35 mm i ani kreski więcej

Czy rację ma bohater Michela Houellebecqa, pisząc w Mapie i terytorium, że wielcy fotograficy „(…) nic nie odkrywali, po prostu stawali na wprost człowieka i naciskali spust migawki, z jękami zachwytu pstrykając setki przypadkowych ujęć, z których później wybierali najmniej kiepskie (…)”?

Jeśli tak naprawdę rodzi się wielka fotografia, to  składam cichy hołd Robertowi Capie, gdy w 1936 roku zatrzymał w pół kroku Upadającego żołnierza (1936) w zrewoltowanej Hiszpanii i pozwolił mu żyć… prze kolejne dekady i trwać w tej pozie na zawsze.

Zazdroszczę Alfredowi Esiennstaedt, że spuentował  koniec II wojny, jako namiętny pocałunek dwojga zakochanych na Times Square w 1945, których śmierć ominęła.

Jestem dłużnikiem Paula Wolffa, że dzięki niemu pożeglowałem na pokładzie Zeppelina, hen daleko poza granice ówczesnego poznania.

Milan Kundera (mam do niego wyraźną słabość), zauważył, że „pamięć ludzka nie jest filmem, pamięć robi zdjęcia”. Może także dlatego do obrazów na wystawie jest łatwiej wracać. A gdy raz, jeden jedyny obejrzane, na zawsze stają się nasze? Czy to nie wyróżnik wielkiej fotografii? Ten poziom identyfikacji i uznania za swój obraz?

Wystawa w berlińskim  C/O Berlin  Augen Auf! (Oczy Otwórz!) została zorganizowana w stulecie wynalezienia małoobrazkowego aparatu fotograficznego Leica.

Aparat na film o klatce 35 mm, choć pojawił się u kresu jednej epoki (w marcu 1914), to zrewolucjonizował fotografię nowej ery już po 1918 roku. Dokumentował czasu entuzjazmu i radości tych, którzy tę wojnę przeżyli i mogli zachłysnąć się urodą życia. Był w rękach tych, którzy potem musieli i chcieli opisać  resztę tego wieku. Powiedzmy sobie to wprost, że nie znalibyśmy go tak dobrze bez fotografii właśnie… i tych skromnych 35 mm.

Bez małego obrazka nie byłoby wielkich zdarzeń…

Nie wiedzielibyśmy, nie pamiętalibyśmy  jak wiek ten był wyjątkowy, tragiczny, okrutny i jak świat się zmienił. Na oczach naszych… nie chyba właśnie na klatkach o długości 35 mm. Ocean treści, zawarty w wypukłości ludzkiego oka.

Fotografia małoobrazkowa legła u źródeł współczesnego nowego widzenia, (niem. Neues Sehen), jak wówczas mawiano. Zbliżenia lub kadru asymetrycznego, ujęcia prasowego, dynamicznego. Tuż przy twarzy, w absolutnym i bliskim kontakcie.

Na wystawie zobaczyć można fantastyczne zdjęcia Ericha Salomona, mistrza fotografii prasowej lat dwudziestych i trzydziestych 20. wieku w Niemczech. Kiedy dzień później na żydowskim cmentarzu na Penzlauer Berg natknąłem się na grób jego rodziny i symboliczną tablicę poświęconą jego pamięci (zamordowano go w Auschwitz), nie potrafiłem ukryć wzruszenia i tym bardziej oglądać świat, który go skazał na unicestwienie, jego oczyma. Co za przewrotność zapisu fotograficznego, gdy staje się po obu stronach obiektywu, a zdjęcie wykonuje fotograf z Auschwitz Wilhelm Brasse?

Fotografia małoobrazkowa musiała (abstrahując od ceny aparatu tej marki) zrewolucjonizować fotografię w ogóle. Pewnie dlatego trafiła w zaklęte rewiry paryskiego półświatka opisanego przez Christer Strömholm. Jej Nana z Place Blanche (1961) jest symboliczną ikoną całej wystawy.

Bez małego obrazku i Denisa Stocka, nie byłoby Jamesa Deana Ćmiącego (w kąciku ust) papierosa i gardzącego światem, który go uwielbiał. Nie poruszałyby nas zaangażowane społecznie zdjęć Sebastiao Salgado,  a Erich Lessing nie opowiedziałby o okropnościach Powstania w Budapeszcie w 1956 r.

Tych ikonicznych zdjęć na wystawie (niemal w 99% to odbitki vintage print!) jest więcej niż można wyliczyć, zresztą po co?

Czy ktoś widząc je pierwszy raz (a zawsze jest ten pierwszy) zastanawia się kto i kiedy zrobił zdjęcie Che Guevary (1960, Havana, Alberto Korda) albo kto stał na wprost wietnamskiej dziewczynki, nagiej i przerażonej, gdy  ucieka z wioski, na którą właśnie zrzucono tony napalmu? (Nick Ut, 1972).

To obrazy, które należą już do nas, są częścią naszej pamięci świata.

Na wystawie nie brak formalnie intuicyjnej, reporterskiej i społecznie bardzo zaangażowanej fotografii kolorowej. Pokazywane są (w technice dye transfer) prace klasyków lat 60-tych i 70-tych dwudziestego wieku. Williama Egglestona, Stephana Shore czy Mitcha Epsteina. Ożywa na naszych oczach amerykańska prowincja, zmieniająca się w ślad za ruchem równouprawnienia, porusza klimat kontrkultury i ruchów antywojennych. Wyrysowywane kolorem obrazy dopiero po latach potwierdzają moc oddziaływania obrazu, jako medium zmieniającego świat, a nie tylko go kreującego, gdy naciskany jest spust migawki.

Wystawa otwiera oczy także na mniej znany epizod japońskiej fascynacji małym obrazkiem i samym aparatem Leica, będącego ikoną fotografii małoobrazkowej (co miałem okazję osobiście doświadczyć), od momentu sprowadzenia do tego kraju w 1926 roku pierwszych 22 aparatów… Przyzwyczajony do polaroidowej estetyki Arakiego, z zaskoczeniem odkrywałem na wystawie jego akty leżące, portrety kochanek, a obok tego czy bardziej społecznie zaangażowaną fotografię Yutaka Takanaahiego z lat 70-tych 20. wieku.

Na wystawie, obok doskonałej fotografii, możemy zobaczyć kilka dokumentów prezentujących między znanych fotografów. Miedzy innymi postać Henri Cartier-Bressona. Jeden z filmów utrwalił jego pracę, gdy w latach 60-tych dwudziestego wieku, przedziera się wśród tłumów i fotografuje obchody chińskiego święta smoka.

Bresson właściwie nie odrywa oka od wziernika aparatu. Zdjęcia wykonywane są przez niego raz po raz i jest trochę jednak tak, jak pisze o fotografowaniu Michel Houellebecq.

Uspokaja mnie to, gdy myślę o własnej drodze i wyszukiwaniu z setek ujęć, kadru osobistego. Zaczynam wierzyć, że takie zdjęcie musi się wyłaniać z ciągu obrazów nieistotnych. To jak dotknięcie pędzla. Z setek chybionych i koniecznych, dopiero to finalne oznacza spełnienie, odnalezienie kształtu i sensu. Fotografia jako obrazy odnajdowane? Kilka na pewno odnajdziecie przy Hardenbergstraße 22.

Oczy w słup? (Berlin, fragment plakatu wystawy)

Grobowiec rodziny Salomon (cmentarz żydowski w Berlinie, Penzlauer Berg)  Tablica pamiątkowa na grobie rodziny Salomon (Berlin, Penzlauer Berg)

***

Co: Augen Auf! 100 Jahre Leica Fotografie

Gdzie: Berlin, Haus Amerika

Kiedy: 22.08 – 01.11. 2015

Bilet: 10 euro

Katalog: 99 euro

Na wystawie zdjęć robić nie wolno; należy szeroko otworzyć oczy i po prostu patrzeć. Warto, to bardzo dobra fotografia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *