Wydziedziczeni

Byłem na wystawie #Dziedzictwo w Muzeum Narodowym w Krakowie.

Mam dla Ślązaków i mieszkańców Górnego Śląska, dwie wiadomości.

Jedna jest zła. Śląsk leży bardzo daleko od Krakowa.

Druga też nie jest dobra. Śląska tak naprawdę nie ma.

Szczeliny dokądś

Zaczyna się od szczelin, jak w Muzeum Żydów w Berlinie. Przemieszczają się dyskretnie, niby niepostrzeżenie. W pewnym momencie trafiam na możliwy, acz nieprawdopodobny (co wiem po obejrzeniu wystawy) klucz do interpretacji owych „pęknięć”. Mogą być nim zacytowane na wystawie słowa  Mangghi Feliksa Jasieńskiego „Tą dziurą płynąć będą fale świeżego powietrza i włazić śmiałkowie, którzy rozpoczętą (…) pracę poprowadzą dalej”.

Nie wiem jednak czy to, co przenika przestrzeń wystawy #Dziedzictwo w Muzeum Narodowym w Krakowie, to podmuchy świeżego powietrza. Nie wiem też czy #Dziedzictwo opowiada naprawdę o nowej, czy – jak czytam we wstępie po wystawie – odkrywanej na nowo tożsamości. Im dalej w to Dziedzictwo, tym większe ogarniają mnie wątpliwości.

Jakie dziedzictwo i jaka tożsamość?

Kurator wystawy, Andrzej Szczerski, widzi w niej to, co dzisiaj jest dziedzictwem: polskim i narodowym. Pojęcia te pojawiają się na wystawie dość wymiennie i swobodnie. Podobnie w tekście przewodnika i katalogu. Dziedzictwo pokazywane widzowi jest „oczywiste i nieskryte”. Ma ono inspirować „do dopisania kolejnego rozdziału” historii.  Wątpię, czy taką rolę prezentacja ta odegra. Pozorne oczywistości mają to do siebie, że rodzą pokusę ich kwestionowania. I rodzą.

Zacznijmy od końca

Zaczynając od końca, krakowska wystawa dyskusję o współczesnej tożsamości Polaków oparła na instalacji przynoszącej kadry fotograficzne z historii i kultury najnowszej; obrazy sprzed i po 1989 roku. Są stopklatki z Popiołu i diamentu, a obrazy filmowe kończą na fotosach z Młodych wilków czy soap-operowego Klanu. Ten współczesny „dyskurs” o tożsamości mocno rozczarowuje. Ma w sobie skłonność do popkulturowego umizgiwania się do odbiorcy, unika postaci kontrowersyjnych i daje powierzchowne poczucie przynależenia. Na przykład do fan-klubu rodziny Zduńskich z serialu Klan.

Muzeum zaangażowane

Wystawa korzysta z idei muzeum krytycznego Piotra Piotrowskiego. Przypomnijmy, że koncepcja ta oznaczała angażowanie się muzeów w zjawiska życia społecznego i kreowania debaty publicznej na najważniejsze tematy.

Ciekawe, że w innych razach podejście takie jest odrzucane przez część krytyki (i ostro ganione przez polityków, jak w przypadku Muzeum II Wojny Światowej), jako postawa zbyt daleko posuniętej aktywności społecznej (czy politycznej). Dobrze, że na taki głos pozwolono sobie w Krakowie.

Jedna jedyna droga

W  krakowskim przypadku zdecydowanie trudno jest jednak mówić o wielogłosie opinii i tropów. Głos jest jeden, jedyny. I głos ten mówi nam z bezwzględnym przekonaniem i powtarzalnością, że wystawa „w szczególny sposób definiuje polską tożsamość” . Narodowo jednorodną i co najwyżej ozdobioną portretami Żydów z Kazimierza, czy ukraińskich chłopów pańszczyźnianych, Łemków.

Przyjęta metoda jest dość archaiczna, staromodna i nie zmieni tego hasztag wpisany w tytuł projektu, bo niczego nie uwspółcześnia w tym przekazie.

Wystawa przypomina gabinet osobliwości i puławską świątynię narodowych pamiątek księżnej Izabeli Czartoryskiej. Nie byłoby nic w tym złego (pastisz jest wdzięczną formą kreacji) gdyby nie to, że forma ta się nie sprawdza. Prowadzi do znużenia. Współczesny odbiorca  zdecydowanie potrzebuje racjonalnych uzasadnień dla budowania swojej relacji z dziedzictwem i odnajdowaniem w nich potencjału rozwojowego na przyszłość. Celu tego wystawa nie osiąga.

Nie dla wszystkich wystarczyło miejsca

Już po obejrzeniu wystawy chętni mogą  wykonać swój autoportret i udostępnić go w wirtualnej przestrzeni, a potem przejrzeć się jak w  lustrze w zbiorowości narodu i społeczeństwa jakim jesteśmy lub do jakiego aspirujemy. Nie widziałem kolejki chętnych do wykonywania selfies.

Może w tym braku zainteresowania jest gorzka i świeżo wyniesiona z wystawy wiedza, że nie dla wszystkich starczyło miejsca na portrecie tej nowej (bądź odkrywanej) na nowo zbiorowości?

Dziedzictwo oferuje enklawę jednorodnego myślenia o przeszłości i pośrednio wskazuje na to, co bez żalu możemy przenieść do sfery zbiorowej amnezji.

Wydziedziczeni

Jeśli na wystawie jest mowa o dziedzictwie, to pojawia się oczywiste pytanie o to, kto i co dziedziczy, i kogo ta pamięć dotyczy.

Geografia, język, obywatele i obyczaj – tworzą cztery kategorie porządkujące refleksję o dziedzictwie.  Interpretacja zasobów dziedzictwa dokonana w Krakowie, poza jego nawias wyrzuca … Ślązaków.

Nie ma ich na wystawie.

W ich miejsce zobaczymy innych. Chłopów i typy ludzkie z Kresów I i II RP, postaci z Ukrainy i Wileńszczyzny, ale też  egzotycznych mieszkańców Sachalina czy Ajnów z Hokkaido. Górali, Hucułów i mieszkańców kresowych sztetli. Ślązaków nie.

Śląska nie odnajdziemy wśród prezentowanych miast, na płótnach obrazów, w zasobach literatury, sztuki współczesnej (a takowe są w posiadaniu muzeum) czy rzemiosła artystycznego (również ich tam nie brak).

To wykluczenie z przestrzeni wystawy obiektów i obrazów odnoszących się do Śląska (obecnego na wystawie  mimochodem jedynie w związku z prezentowanymi zbiorami kartograficznymi) jest smutne i znaczące.

Znaczące, bo to autorzy wystawy piszą tak wiele o tym, iż prezentowany na wystawie zasób jest  opisem polskiego dziedzictwa z perspektywy jednego z wiodących muzeów w Polsce. Wąska to perspektywa.

Smutne, bo okazuje się, że w zaprezentowanej wizji dziedzictwa Polaków i Polski nie ma ani miejsca, ani serca dla spraw Śląska i Ślązaków. Ich mity nie są mitami z owej „skarbnicy pamięci”, o jakiej mowa na wystawie. To, co oglądamy, to dziedzictwo kultury narodowej, lecz nie wspólnot, jakie na to dziedzictwo się składają.

Jakiś przykład? Brak jest na wystawie śląskiej średniowiecznej plastyki religijnej (znajdującej się w dobrym wyborze w zbiorach Muzeum Narodowego) i wpisania tego zasobu do dziedzictwa wspólnego.

Definiowana na wystawie nowoczesność II RP oparta na Gdyni i… kolejce linowej w Zakopanem. To wyraz niedocenienia artystycznej i cywilizacyjnej nowoczesności Górnego Śląska po 1922 r.

Może dobór eksponatów wyłącznie z zasobów krakowskiego muzeum był błędny i zrodził takie uproszczenia? Nie wiem. Tak czy inaczej tak poprowadzony, okazał się wykluczający.

Wydziedziczeni pozostają jedynie milczącym i nieobecnym tłem dla krakowskiej prezentacji.

 

A za oknem Nawałka? (wartość dodana do #Dziedzictwo) (MN Kraków, zdj. Leszek Jodliński) Pustostany? #Dziedzictwo (MN Kraków)

Ten moment (gdy jest Śląsk i Lech Wałęsa) na #Dziedzictwo (MN Kraków, zdj. Leszek Jodliński)

***

Co: wystawa: #Dziedzictwo

Gdzie: Muzeum Narodowe w Krakowie

Kiedy: 23/06/2017 – 07/01/2018

Katalog: jest 

Przewodnik po wystawie (pol./ang.): jest – bezpłatny (to fakt godny uznania)

2 komentarzy do “Wydziedziczeni

  1. „Śląska nie odnajdziemy wśród prezentowanych miast, na płótnach obrazów”… Niezupełnie. Na wystawie (w dolnej sali) jest eksponowany obraz „Gotyk śląski” (1973) związanego z Górnym Śląskiem Macieja Bieniasza. Zwrócił moją uwagę w części poświęconej miastu: obok pejzaży łódzkich Strzemińskiego zdecydowanie wyróżnia się na ścianie z gęsto wiszącymi miejskimi krajobrazami.

    1. To w mojej ocenie w żaden sposób nie zmienia wymowy mojej recenzji,ani prawdy o wielkiej nieobecności G. Śląska na tej wystawie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *