Jak Adolf Pieck pozostawił tu ślad i o kanapce śledziowej też

Adolf Pieck pozostawił ślad Ulica Głęboka 11. Cieszyn. Do wejścia do sklepu z wędlinami zachęca mnie nie ich widok, ani perspektywa zakupu. Jestem przecież po kanapce śledziowej

Opactwo w Tamié. Zapiski z Sabaudii (3)

Obrazy o poranku Rozpoczynają się od pól, ponad które wstają wczesnojesienne mgły. Unoszą się nad dachami obór, pastwisk i łąk w dolinie. Droga za Faverges raptownie się zmienia. Do opactwa pozostanie taka właśnie.

Przekraczanie Rubikonu (5). Nowojorskie pośladki dziewcząt

Odniesienia do filmów są oczywiste, gdy myśleć o Nowym Jorku. Siła wyobrażeń tamtego świata, kształtującego odbiór tego realnego jest więcej niż ogromna. Nie inaczej jest ze mną, gdy codziennie rano odbywam podróż na 19 piętro biurowca, w którym znajduje się firma mojego pracodawcy i nie mogę uciec od skojarzeń z Donem Draperem i kolejnymi sezonami serialu „Mad Men”. W podobny sposób trafiamy do wind wynoszących nas na kolejne piętra tego budynku. Dopieszczony fornir z drzewa […]

Zapiski z klawiatury. Japonia (19). Tokijski kurs sushi

Tokijski kurs jedzenia sushi… Moje pierwsze spotkanie z sushi miało miejsce w małej, ustronnej restauracji na krakowskim Kazimierzu. Dziwne miejsce jak na smakowanie owoców kuchni japońskiej… A może jednak nie? Kazimierz już wtedy (był rok 2003 lub nieco później) był miejscem skrajnie eklektycznym i współczesnym. Tyglem smaków i jedynym takim miejscem w Krakowie, gdzie podróż do przeszłości, była podróżą w nieznane i czasami kończyła się  w niewielkim barze na placu […]

Christmas cake, onsen i miso soup. Opowieść o Japonii, jakiej nie znacie.

Przegrani nielubiani… Żebraczka widziana na dworcu PKP w Katowicach w 2007 roku wykrzykuje swoje nieszczęście w sposób, w jaki nikt by nie robił tego w Japonii. Mimo to postać kobiety w Katowicach przypomniała mi podobne widziane na dworcach Tokio, w Shimbashi, czy w parku Ueno.

Trochę na tak, trochę na nie…

Dziwne to bywa uczucie, „spotykać się z Polską”. Tu i teraz, gdy w jakiś nieunikniony sposób, jest się jej  „ambasadorem”(?), twarzą, osobą wywołującą potrzebę zwierzeń i wyrażania opinii na temat tego, czym jest Polska w oczach Czechów… Właśnie kupowałem wino, gdy sprzedająca mi je kobieta (mój czeski jest nadal bardzo daleki od pierwowzoru, wiec ustalenie że jestem z Polski, nie jest trudne), wylała z siebie prawdziwą kaskadę komplementów na temat urody […]

Jadłodajnia („U zielonego jelenia”)

Moja wyprawa do miejskiej stołówki to kolejna przygoda i proces obłaskawiania czeskiej rzeczywistości. Wnętrze, nieco lepsze jak w polskim barze mlecznym (pamiętam podobny zachwycający urodą i designem w Kołobrzegu przed wielu, wielu laty, który „niepokojąco” odbiegał wystrojem od barów w rodzaju kultowej „Barcelony” znajdującej się na rogu ulic Piłsudskiego i Straszewskiego w Krakowie i… wkrótce zmarniał w brudzie i zaniedbaniu).