejrzy maszynę ogniową (parową).

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to książka która w jakimś sensie należy do mnie, dotyka historii, którą kilka lat wcześniej miała opowiadać (otwierając swoją opowieść o historii G. Śląska)  wystawa w Muzeum Śląskim. Nie, nie odczuwam tym razem żalu, że tak się nie stało. Zdecydowanie jest odwrotnie. To rodzaj uspokojenia i pewności, że jeśli nie w Katowicach dzisiaj, to ktoś tę historię pozna., ba już czyta. „W świecie”, a potem tutaj.  Za chwilę zaś w Polsce, gdzie (mam nadzieję) ktoś uzna, że warto tę książkę przetłumaczyć. A czytelnik, jeden, drugi i następny odkryje, jak głęboko historia Śląska jest zanurzona w historii Europy i tamtego świata. Nie mniej niż w tej, którą światu w kilka lat później opowiadał John Q. Adams, pisząc swoje Letters on Silesia (1801) i opowiadając światu historię Śląska.

Odkładam książkę, biorę kolejne (czy wspominałem, że uzależnienie kosztuje?)… zagłębiam się w pośpiesznej lekturze…

Dussmann. Taki adres

Ogrody u Dussmanna. Wilgoć

Ogrody Dussmanna (proj. & realiz. Patrick Blanc)

5 komentarzy do “Dussmann. Miejsce, gdzie wciąż słychać szelest przewracanych kartek…

  1. Co za dziwny zapisek, czytam go już po raz kolejny i stwierdzam że to jest mój „Liebling”.
    Kiedyś odwiedzę Berlin i zajrzę do Dussmanna na Friedrichstraße.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *