Baron na ośle. Opowieści z doliny rzeki Tarn (1)

Trudny początek. Spływ, którego nie było

Tarn jest królową  tutejszych rzek, królową Garonny. Jak każda rzeka, która korzysta z dopływów strumieni i rzek górskich, potrafi narobić kłopotów. Wystarczy, że popada. Gdy deszczu jak na lekarstwo, a tak jest w tym roku i panuje dotkliwa susza, jej wody drastycznie opadają. Taką ją zobaczyłem w pobliskim, ceglano-jajpurskim Albi, gdzie zwykle szeroko rozlewa swoje wody. Teraz po kilku tygodniach upałów widać to nawet w jej górnym biegu w mikroskopijnym Trébas les Bains, gdzie w ciągu kilku ostatnich  dni poziom wody obniżył się o ponad trzy metry. Trudno jest po niej płynąć kajakiem. Mnie się niestety nie udało. Po niespełna kilometrze spływu jestem na brzegu Zabrakło wszystkiego. Sił też.

Nie o tym jednak ma to być opowieść.  Ma być o pamięci I wojny światowej… Jest tu obecna każdego dnia. Wybija się w pejzażu miast, wsi, przysiółków. Stanowi fenomen, o którym niemal pierwszego dnia postanawiam napisać.

A tutaj ten kajak…

Żółty i porzucony, leży martwy na kamienistym brzegu rzeki, a ja myślami wracam do odbytych już podróży przez liściaste lasy doliny Tarn. Małe, esencjonalne espresso w jedynej kawiarni w Trébas będzie musiało zastąpić mi wrażenia z 13 kilometrów spływu. Nie jest to coś o czym marzyłem… Zamówię więc drugie i podbiję stawkę.

Tkwię w oczekiwaniu na ludzi, którzy mnie i kajak ściągną z rzeki i zawiozą do stacji początkowej w Trébas…

Dolina rzeki Tarn. Pierwsza odsłona

Życie biegnie tu generalnie wolniej, co miewa też swoje uroki.

Okolice się wyludniają, coraz mniej mieszkańców. Młodych szczególnie. Dawne wioski i osady, czasami całe miasteczka podupadają. Kurczą się, zyskują na prowincjonalności. Ta prowincjonalność ma swój urok, jeśli uznać za  tę okoliczność to, że wszyscy się znają. Prowincjonalność ma jednak i tę zaskakującą cechę, że w największej (niech mi wybaczą) „dziurze” są obowiązkowo dwa stanowiska do zasilania samochodów elektrycznych… Przywołuję dla porównania mapę Polski. Deprymujące wnioski.

Trébas jest przykładem na to, że kultywowanie tradycji rzemieślniczej i lokalnej wytwórczości rolnej ma sens. Na niedzielnym targu posmakować i kupić można wszystko co wiąże się wprost z lokalną i francuską tradycją kulinarną.

Przy okazji wędrówki po kolejnych stoiskach spotykam Rotema Froimovicza, Żyda pochodzącego ze… Szczecina. Wyraźnie ucieszył się na wiadomość, że jestem z Polski. Wspólnie ze swoją dziewczyną Julie Ruiz prowadzą obwoźną piekarnię i zajmują się tradycyjnym wypiekiem chleba. Krótka rozmowa o tym jak trafił do Francji i jakie jest i nie jest życie tutaj. W tym czasie kolejne bochenki chleba sprawnie i malowniczo okręcane papierem (nikt tak ich tutaj tak nie pakuje) trafiają do rąk klientów. Trochę przypomina mi to pakowanie podpłomyków w Jerozolimie, a może chleba na targu w Tel-Awiwie. Oboje przybyli na targ z dalekiego Fontvieille, ale cieszą się już tutaj zasłużoną renomą. Rotem nalega, by pisząc o nim i ich  chlebie („żytni, wyłącznie na zakwasie”), nie zapomnieć o Julie. „Jesteśmy razem, tylko tak o nasz napisz” – dodaje.  „Napisze” – zapewniam.

Moim przewodnikiem po targu jest Yves. Po drodze krótka wymiana zdań na temat, a to soczystości melonów (Irene kupi ich kilka na kolejne dni), a to octu wywarzanego z miodu pitnego, wędlin i serów. Francja to wielki stół biesiadny i tłum smakoszy, który do niego zasiada każdego dnia. Wiem jednak (to wiedza z dawnych już lat), że prawdziwą ucztą potrafi być wyśmienity chleb, wino i świeże masło. Zawsze smakuje, nawet w tokijskiej Odaibie, gdy powracałem do swoich wędrówek po Francji.

Krążę tu po okolicznych miasteczkach i ich reliktach. Tego co z nich zostało.

Takim czymś (nie wiadomo w sumie czym) jest mikroskopijne miejsce o nazwie Le Port, które liczy kilka domów i już od dawien dawna żadnym portem, ani przystanią rzeczną już nie jest. Jedynie resztki miejscowego młyna wodnego przypominają o związkach z  rzeką Tarn, choć chodzące po grządkach kury nadają temu miejscu dużo bardziej rustykalnego, niż portowego charakteru.

Kolejne z pobliskich miasteczek Villeneuve sur Tarn.

Malownicze, lecz boleśnie opustoszałe. Dojeżdża się doń długim kamiennym mostem rozpiętym nad rzeką. Przeprawa rozpięta na wielu łukach zbudowana została w 1902 roku i wydaje mi się, że jest to czas kiedy miasteczko, jak inne w tej okolicy, przeżywało swój spektakularny rozwój związany z wydobyciem w tych okolicach węgla kamiennego. Kto nie pracował przy jego wydzieraniu ze zboczy i dolin, zapewniał górnikom strawę, odzież, uprawiał tutejsze pola, bywa że nieprawdopodobnie nachylone i biegnące z rozpędem ku dolinom. Pamiętam zdjęcie widziane w jednej z książek z biblioteki Irene. Otwarcie mostu. Tłum ludzi, gapiów, wpatrzonych w obiektyw fotografa umieszczono sporo ponad nimi. Na pierwszym planie elegancki pan w cylindrze. Architekt, mer. Jest ważny, po jego bokach też osoby odgrywające jakąś w tym wszystkim rolę. Magia fotografii – starej, poważnej, świadomej mocy utrwalania chwil, które dzięki temu pamiętać będzie każdy, kto zobaczy to zdjęcie. Jak widać ja też już zapamiętałem ten moment.

Villenueve to dzisiaj idealne kulisy niezrealizowanego filmu, który miałby być opowieścią o południu Francji sprzed… 80 czy  100 lat. Jeszcze na zdjęciach z lat 70-tych , a nawet 80-tych XX wieku (umieszczanych tutaj chętnie dla ożywienia pamięci o historii miasteczka), widać to samo, choć inne miasteczko. Bardziej ludne, gwarne.

 

Ze zdjęć dobiegają nieme okrzyki i hałasy dzieci fotografowanych przed miejscową szkołą. Przypominają mi zdjęcia, jakie wykonywano nam raz do roku w gliwickiej podstawówce, gdy w szkole (raczej nagle) pojawiał się fotograf. Nas jednak ustawiano i zmuszano do pozowania do zdjęcia, więc chyba wolę te tutaj, które oglądam na jednej z tabliczek rozsianych po miasteczku. Te i pozostałe jednoznacznie uświadamiają patrzącemu, że złote lata prosperity osady nad rzeką Tarn minęły bezpowrotnie gdzieś u schyłku  lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych 20. wieku.

Nic nie ostało się z tłoczących się przy wąskiej uliczce warsztatów szewców, kołodziejów, kotlarzy, stolarzy, hydraulików, zegarmistrzów. Ostatni sklep spożywczy zamknięto tutaj pod koniec  lat osiemdziesiątych i od tego czasu zakupy robi się w pobliskim Trébas (1,5 km).

Z istniejących tu kiedyś dwóch hoteli żaden nie działa. To znaczy trwają ich malownicze fasady i wypłowiałe, a kiedyś błękitne okiennice i mansardowe dachy, pokryte jak wszystko tutaj grafitowym łupkiem. Milczą dzwonki przywołujące concierge’a. Jeden stoi pusty. W drugim też jakby dla spokoju właściciela wynajęto pokoje na wieczność i dla pewności założono kłódkę na drzwi. Asfalt pali w stopy.

Na szczęście jest kawiarnia i bar działający popołudniami. Jest merostwo (Yves jest tutaj wicemerem, co pozwala na krótką wizytę w środku i zorientowaniu się w sprawach gminy). Przy nim charakterystyczny dla całej Francji pomnik upamiętniający poległych w I wojnie światowej. Obok mikroskopijne muzeum prowadzone przez entuzjastów historii lokalnej. Tego dnia spotykam tam Fionę (sic!), Angielkę od lat mieszkającą ze swoim mężem artystą-rzeźbiarzem w Villeneuve. Jest z Manchesteru. Nie, pochodzi z Manchesteru, lecz jest już stąd. Bez wyrzutów używamy angielskiego. Dla mnie to  czas lingwistycznego wytchnienia. Small talk przechodzi w rozmowę głębszą i bardziej osobistą.  Gdy kilka minut później spotykamy się w większej grupie w kawiarni, w naszych kieliszkach syczy miejscowe, różowe wino. Jest schłodzone (nadal panuje wysoka temperatura) i już przez to rewelacyjnie smakuje. Dopełnia i podsyca rozmowę o pobycie we Francji, o Polakach w UK i rzeźbach jej męża Malcolma.

Miejscowe osady to złożenie krętych uliczek i kamiennych domów wraz z  masywnymi okiennicami. Oczarowują swoją urodą. W tradycyjny dla miejscowej architektury sposób, powyżej okien sterczą wbite w mury stalowe pręty. Po nich rozpełza, wspinając się i opadając, winna latorośl. Daje cień i ukojenie w takie dni jak dzisiaj. No i rodzi najsłodsze winne grona. Przydają się jako rodzynki do świątecznych ciast, baza do nalewek i syropów.

Lubię, krążąc myślami po okolicy, powracać do historii barona z pałacu Saint André (kolejna mini osada w pobliżu). Jego rezydencja położona malowniczo na wzgórzu (dzisiaj niestety niedostępna dla zwiedzających), wzbudza moją ciekawość ilekroć ją widzę. Tym bardziej, że  znam zabawny epizod z historii ostatniego z właścicieli sprzed i z czasu rewolucji francuskiej. Utraciwszy majątek i gospodarstwa przylegające do pałacu, popadł w ogromną biedę, umiarkowanie dostosowany do  nowej sytuacji społecznej i zamętu rewolucji. Próbując się utrzymać prowadził obwoźną sprzedaż koziego mleka. Rozwoził je po okolicznych wsiach, jeżdżąc na ośle. Takim go zapamiętano (imię gdzieś w tej opowieści umyka) i historia ta po dziś dzień jest powtarzana przez miejscowych.

Błądząc wzrokiem po brzegu rzeki, dostrzegam wreszcie samochód z przyczepą i ekipę, która przyjechała po kajak, po mnie i wciąż nie może uwierzyć, że tak szybko zakończyłem swoją wędrówkę po rzece Tarn. Jest więc coś nas łączy. Powracamy w krępującym milczeniu.

[lipiec 2018 r.]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *