Kuski z węgla, jak śląskie łzy niewyschłe…

 „Człowiek zostaje zapomniany,

gdy zostaje zapomniane jego imię” 

Gunter Demnig (2014)

W fotobiografii Jana Karskiego, którą niedawno ktoś wydał w Warszawie (dla jasności dobrze, że to zrobiono, bo to postać wybitnie niedoceniona przez polską historiografię, a jego zasługi są nadal pomniejszane), w znajdującym się tam wstępie autorstwa Adama Rotfelda, przeczytałem o konieczności pielęgnowania pamięci ludzi i historii narodów, bo tylko taka przetrwa i jest piękna (w swojej prawdzie i sensie utrwalania). Każda inna sytuacja prowadzi do kryzysu historii jako wiarygodnego przekazu i zakłamania, można dalej czytać myśl autora wstępu.

Słowa takie powracają do mnie, gdy myślę o historii Górnego Śląska i Gunterze Demnigu.

Demnig to artysta i autor wyjątkowego pomnika, w skali i symbolice bez wątpienia największego na świecie (choć nie posiada zadufania i pretensjonalności dzieła spod Świebodzina).

Tym pomnikiem  są „kamienie pamięci” nazywane z niemiecka ‘Stolpersteine’. Te „kamienie” to nic innego jak wykonane z mosiądzu pamiątkowe tablice (o rozmiarach kostki brukowej), umieszczane w chodnikach przed ostatnim miejscem zamieszkania ofiar nazizmu. Znane są w 18 krajach świata, w ponad 1000 miejscowościach. Kamieni pamięci ułożono dotychczas (stan na wrzesień 2014) 48 000 i liczba ta choć powoli, to wciąż rośnie…

Projekt Demniga to ludzka potrzeba nie tylko nazwania zbrodni zbrodnią, lecz przede wszystkim upamiętnienia i policzenia ofiar, by pamięć o nich nie zaginęła, a historia i jej przebieg nabierał sensu i ludzkiego wymiaru. Pozwalał ją ‚ogarnąć’ przez pryzmat pojedynczych losów.

Ostatnie „Stoplersteine’ jakie widziałem, to kamienie na chodniku przy krnovskiej synagodze. Jeden z nich poświęcony jest ostatniemu rabinowi wspólnoty krnovskich Żydów. Ucieszył mnie ich widok, bo oznacza powrót do normalności i społeczne przyzwolenie i potrzebę mówienia o historii i prawa do pamiętania.

Myślę, że nie jest możliwe myślenie o przeszłości bez policzenia ofiar i zrobienia bilansu tego, co się na nią składa. Bez odważnego opowiedzenia o tym, jaka naprawdę była (historia).

Podobają mi się słowa  Zygmunta Miłoszewskiego (zaskakująco ideowo mi bliskiego (?),  gdy pisze, że jest zacietrzewionym antykomunistą), że „(…) jeśli ktoś chce być dumny z historii swojego kraju, to powinien też czuć wstyd z powodu tego, co było w tej historii nie tak (…)” (Rzeczpospolita, 13-14 grudnia 2014).

Piszę celowo (i prowokacyjnie) o owej bliskości ideowej (zapewne jej nie ma, nieważne jest to tutaj zupełnie), bo wypowiedź ta pojawia się w Rzeczpospolitej, tytule prasowym, który konsekwentnie odmawia Ślązakom prawa do prawdy o własnej  historii, nawet jeśli prawda ta miałaby boleć i być powodem zawstydzenia (dla innych). Przykładem owego stosunku do Ślązaków jest publicystyka Piotra Semki, czy w ogóle perspektywa przyjmowana wobec relacji polsko-niemieckich. W tym samym numerze znajdziecie wywiad z profesorem Zbigniewem Mazurem, ubolewającym nad istnieniem ‘dobrych Niemców’, jako sposobu służącego zacieraniu ‘prawdy historycznej’. Ciekaw jestem co na jego słowa powiedziałby Władysław Szpilman, uratowany przez… oficera Wehrmachtu, Wilma Hosenfelda. (To taki rodzaj przestrogi, że takie i podobne uproszczenia prowadzą donikąd). Wróćmy jednak do głównego wątku tego wpisu.

Historia Górnego Śląska domaga się prawdy. Po latach, dekadach wciskania mieszkańcom Śląska przysłowiowego kitu lub poniewierania jej na przykład nadawaniem miastu Katowice nazwy Stalinogród (nie uczyniono czegoś podobnego wobec żadnego innego polskiego miasta; Śląsk tradycyjnie musiał ‚udowadniać’ jako ten gorszy od innych, że… gorszy nie jest).

Jestem pewien, że bez na nowo opowiedzianej historii nie będzie możliwe pełne otwarcie cywilizacyjne Śląska. Jego marszu ku nowoczesności, zajęcia się tym co stanie się z nim jutro, za lat dziesięć, czy za dwadzieścia.

Takie podejście do Śląska wydaje się być postulatem potrzebnym i zasadnym cywilizacyjnie, inaczej Śląsk ugrzęźnie (i my z nim) w przeszłości i tam pozostaniemy. Ku zadowoleniu tych, których ten rodzaj stagnacji będzie cieszył. Nawet z tak prozaicznych powodów, że sytuacja taka pozwala im na utrwalanie „ich” prawdy i narracji historycznej, w którą nikt już nie wierzy. Bo nie wierzy, oni też to już wiedzą.

Patrząc na „kamienie pamięci” wyobraziłem sobie miasta Górnego Śląska pokryte srebrzystymi refleksami kostek wykonanych z węgla, na których wyryte byłyby nazwiska ofiar nazizmu i komunizmu…, totalitaryzmu stalinowskiego. Bezimiennych (dotychczas) ofiar tych zbrodniczych systemów.

Nazwiska tych Ślązaków poległych we wrogich sobie armiach, deportowanych (liczby są tak różne, że pozostanę przy zweryfikowanej liczbie 40 tysięcy osób; szacunki mówią nawet o 200 tysiącach osób), zamordowanych przez nazistów, ‘wyzwoleńczą’ Armię Sowiecką, i wreszcie komunistyczny aparat represji.

Nazwiska tych co, nie powrócili do swoich domów…

W  domach tych przechowano o nich pamięć, która im się po ludzku należała, a była zakazana. Nie wychodziła dalej, bo nie mogła. (Nawet ten fakt  bywa zakłamywany przez część historyków i publicystów, mówiących, ze „to nie my, to komuniści” ponoszą za to odpowiedzialność. Ciekawe, ze nie lubimy gdy Niemcy, pisząc o historii II wojny preferują mówienie o nazistach, a nie o sobie samych, czyli Niemcach. Skąd u nas te dwie miary?)

Widzę więc oczyma wyobraźni te miejsca… Takie jak Łabędy (gdzie znajdował się jeden z największych obozów deportacyjnych dla Ślązaków), które nagle rozświetlą się wysrebrzonym błyskiem polerowanego węgla (lub materiału, który będzie go przypominał).

Tych symbolicznych łez skrycie wypłakiwanych przez lata przez najbliższych lub łez odżałowanych, których nigdy nikt nie mógł uronić, bo nie było (już) komu. Czas dojrzał,  by tymi znakami pamięci, pokryły się ulice śląskich miast i osad. Migocące srebrne ogniki, błyski na ulicach Świętochłowic, Miechowi, Katowic, Zabrza… Lista jest długa.

A nas to (o)pamiętanie dzisiaj ocali i pozwoli pójść ku  przyszłości.

„Kamienie pamięci”  – Stolpersteine , te istniejące w Niemczech i w tych krajach, gdzie się pojawiły, potrafią okrutnie uwierać.

Znam miasta, takie jak Dusseldorf , gdzie przyjmowano je niechętnie, wręcz wrogo. Ale one mają uwierać i być niewygodne, właśnie jak kamień obcierający stopę w bucie. Mają przypominać o nieobecnych i powinny się pojawić, by niemo wykrzyczeć prawdę i opowieść, bez której człowiek traci imię, a kolejne pokolenia poczucie sensu i przynależenia.

Pomimo i wbrew tym,  którzy o te kamienie będą się mentalnie potykać, bo „(…) jeśli ktoś chce być dumny z historii swojego kraju, to powinien też czuć wstyd z powodu tego, co było w tej historii nie tak (…)”… Każdej, własnej też.

Śląskie łzy niewyschłe…

Kamienie pamięci. Są, potykamy się o nie, przypominamy sobie... (Krnov, 2014)

Krnovskie kamienie pamięci (2)

Krnovskie Stolpersteine. Wśród nich nazwisko ostatniego rabina wspólnoty Davida Rudolfera

Śląskie kamenie pamięci, których wciąż nie ma... (na zdjęciu kamienie z Krnova)

 

 

 

2 komentarzy do “Kuski z węgla, jak śląskie łzy niewyschłe…

  1. Tylko nazwiska ofiar nazizmu i komunizmu? A nazwiska ofiar przesladowan mniejszosci (po obu stronach slaskiej granicy) i nazwiska ofiar walk bratobojczych, zwanych „Powstaniami Slaskimi”?

    1. Zostawiam to innym. Ich inicjatywie i energii. Najłatwiej jest chyba tylko kontestować? Pozostać na pozycji krytyka? Pozdrawiam i dziękuję za komentarz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *