Brak wiary nie jest paliwem zwycięzców

Lubiłem ten fragment z Fado. Piosenka o duszy Zbigniewa Kadłubka, w którym pisał o historii Wizygotów i o tym jacy som (czy są). Pisał to, bo chciał ( jak podkreślał we wprowadzeniu do książki) przez taką analogię ujrzeć Śląsk z innej perspektywy.

Tamten tekst wzbudził moje uznanie, był poszukiwaniem odpowiedzi na pytania lub po prostu je stawiał. Nie znajduję tego w wywiadzie, który jak rozumiem jest swoistym credo dla nowego, współczesnego czasu, w jakim Śląsk się znalazł. Gdy Śląsk, Ślązacy i geografia miejsca rozczarowuje albo odbiera mu, mojemu Śląskowi, szanse.

No cóż, rozczarowania rzeczywistością mogą być różne. Stanu tego nie da się uniknąć, pytanie jednak o diagnozę i możliwe scenariusze tego, co „po rozczarowaniu”, jest już tym co mnie w sprawie Śląska interesuje.

Zacznijmy jednak od dwóch zarysowanych w tym tekście kontekstów i obalania mitów niemożności, dupowatości czy innych rodzajów fatum, jakie ciążą (lub potencjalnie) miałyby ciążyć nad Śląskiem. Zacznę zatem od owego determinizmu geograficznego, bo w sumie to ciekawa i oryginalna sprawa. Widzę ją odmiennie i inaczej kształtuje moje postrzeganie Śląska.

Czechy i Śląsk

Nasze (Ślązaków) podobieństwo do Czechów…

Skąd się do licha bierze się ta teza? Może powód jest prosty, bo znamy Czechy (i Czechów) jedynie od strony Małej Strany, mostu Karola i podobnych płaskich obrazków?

Snujemy jakieś analogie i porównania tak mało wiedząc o sobie, a może o Czechach właśnie? Pewnie między innymi z tego powodu, że tak nas wiele dzieli, a nie łączy, Mariusz Szczygieł spisując swoje czeskie reportaże i eseje tak często podkreślał to,  jak bardzo inaczej czuje się tam i w Polsce właśnie.

Martwi mnie to podejście do losów Czechów, którzy podobno chcą „przeczekać, przetrwać” itd. Łatwość operowania tą kalką pisaną z poczuciem sarmackiej wyższości irytuje. W dziwny sposób taka interpretacja historii tamtego narodu gubi to, co jest czeską  Realpolitik, doświadczeniem zdrady monachijskiej, determinizmem niewielkiego narodu czy gorzką pamięcią o wjechaniu miedzy innymi zdezelowanych polskich  T-54 do Republiki Czechosłowackiej w 1968 roku i zdławieniu ich nadziei na wolność. Wyciągnęli z tego po wielokroć wnioski. Inne od śląskich. Inne od polskich.

Aspirujemy (my Górnośląscy), by być Czechom podobni, ale nie jesteśmy.

Inna jest historia i obecność Ślązaków w wielkich (liczebnie) organizmach narodowych Niemiec i Polski. Jeśli coś łączy Ślązaków  z Czechami, to  wspólne obu stronom pytanie „dlaczego?” Jak to, na pomniku Ślązaków poległych we wszystkich konfliktach 19. I 20 . wieku w Bieńkowicach (Benkowitz) na pograniczu dawnego Śląska: pruskiego i austriackiego.

Pytanie to (i tutaj koniec podobieństw) przynosi jednak dwie różne odpowiedzi.  Dla Czechów odpowiedź wyrażała wolę przetrwania narodu  i jego państwa. Ślązacy to lud osierocony i cierpiący na chorobę sierocą. I wciąż nie mający  odpowiedzi na pytanie „dlaczego”?

Również ich, Czechów podejście do Śląska jest inne niż nam się wydaje.

Jeszcze w 2008 roku, wybitny czeski historyk Vit Vlnas pisał w monumentalnej dwutomowej historii Czeskiej Korony…  O Śląsku w czeskiej historycznej (nie)pamięci. Odważne i uczciwe wyznanie, czyż nie? I tutaj daleko nam do Czechów, bo przecież my (Polska, Polacy) o Śląsku wszystko wiemy (sic?!),  co nie znajduje większej i bardziej kuriozalnej formy wyrażenia ignorancji… w sprawie Śląska właśnie.

W jednym być może jesteśmy podobni, ale to skaza całego tego kontynentu i świata dzisiaj.

To niechęć do obcych, kolorowych (w Czechach z dominującą niechęcią do Romów) i tęsknota za niemieckim porządkiem, cokolwiek to znaczy w narodzie tak mocno doświadczonym przez zdradę przez sąsiada Niemca. Wiem, co piszę. Mieszkałem i żyłem w Czechach. Nacjonalizm w odległej Japonii nie jest zresztą lepszy w swoim zacofaniu.  Gardzi się tam Koreańczykami, gnębi lud Ajnów i lekceważąco traktuje większość Azjatów, bo są… gorsi.

Ale wracając do Czechów i Ślązaków (Polaków także) i pozornych podobieństw, do których tak często się odnoszą piszący. W pobliskiej Ostrawie, wystawia się w 2015 roku sztukę pod wymownym tytułem Odsun!!! (pol. Wypędzenie!!!) i potrafi o wpędzeniach Niemców mówić. Odważnie, boleśnie, uczciwie. Nie znam podobnej sytuacji na Śląsku i w Polsce. Gdzież są te podobieństwa, dopytuję ?!?

Czesi nie idą drogą buntu, w którym – jak rozumiem – upatruje remedium dla Górnego Śląska prof. Z. Kadłubek. Mimo to nie mogę się wyzbyć wrażenia, że są w innym punkcie rozwoju społecznego niż my. Jakby dalej i pewniej się poruszają. I tyle tych „podobieństw”.

Kraków i Śląsk

Pytanie o śląską kreatywność, o udział w przemysłach kultury ociera się o jakiś fatalistyczny determinizm, który sugeruje paraliżujący wpływ Krakowa i w ogóle, jak rozumiem innych (tych poza Śląskiem) ośrodków kreowania idei i nowoczesnej formy.

Po pierwsze, Górny Śląsk, co raczej oczywiste, zawsze ulegał policentrycznemu oddziaływaniu: Wrocławia, Berlina, Wiednia, Pragi, i chyba najkrócej Krakowa właśnie. Wiedza ta powinna wymuszać poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, czy sukces w dziedzinie kultury, przemysłów kreatywnych możliwy jest bez udziału sił i ośrodków płynących spoza Górnego Śląska. Z pewnością nie. Co jest potrzebne, by stał się faktem i zadomowił na dobre? Otwartość, którą (i tutaj chyba pojawia się jedyny punkt wspólny ze Zbigniewem Kadłubkiem), straciliśmy jako społeczność regionalna, która zapomniała, że np. taka nowoczesność okresu międzywojnia zbudowana została na kapitalnej osmozie tego co lokalne, z tym co przywozili tutaj przybysze.

Szansą na wydobycie się z zależności myślenia takiego oto, że Śląsk, to „ani  Kraków, ani Wrocław”, jest po pierwsze zerwanie z fatalizmem takiego widzenia rzeczywistości.

Śmieszy mnie ono i kompletnie go nie pojmuję. Tylko idealizowanie Krakowa (i jego kulturotwórczej roli) może sprawiać, ze bezkrytycznie jawi się on jako miejsce duchowo wybitne, choć  na tle ośrodków o podobnej mu skali i historii ma nazbyt wiele przeciętności i ortodoksji, której nie posiada już taki Wrocław.

Tłumaczenie własnej pozycji zdominowaniem przez innych zdradza kompleksy i poczucie niższej wartości. Gdyby już jednak zastanowić się nad tym, jak w przestrzeni kultury i jej tworzenia mieści się sprawcza (w tym opiniotwórcza rola elit intelektualnych i biznesowych Górnego Śląska), to każdy praktyk powie, że ma co najmniej poczucie zaambarasowania pasywnością tych grup i… orientacją na inne ośrodki, gdzie splendor, chwała i kasa. Więc może na początek potrzeba przedefiniowania własnej topografii i wartości, zanim uznamy, że geografia Śląska nie daje nam szans.

To co jest bezwzględnie potrzebne Śląskowi, to nie determinizm (złego) miejsca, ani też zerwanie z tradycją – symbolizowaną  przez odrzucaną kulturę konsumpcji rolady, klusek i modrej (po której to stronie kulinarnie pozostanę, nie widząc niczego zdrożnego w wyborze tego dania w miejsce schaboszczaka i zasmażanej kapuchy, zjadanej w galicyjskiej, kulinarnej hemisferze). Śląskowi, owszem potrzebna jest otwartość na innego i pragmatyzm rozumienia, że istnieją ośrodki konkurencyjne wobec siebie i należy taką rywalizację podejmować, zasysając to co najwartościowsze z punktu widzenia szans i potrzeb rozwojowych Górnego Śląska.

No i wracamy do kwestii bodaj najważniejszej.

Bunt, ale z kim?

To jakim jest dzisiaj Górny Śląsk, zawdzięczany w dużym stopniu nie Ślązakom (to nadużycie u profesora Kadłubka mnie mocno martwi), ale temu jakie elity i jak definiowały użyteczne dla siebie paradygmaty tego, co śląskie.

Emancypacja, jaka odbywa się obecnie na Śląsku to okres równy zasadniczo życiu jednego pokolenia. Mało. Za mało, by na tej podstawie wyciągać wnioski o tym jak całkowicie nieudanym jest projekt odzyskiwania tożsamości i wiedzy o sobie (bez względu na przyjmowane w następstwie tego postawy narodowe i deklaracje etniczne) na Górnym Śląsku.

Składnikami tej tożsamości jest odzyskiwana pamięć, rodząca się nostalgia i mity o wiekach złotych, brązowym czy żelaznym. Ten proces musiał się odbyć. Może trwa. I dobrze.

Większy problem mam z liderami dla potencjalnego buntu.

Gdzie byli, gdy tworzono kadłubowe województwo śląskie, burząc historyczną wartość kulturową  Górnego Śląska? Dlaczego ich zabrakło, gdy zorientowany na budowę nowej wspólnoty i myślenia projekcją przyszłości, projekt wystawy stałej w Muzeum Śląskim był politycznie rozgrywany, a historia po raz kolejny była glajszachtowana na potrzeby Śląska zmyślonego, by użyć słów śp. Michała Smolorza?

Pamiętam kto był wówczas obecny z głosem protestu i buntu. Po  stronie budowania tożsamości odkłamującej przeszłość, dającej upust potrzebie manifestowania nowoczesności Górnego Śląska i zdobywania dla niego nowego miejsca na mapie Europy Środkowej. Te osoby, które wywczas zabrały głos, ciężko za to zapłaciły. Reszta elit, środowiska akademickie milczała. Nieliczni dostali „w dupę”, by użyć retoryki cytowanego wywiadu i  otrzymali razy nie za śląskie „zadupie”, lecz właśnie w obronie tego, by tak nie było.

Bunt wymaga liderów, myślę czytając ów wywiad. Rozumiem, że symboliczna postać owego śląskiego Mojżesza, który powiedzie swój lud i powie głosem wielu Non possumus, może dotyczyć jedynie osoby, która swoim życiem da gwarancję, że dla Śląska zrobiła wystarczająco wiele, by oddać za nią wszystko. Nawet tracąc swoje złudzenia i wyzbywając się marzeń.

W każdym innym wypadku, niech da sobie spokój i pozwoli działać tym, którzy wciąż wierzą w Górny Śląsk. Są chorzy z tej miłości. Co zostaje? Praca, nieustanna, bo skoro podobno w cieniu Krakowa karlejemy, to pamiętajmy, że „nie od razu go zbudowano”. Pracy jest dość, by owe osierocenie Śląska i Ślązaków i budowanie swojego miejsca na ziemi, uczynić sensem swego życia.

Frustracja nie jest paliwem zwycięzców. Brzmi jak mowa pogrzebowa, a Śląsk z pewnością nie umarł.

Podpatrzone w Tarnowskich Górach

Komentarz do “Brak wiary nie jest paliwem zwycięzców

  1. Cóż, prawda z pewnością i tu leży gdzieś pomiędzy. Fakt,że dla procesów ciągłego (!) budowania tożsamości nie wystarczą deklaracje (…jacy by nie byli..) ani też tym bardziej akademickie analizy.Pustki wyrosłej na gruncie tego, co zgubione lub zniszczone, jest niestety sporo. Potrzebna jest praca na samym dole. Szkoły,muzea także, dyskusje, otwarte spory, pytania, nawet te bez natychmiastowej odpowiedzi.
    A książka i styl Kadłubka – znakomite.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *