Jerozolima. Esej fotograficzny – pierwszy . Izrael (5)

Trudno jest coś napisać o tym miejscu, czego by nie napisano. Nie zabrzmi oryginalnie informacja, że ma więcej imion niż większość miast na świecie. Syjon, Jeruzalem, Ariel, miasto Dawidowe… Jerozolima.

Podróż z Tel Awiwu, do centralnego dworca Jerozolimy, zajmuje około 50 minut. Autobus nr 405, wyposażony w doskonałe łącze internetowe (jak wszystkie tutaj), mknie z przedmieść Tel Awiwu do Jerozolimy, unosząc na swym pokładzie ludzi takich jak ja, turystów, ale zdecydowanie dominują młodzi Izraelczycy. Większość z nich to żołnierze i żołnierki. Bertolt Brecht byłby zadziwiony tą zamianą sprawnej markietanki Mutter Courage, na równie przebojową kobietę-żołnierza, noszącego ciężki worek z czymś tam i karabin.

Kipy pasażerów widziane z tylu autobusu rytmicznie falują, gdy bierzemy kolejne zakręty wzgórz, zanim docieramy do Jerozolimy.

Izrael, z perspektywy nie-pielgrzyma jest co najmniej tyle wart, co doświadczenie pielgrzymie. Patrzę przez szybę autokaru i widzę z rzadka opuszczone osiedla w dolinach. Przypominają mi to, co w jakimś sensie jest niemal biblijnym wyobrażeniem tej ziemi. Kamienne domy, małe okna, sterczące drzewa oliwne w ich otoczeniu.

Podróż do i po Izraelu oznacza, że w miejsce tego co wokół i co naprawdę, wypełniamy swoją pamięć obrazami Ziemi Świętej do jakiej mentalnie tęsknimy, jaką znamy z literatury, Biblii lub po prostu z naszych o tym miejscu wyobrażeń. Przypomina mi to poszukiwania Japonii, jakiej podejmują się turyści przybywający na wyspy i mający w głowie, w miejsce wrażliwości na to co zobaczą, obrazy wyniesione z drzeworytów Hiroshige, kadrów Kurosawy, czy komiksów manga. W końcu nie widza niczego i wracają rozczarowani.

Jerozolima wita mnie wiszącym mostem Harfą Dawida, który znajduje się w pobliżu dworca autobusowego i – co z uwagą zauważam – niemal w sąsiedztwie izraelskiego ministerstwa finansów.

Kilka kroków dalej, znajduję przystanek tramwaju linii nr 1 i po pomocy udzielonej mi przez uczynnego pracownika komunikacji miejskiej mam w ręku bilet na podróż w okolice starego miasta i Bramy Nowej w pobliżu Wieży Dawida. Po raz kolejny przekonuję się w Izraelu, jak w niewielkim stopniu pomaga tutaj j. angielski. Przynajmniej automat do biletów nie mówi w tym języku i bez pomocy odzianego w pomarańczową kurtkę pracownika  pomagającego takim nieszczęśnikom jak ja, spędziłbym przy nim dodatkowe minuty, odczytując nieznany mi hebrajski, oczywiście zapominając, że mam czytać  od prawej do lewej i poszukiwać sensów, których nie odnajdę.

Sunę ulicami miasta w nowoczesnym cielsku tramwaju. Kilkadziesiąt minut i docieram w okolice miejscowego ratusza. Tuż obok wyrastają mury starego miasta. Biały i żółciejący kamień z jakiego wzniesiono Jerozolimę daje mi poczucie przynależenia i bezpieczeństwa. Odtąd będzie mi towarzyszył przez cały czas. Nie mogę inaczej widzieć tego miasta, niż przez pryzmat bieli jego kamieni.

Jest też inna perspektywa. Sugestywne i porywające wizje bł. Anny Katarzyny Emmerich. Idealne wprowadzenie do tego, by przejście przez stacje drogi krzyżowej na Via Dolorosa, stało się czymś więcej niż prostym spacerem, przerywanym głosami sprzedawców i potknięć o schody lub zderzeń z innymi przechodniami. Zanurzam się w miasto.

Jerozolima. Zapis fotograficzny pewnego wczesnomarcowego dnia.

Terra sancta Holy Land (Christian Section)

Własna droga / My own way (Jerozolima, 2017) Na ulicy / In the street (Jerozolima- Jerusalem, Israel, 2017)

Scene in the city / Sena uliczna (Jerozolima) Heading for the Western Wall / Jadac w stronę Murru Zachodniego (Jerozolima, 2017)

Via Dolorosa, Jeruzalem Droga. Stacja trzecia. Via Dolorosa Station 3.

 Jerusalem web /Pajęczyna Jeruzalem Uliczki Starego Miasta - Złota Kopuła

 Pepek świata / The very center of the world (Jerusalem, The Church of the Holy Sepulchre)

The place/ To miejsce (The Church of the Holy Sepulchre - Bazylika Grobu Bożego)

 Holy Sepulchre / Grób Boży (Jerozolima) Kaplica Grób Boży po remoncie / The Chapel of the Holy Sepulchre (after renovation in early 2017)

Kobiety na Gogocie / Women on Calvary(The Church of the Holy Sepulchre / Bazylika Grobu Bożego)  Golgota / Calvary

Orthodox monk / Mnich ortodoksyjny 

Krzyże / Crosses (left by Crusaders)

 Meeting / Spotkanie (Jerozolima, Bazylika Grobu)

Dotknięcie / Touch (Stone of the last The Stone of Anointing) Dotyk / Touch (2nd version)

Western Wall / Ściana Zachodnia (1) Western Wall / Ściana Zachodnia (2) Western Wall / Ściana Zachodnia (3)

Popatrz! / See there! Western Wall / Ściana Zachodnia, Jerozolima At the Western Wall / Przy Murze Zachodnim

Modlitwa / A Prayer (Jerozolima)

Flagi / Israel (Old Jerusalem, Jeiwish Section)

Coming out of the shadow / Wychodzenie z cienia (Latin Section, Jerusalem)

Co ja tutaj robię? What Am I doing here (Jewish Section, Jerusalem)  

Starwberries / Truskawki (Close to Damascus Gate / Pobliże Bramy Damaszku ( Jeruzalem) Handlarz dywanów (Jeruzalem) / Salesman of the carpets, Jerusalem

Wspinaczka do nieba / Stairway to heaven (Western Wall)

Paradies'gardens / Rajskie ogrody (Jeruzalem) Mon over the city / Księżyc nad miastem

Warsaw in blue…

Kilka dni w Warszawie.

Letnie dni. Kolory wydobywane na powierzchnię przy użyciu niebieskiego…

Sprowokowało mnie niebo, słońce… Dosyć wyjątkowe światło, a może myśl, że Warszawy z „Białego” Krzysztofa Kieślowskiego już nie ma, a miasto nieodwołanie zdominował „Niebieski”?

Refleksy, tego co realne i odbicia tego, co tylko wyobrażone.

Miasto, które jak ptaki u Yves’a Kleina, robi jedynie dziury w niebie, niszcząc urodę nieboskłonu? Warszawa w błękicie.

Niebieski pozwolił na moment zapomnieć o tym, co na ziemi i odrzucić wszechobecny chaos przestrzenny miasta, oferując ucieczkę i ratunek w szlachetny lapis lazuli?

Warszawskie przeniebieszczenia. Taki temat.

Heaven is on earth? Illusions (1)

 Illusions (2)

Old white and new blue

Niebieskie. Perfect location (Blue) Mars is coming Modernism in blue Warsaw in blue Black and blue... Royal blue Big sky city Old city blue Blue, niebieski, modry... Lost in blue Blue postcard from Warsaw Blue Citi never sleeps Blue and a little bit of city

White meets blue

Blue and a palm

Blue square Blue people (and some red) Blue square

Niebieski i inne (kolory)

 

Bielskie snaps photy…

Ostatnia wizyta w Bielsku-Białej, związana z zakończeniem prac i udostępnieniem dla publiczności przykrytego dachem dziedzińca w Muzeum – Pałacu Sułkowskich, sprowokowała mnie do krótkiego spaceru po zaułkach Starego Miasta. Wciąż, choć to może tylko projekcja historyka sztuki, nie brak tam miejsc, które są przypomnieniem czasów Śląska Austriackiego, gdy w Bielsku praktykowali Max Fabiani, czy Leopold Bauer (choc to nie ich architektura pojawia się na kadrach mych zdjęć… ). Te uliczki i zaułki, to raczej odczuwanie miejsca. Innego, zapomnianego, zapewne „za chwile skazanego” na modernizację. Tymczasem są i takimi, na zdjęciach tych już pozostaną… Dobre miejsce do zatrzymania się w podróży na Śląsk Cieszyński…

Schody

Obserwacja. Schody II

Ra....

Oczekiwanie. Gdzieś na Starym Mieście...

Pan Groeger juz w Bielitz nie mieszka

Podzielenie. Dach (fragment) w Muzeum Sułkowskich

Droga mleczna i Księżyc. BielskoMilky way & Moon. Served in Bielsko... (repryza)

Czeskie rozmaitości i może trochę śląskie?

Lubimy się podśmiewywać z języka, którego tak naprawdę nie znamy, czyli z języka czeskiego (Čeština). To dosyć proste, śmiać się z czegoś, czego się nie rozumie, ale czy nie głupie? Właśnie. No, ale jak uczą w podręcznikach blogowania, nie przesadzajmy z tym prowokowaniem. Śmiać się można, z nas zresztą też się Czesi śmieją, a raczej z semantycznych ‘surrealizmów’ języka polskiego. Gdy ostatnio fundowano mi w pracy adres mailowy, moja „małpa” w adresie, a właściwie ‘at’ tak nazwana przeze mnie, wywołała salwy śmiechu i niedowierzania… Uspokajam, po czesku @ to ‘zavinač’, czyli rolmops…, więc rozbawienie było obustustronne. How nice i jak demokratycznie.

Drobiazgi, jakie się dostrzega podczas pierwszych chwil pobytu za granicą, gdy ma to być pobyt dłuższy i zawodowy, najostrzej ujawniają się w pierwszych dniach i tygodniach. Wiem to z doświadczenia, nie inaczej było w Japonii. Najpierw był szok (może kiedyś więcej o tym), zaskoczenie, a potem jakoś … normalnie. Ucząc się na wcześniejszych błędach, skrupulatnie obserwuję zatem to, co tutaj może przybysza z Polski (za)dziwić.

Ciekawe jest na przykład to, że do pracy, także do muzeum (moi Czytelnicy pracujący w muzeach w Polsce wiedzą, o czym piszę), przychodzi się punktualnie! Zupełne zaskoczenie, ale tak jest. Co ciekawe, dla zwiedzających muzeum otwarte jest do godziny 19.00. I jak tu nie wierzyć, że jednak wyemigrowałem i to inny, choć jakże bliski (geograficznie) kraj.

Zdumieniem, ale i w jakimś sensie przypomnieniem Śląska i domu, są natomiast rozlegające się z wież kościołów Opawy dzwony przywołujące na Anioł Pański. Głośno, donośnie bijące w okolicy Starego Miasta.  Niestety, do kościołów raczej nie wejdziemy. Są puste, okratowane i choć, i tak Śląsk Opawski jest w sferze wiary bliższy tradycji polskiego Górnego Śląska i katolicki, to obie te obserwacje pozostają w pewnym kontraście. Poznawczym.

Postacią niemal legendarną i niezwykłą, gdzieś schlebiającą naszemu poczuciu wyższości i tego, że my to jakoś lepiej ten świat ogarniamy niż nasi sąsiedzi (patrz potoczne określenia. ‘czeski film’ itp.) jest osoba związanego z Opavą, najwybitniejszego poety Czeskiego Śląska, Petra Bezruča. Petr Bezruč ma  zresztą w Opawie muzeum swojego imienia (w istocie dwa, drugie poza miastem w jego dawnym letnim domku). Choć okrzyknięty mianem wybitnego przez wiele lat uchodził za postać nieistniejącą (sic!), mająca w tym sensie coś wspólnego z Shakespeare’m, bo wzbudzającą podejrzenie, że ktoś się pod niego podszywa. Od 1899 roku do 1910 osoba kryjąca się za postacią Petra Bezruča był