Słowo na środę (1 października 2014 r.)

Od czasu do czasu trafiam na słowa, które w języku czeskim mnie zaskakują, pewne nieco śmieszą (bo po prostu są inne). Są i takie, które pojawiają się znienacka i w jakimś sensie uwodzą, zapadają w pamięć, nie opuszczają.

Niedawno czytając miejscową prasę, natknąłem się na tekst poświęcony sercu Chopina i temu, co można nazwać kontrolą stanu zachowania serca wielkiego muzyka. Prasa polska pisała o tym dość i wystarczająco, nie będę tutaj przytaczał faktów, które przy okazji inspekcji słoja z sercem wielkiego kompozytora i pianisty trafiły do mediów. Gombrowicz miałby przy okazji używanie, myślę, wykpiwając całą tę napuszoną  narrację, o tym co i dlaczego.

Tekst w czeskiej prasie, siłą rzeczy koncentrował się na informacjach, które – jak losy serca, jego historia podczas II wojny światowej – są mniej znane miejscowemu czytelnikowi.

W natłoku dat (może zresztą dość oszczędnie to przytaczanych) pojawiła się informacja, że do 1880 roku, serce Chopina znajdowało się w… piwnicach kościoła św. Krzyża, czekając na decyzję władz kościelnych dotyczącą umieszczenia go bezpośrednio w świątyni. Powodów dla zwłoki było wiele. Jak to w Polsce, śmierć, nie stanowi jak wiadomo powodu, by –  jeśli w ogóle – mówić o zmarłych, to tylko dobrze. (Przypomnę w tym miejscu spory o dorobek i miejsce pochówku Miłosza, dyskusje o Herbercie, w mniejszym stopniu oceny ferowane pod adresem Szymborskiej)

Chopin, jak podkreślał czeski dziennikarz, miał za sobą nieformalny związek z George Sand i już z tego powodu, jego osoba nie była jednoznacznie oceniana. Skutkiem tego, przez kolejne, długie lata, pomimo muzycznych zasług, ocena ta zamykała jego sercu, moczącym się prawdopodobnie w wyśmienitym, 70% francuskim koniaku, drogę do filara w kościele św. Krzyża.

Mniejsza o te zdarzenia, dzisiaj łaskawie przemilczane. Ciekawsze jest to, że serce jak napisano, przez ponad dwie dekady spoczywało w podziemiach kościoła, wśród (uwaga!) haraburdi…, czyli pomiędzy różnymi rupieciami i starzyzną, tam zalegującą.  Wyostrzyłem swoją uwagę, czytając (i poznając) tak niezwykłe czeskie słowo…

Słowo haraburdí na tyle przykuło moją uwagę, że prawie natychmiast zostawiłem Chopina i tekst na temat jego zszytego, schorowanego serca (choć, to ciekawsza lektura, niż niektóre inne artykuły poświęcone Polsce, zmilczą o czym i o kim pisane). Zresztą nawet gdybym chciał komentować wątek serca Chopina tkwiącego w podziemiach kościoła, to nie miałbym innego (poza złym) komentarza do tego, że tak się z nim paskudnie przez lata obchodzono. Nie dziwi mnie to zresztą, aż tak bardzo. W końcu, indywidualności są u nas tępione od zawsze. Zapewne dlatego, gdy kiedyś chcieliśmy budować nad Wisłą „drugie coś”, padło na Japonię, bo zarówno tam, jak i u nas „wbija się do deski, gwóźdź, co wystaje” (przysłowie japońskie).

Wróćmy do haraburdí…

Słowo to oznacza starocie, starzyznę, rzeczy stare i niepotrzebne. Ma także swoją inną formę, jaką jest jeszcze bardziej egzotycznie, by nie powiedzieć orientalnie brzmiące harampádí. (Niestety, nie udało mi się ustalić jego etymologii. Poczekam, takie rzeczy same przychodzą, z czasem…)

Czy nie wydaje się Wam, że tego to słowo posiada w sobie coś, co jest przypomnieniem dziecięcych zaklęć w rodzaju abrakadabra, wypowiadanych z hiperpoprawną wymową przez dziecięcych adeptów lingwistyki podwórkowej, zabawowej i magii stosowanej, w jednym? Mnie na swój sposób zachwyciło i zapadło w pamięć.

Wciąż nie znam wielu potrzebnych i użytecznych (potencjalnie) słów czeskich.

Jednak w tym ciągłym deficycie słów posiadanych i przyswojonych, harampádí na pewno pozostanie wśród tych, o których istnieniu już nie zapomnę.

Takie słowo na dzisiaj i na jutro.

A, i kofola dopita do końca. Czas kończyć, Ahoj!

 Była kofola i... nie ma już...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *