Trochę na tak, trochę na nie…

Dziwne to bywa uczucie, „spotykać się z Polską”. Tu i teraz, gdy w jakiś nieunikniony sposób, jest się jej  „ambasadorem”(?), twarzą, osobą wywołującą potrzebę zwierzeń i wyrażania opinii na temat tego, czym jest Polska w oczach Czechów…

Właśnie kupowałem wino, gdy sprzedająca mi je kobieta (mój czeski jest nadal bardzo daleki od pierwowzoru, wiec ustalenie że jestem z Polski, nie jest trudne), wylała z siebie prawdziwą kaskadę komplementów na temat urody Sopotu, Gdańska i Morza Bałtyckiego… Szok! Czytałem, co prawda, że w tym roku frekwencja Czechów w Chorwacji drastycznie spadła, ale żeby tak wszyscy zamiast nad Śródziemne, to nad Bałtyk? A może jednak moje narzekania, że tam Czechów nie spotykamy (pisałem o tym w kwietniu na blogu), odniosły swój skutek i podczas, gdy ja tutaj, oni wszyscy tam? Fajn, jak mawiają miejscowi.

W czeskiej prasie podczytuje o przygotowaniach do realizacji filmu Gottland według Mariusza Szczygła i w ogóle, myślę, że po Wałęsie i Dobrawce (zwłaszcza tutaj, na Śląsku Opawskim), jest najbardziej rozpoznawaną osobowością i postacią „z Polski” (no, może Ewa Farna też).

Nie wiem, co na to reszta (polityków zwłaszcza), ale chyba nic z tym zrobić się nie da. Szczygieł jest nie do pobicia. O reszcie pisze się mało lub w określony, tabloidalny, sposób.  Pisali (Czesi, nie ja) o dysleksji prezydenta RP, ale poza jabłkami (by kupować własne, nie polskie), to wszystko, co jako newsy dociera tu z Polski. A, słyszałem jeszcze  w ogólnokrajowej, radiowej dwójce, Agnieszkę Holland. Sprawny czeski, szeroki ogląd rzeczywistości filmowej i telewizyjnej w Polsce i Czechach (pytana była o plany). No i satysfakcja, jak słucha się takich ludzi, że nie muszę zmieniać stacji i że choć z mocnym akcentem, to chciałbym już tak mówić jak ona, byłoby fajn…

Polska to ogrom wspomnień dla niektórych osób. Niedawno szefowa dużej korporacji opowiadała mi o swoim miesięcznym pobycie w Polsce, gdy miała 13 lat. Nie wypominając jej wieku, musiało to być w czasach słusznie minionych, tym nie mniej w jej głosie i oczach widziałem niezwykle emocje; to coś, gdy opowiadała o swojej pierwszej miłości i poznanym wówczas Polaku. I znowu morze i Gdańsk, i Gdynia…

Czy my nie moglibyśmy tak generalnie ocieplić relacji polsko–czeskich, goszcząc rotacyjnie Czechów nad Bałtykiem? Nagle i nieoczekiwanie potencjał na zmianę, poprawę naszych stosunków (skąd inąd stosunki te nie są złe, choć właśnie wczoraj była smutna rocznica wejścia wojsk Układu Warszawskiego do Czechosłowacji w 1968 roku) dostrzegam w perspektywie masowej migracji Czechów nad NASZE morze… To także szansa na porzucenie przez Czechów (gdy już muszą myśleć o Polsce) dylematu konsumenckiego, czy polskie jabłka, mięso i mleko zrujnują czeskie rolnictwo…? Takie myśli o morzu i Bałtyku, zdają się być dużo zdrowsze… No i te jabłka i owoce z Polski można by też bezkarnie kupować…

Byłem też wczoraj w Ostrawie. Musze ją lepiej poznać. To już wiem. Moderna, moderna… miasto niedocenione (w tym może podobne Katowicom).

Tymczasem, zapraszam do kawiarni „Słodkie chwile/czasy” znajdującej się przy skwerze koło Domu Sztuki w Ostrawie. Kawa jest naprawdę dobra i tania, kołaczyki też niezłe (choć lepsze są w Opawie i nie przemawia przeze mnie świeżo nabyty, lokalny patriotyzm).

No właśnie – kołaczyki. Kołaczyki podrożały i zamiast tradycyjnych 10 koron, trzeba zapłacić za nie teraz 11., a nawet 13 koron! Zdzierstwo! 30 procentowa podwyżka, no nie wiem… Czy wy to słyszycie, t r z y d z i e s t o? W Polsce taka podwyżka nie przeszłaby, chyba, bez echa…

A może Czesi, wiedzą, że nie warto tracić energii na takie bzdury? Kołaczyki, nie straciły w końcu nic na jakości (a to byłby powód, by protestować), a za koronę lub dwie trudno jest tutaj w ogóle coś kupić, więc, czy 11, czy 13 koron, nic to chyba nie zmienia, a tylko będą mniej smakowały, jak się o tym pomyśli, że zdrożały? No to, po co? „Parada” (czes. niesłychane, niesamowite…).

No i kilka praktycznych obserwacji, w rodzaju… uważać na…

Myślałem, że Czesi nie są jednak malkontentami i narzekając, trochę zaklinają rzeczywistość… Jest chyba inaczej.

Najpierw przeczytałem w miejscowej prasie, ze Czesi nie potrafią gotować dań obcej kuchni. Badania, opinie konsumentów. Poważny materiał. Mimo to, pomyślałem, bzdura… A jednak, coś jest na rzeczy. Kilka przykładów.

Nie należy zamawiać „katalońskiego deseru (sic!)”, jeśli nie lubimy kremu brullee (wybaczcie brak daszków i kresek). Bo to właśnie ów krem, kryje się pod tą oryginalną nazwą.

Barszcz ukraiński będzie krzyżówką sosu bolognese i znanego nam barszczu zabielanego, a jeśli chcemy spróbować holenderski řízek (normalnie: rodzaj schabowego), to liczmy się z tym, że będzie to nasz, polski, kotlet mielony i – o ile kelner jest uczciwy – dowiemy się, że to naprawdę ostatnie stadium mięsa, jakie do jego przygotowania uzbierano z całego tygodnia… Wasz wybór. Dziwne, ale tani też nie będzie… To, byście nie narzekali, że tanio, znaczy niesmacznie…

Można mnożyć i rozwijać ten temat, ale faktycznie, jeśli paella jest serwowana z nóżką kurczaka, to chyba coś było i jest na rzeczy, gdy sami Czesi narzekają na jakość tego, co z kuchni świata czeskie restauracje mają do zaofiarowania swoim klientom. Odradzam, raczej. Zostańcie przy czeskiej. Będzie autentycznie i swojsko. Ahoj.

DSC_2610-2

Sladky casy... Ostrawa

Ostrawskie kołacze...

Kołaczyki (2)

 

Komentarz do “Trochę na tak, trochę na nie…

  1. Podwyżki kołaczykowe (słodko bułkowe dla tych z obcych stron) to kropla w morzu w porównaniu z „Wojną croissant” w Hiszpanii. Chciałbym aby poddano próbie czeskie sushi!
    Paella tylko z nogą kurczaka, taka być powinna! Czesi odrobili lekcję z hiszpańskich wakacji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *