Osada złych psów. Droga do Négremont. Opowieści z doliny rzeki Tarn. (2)

Opuszczam La Barazié. Celem podróży jest licząca kilkanaście domostw osada Négremont, kiedyś licząca blisko 200 mieszkańców, gmina i parafia równocześnie.

 

Po drodze lasy fantastycznej urody. Przystajemy na moment. To co widzę, wygląda  jak puszcza  na księżycowej Pandorze (w filmowym „Avatarze”), a może swoim nastrojem bliższa jest obrazom z goethowskiej ballady „Król olch”?  Wcześniej oglądane kwiaty passiflory błękitnej, które oplatają zabudowania Yves i Irene w Barazie pogłębiają poczucie odrealnienia i egzotyki miejsca.

  

 

Wspinamy się po krętej drodze biegnącej doliną górskiego dopływu (jednego z ponad 39.) rzeki Tarn. Dziwny to dopływ, bo nie wymienia go Wikipedia. Wnioskuje z tego, że choć ma swoją nazwę i jest oficjalnie Potokiem Malagousse, to jego długość nie przekracza 10 km, bo tylko takie i dłuższe dopływy trafiły na listę tych oficjalnych. Nieistotne. W Internecie go co prawda nie ma, ale tutaj toczy swoje wody, co jest przykładem wyższości realu nad światem 2.0. Co więcej, plusk potoku wieczorem i nocą kołysze mnie do snu i przynosi nieosiągalne odczucie chłodu, gdy kończy się (kolejny) upalny dzień. Za dnia kusi mnie krystaliczną czystością wody, ilekroć do niego się zbliżam lub przekraczam na którymś z mostów i kładek, jakie nad nim rozpięto.

Podróż do niedalekiego Négremont pokrywa się z gminnym traktem do miasta Alban. To ostatnie jest brzydkie i niewarte uwagi, choć w tym roku jego mieszkańców rozpiera duma z powodu goszczenia kolejnej edycji Tour de France. Z tej okazji przydrożne trawniki są skrupulatniej niż zwykle wykaszane, a przy drodze pojawiają się pierwsze informacje o tym, że wyścig gościć tu będzie 22 lipca.

Podróż przebiega nie tylko krętymi, ale bardzo wąskimi drogami. „Tak jest taniej” – słyszę, a ich rozbudowa – „nie ma sensu ekonomicznego”. „Trzyma też z daleka intruzów” – ten pogląd też znajduje tutaj zwolenników. Są tak wąskie, że spotkanie z ciągnikiem (jest ich tutaj niemało) lub samochodem wywożącym drewno z lasu oznacza jazdę na wstecznym do miejsca, gdzie wyminięcie będzie możliwe. W praktyce jest to za każdym razem 200-300 metrów cofania się na ostrych zakrętach i podniesiony poziom adrenaliny.

Na Négremont zwróciłem uwagę z kilku powodów.

Ten pierwszy był banalny i jak bywa w takich razach utkwił mi w głowie na dłużej niż bym chciał.

„To niebezpieczne miejsce. W centrum mieszka właściciel trzech psów. Są bardzo złe i niebezpieczne” – powiedziała mi Iréne, gdy jechaliśmy przez Négremont pierwszy raz, a ja poprosiłem o zatrzymanie się. Gdy zobaczyłem je zza szyby samochodu, uwierzyłem jej z miejsca. Psy były duże, potężne i z trudem tolerowały cokolwiek co znajdowało się w ich pobliżu. Nasz samochód również. Przestałem nalegać byśmy się zatrzymali. „Biegam od nich wolniej i mam mniejsze kły. Nie mam szans” – pomyślałem z żalem.

Pomimo tych trudności coraz bardziej tęsknym okiem patrzyłem na wieżę kościoła w Négremont, której szczyt widziałem z niedalekiego La Barazié.

Powodem tej fascynacji była przedziwna przestrzeń, którą tworzy współczesny Négremont, a która jest pozostałością po tym, co było tętniącym życiem miasteczkiem. Kiedyś miasteczko – dzisiaj wyludniona wieś. Wydała mi się tak charakterystyczna dla tego co tutaj oglądam, że z miejsca zyskała wymiar symboliczny.

Centrum osady zajmuje (jak zawsze w starych gminach i parafiach równocześnie) kościół. Ten tutaj pod wezwaniem świętego Marcina. Przebudowany w XIX wieku, dzisiaj choć w rękach prywatnych, jest udostępniany wiernym przez właściciela z Marsylii.

Obok znajduje się dawne probostwo i cmentarz. Niegdysiejszy budynek merostwa po przeciwległej stronie placu (a kiedyś rynku), zamieszkuje właściciel owych psich „bestii”. To zasadniczo zamyka aktualny spis mieszkańców.

Pośrodku dawnego rynku ówczesnego Négremont, dzisiaj bezceremonialnie przeciętego drogą do Alban, znajduje się pomnik upamiętniający żołnierzy poległych w I wojnie światowej.

Od czasu, gdy zwracam na owe pomniki uwagę (na Śląsku o czym pisałem na blogu i tu we Francji), tutejsze przykuwają ją umieszczanymi na ich szczycie postaciami żołnierzy piechoty francuskiej, przedstawionymi w pozie spoczynku.  Noszą legendarne, błękitne mundury  horizon blue, które wprowadzono na wyposażenie francuskiego wojska w 1915 roku. W Polsce znamy je za sprawą błękitnej Armii Hallera.

Upór w końcu się opłacił i pewnego dnia (to jest ten dzień) docieramy do Négremont. Mamy informację, że psów na pewno nie będzie i spokojnie możemy zwiedzić i miejsce, i przyjrzeć się tutejszemu pomnikowi.

Wizytę w Négremont potraktuję jako z dawna odkładany pretekst do spotkania z pamięcią zbiorową Francuzów, pamięcią wojny światowej. Refleksja ta zawsze pojawiała się we mnie ilekroć mijałem pomniki I wojny obecne w każdej z osad, w wioskach i w miastach Francji. Widzę w nim szansę na zrozumienie tego, dlaczego w 1939 roku ta część Europy tak beznadziejnie i za każdą cenę chciała uniknąć powtórzenia się okropności wojny…

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *