Urok PRL-u

Tytuł jest z definicji prowokujący i w sumie nie na temat. Taki zabieg eseisty.

Myślenie o tym czym był, a w istocie czym nie był PRL, przypomniał mi na powrót genialny, zabawny, choć chwilami gorzko prawdziwy i po ludzku okrutny „Zły”  Leopolda Tyrmanda.

„Zły” z całym bogactwem opisu i barwnej narracji, trafił do mnie tym razem nie za sprawą  stron powieści, którą bym czytał, lecz dzięki doskonałej interpretacji prozy Tyrmanda w wykonaniu Adama Ferencego. Jest  więc nas, a raczej było trzech facetów w aucie – Tyrmand i Ferency, no i ja zasłuchany i prowadzący. Teatr na tyle doskonały, że zajmował moją uwagę do tego stopnia, że ze zdwojoną uwagą obserwować musiałem to, co działo się po drodze i na drodze do Bytomia przez ostatnie dwa tygodnie (słuchałem  powieści prowadząc samochód).

Słuchając prozy Tyrmanda, pomyślałem, ze chciałbym bardzo, by coś podobnego przydarzyło się w literaturze osadzonej i odnoszącej się do Górnego Śląska. Możliwie współczesnej, aktualnej. Z dzisiaj. Czekam cierpliwie.

Ostatnio jeden z autorów umiejscawiających akcje swoich kryminałów na Górnym Śląsku, powiedział  że o Śląsku dobrze można (na)pisać tylko tworząc po śląsku. Przykład Tyrmanda, którego powieść gęsto utkana jest slangiem warszawskiej Pragi i Powiśla,  pogląd ów zdaje się potwierdzać, ale mam w tej sprawie zupełnie inne zdanie. Powodów jest cała lista. Korzenie tej opinii i buntu wobec takiej tezy tkwią w prozie Horsta Bienka. Śląsk był zawsze wielojęzyczny, więc jakiś monopol jednej narracji i jednego języka wydaje mi się wręcz anachroniczny, wykluczający. To droga donikąd.

Odbiegłem od tego PRL-u, ale trudno uciec od wrażenia, że PRL wciąż w nas tkwi. Tych wówczas urodzonych i tych, z których dzieci nasze i wnuki. Tego nie załatwi jedno pokolenie.

Czasami fakt ten zaskakuje i objawia się  zachowaniami, które jeszcze nie tak dawno definiowano jako spuściznę osobnika o wdzięcznej nazwie ‘homo sovieticus’  (ks. J. Tischner) ukształtowanego pod tą szerokością geograficzną po 1945 roku (lub nieco później, czego potwierdzeniem niektórzy z bohaterów Tyrmanda).

Pamięć tamtego państwa (PRL-u) , w końcu dość słabo mi znanego, bo wiążącego się z jego znojnym i nieuchronnym końcem, wywołał obraz na jaki natknąłem się w  bałtyckim Ustroniu Morskim.

Nie wiem ilu z czytających pamięta te tłumy górników, robotników przemysłu ciężkiego oraz inne masy ludu pracującego miast i wsi polskich (jakże debilne były te zbitki ideologów tamtego czasu, a fakt, że dzisiejsze są równie toporne), które marzyły by swoje urlopy spędzać nad polskim morzem. Wczasy dla wybranych, dla „swoich” z partyjnej nomenklatury  i tych z odrzutu klasowego (wówczas lokujących się w na poły urynkowionym, korporacyjnym systemie FWP – Funduszu Wczasów Pracujących i na kwaterach prywatnych ) przypomniały mi się gdy mijałem, wciąż przed sezonem a więc wymarłe i opustoszałe, ośrodki wczasowe z tamtej epoki. Usadowione tuż przy wydmach, uwikłane w lasy sosnowe, zapełnione przez domki z papendekla w kolory tęczy na pocieszenie. Luksus PRL-u zamieniony w jego wykrzywioną metaforę.

Przez chwilę zastanawiałem się, czy to osiedla tętniące latem życiem, czy też miasteczka widma, niestraszące a raczej rozśmieszające swoją estetyką, formą. A może to taka rynkowa nisza dla tych, którzy za tamtym gomułkowsko-gierkowskim systemem tęsknią i po nim odprawiają gusła? Przyjeżdżają w zabytkowych samochodach typu polski Fiat 25/6 nad wymarzony Bałtyk i wspominają, ronią łzy? Irytuje mnie ten rodzaj sentymentalizmu za ustrojem, który co prawda zauważył że Coca Cola to jest to (genialna A. Osiecka), ale poza tym oferował brutalne praktyki  „fitness” na ścieżkach zdrowia w Ursusie i Radomiu (zapewne od tego czasu z rezerwą podchodzą do wszelkich ścieżek zdrowia właśnie), karmił w Pewexach lud swój ułudą, że dobrobyt jest na wyciągnięcie ręki, trzymając go tak naprawdę za twarz i każąc myśleć, co myśleć mu wolno. I marne to pocieszenie, że tamta Polska to był najweselszy barak bloku komunistycznego, jak twierdzili obserwatorzy życia społecznego. Może był wesoły, ale w proporcji  i do jakości tego, o czym tak sprawnie i tak genialnie napisał Tyrmand w „Złym”.

Takie „Życie na podsłuchu” (reż. Florian H. von Donnersmarck, 2006),  czy hłaskowska „Baza ludzi umarłych” (reż. Cz. Petelski, 1958) były obrazami zdecydowanie bliższymi  prawdzie o systemie, a nie słodko-tkliwe opowieści o spodniach „w dzwony”,  dżinsach z „Odry” czy orbisowskich wyjazdach do innych krajów-demoludów, bo te raczej uświadamiały, że PRL jest mocno do niczego i jedynie  zezowata perspektywa obywatela Piszczka pozwala na znajdowanie sensu w tym bezsensie…

Dziedzictwem siermiężnego ideologicznie i społecznie socjalizmu pozostaje niechęć i nienawiść do obcego i swoista filozofia Kalego, którą po sienkiewiczowsku wciąż uprawiamy . Ta ostatnia czyniła absolutnie zrozumiałą ucieczkę (ekonomiczną i dużo rzadziej polityczną) mieszkańców PRL-u za granicę i równie oczywistym oczekiwanie podania im pomocnej ręki, nawet przez tak ambiwalentnie traktowane nacje jak Niemcy, czy Austriacy. „Się należało” i kropka. Za Jałtę, za Wiedeń i za co tam jeszcze.

Lata minęły i egoizm beneficjenta wolnego rynku każe nam zbiorowo zapominać o pokoleniowym zobowiązaniu za tamtą, udzieloną nam pomoc. Tkwi w nas PRL w myśleniu o biegunowym i prostym świecie, w którym coś jest dobre lub złe, czarne lub białe, a relacje nie wymagają osobistego zaangażowania, bo zrobi to za nas państwo… A przecież my z PRL-u wiemy, że nie robi…, że jak nie my, to kto?

Domki PRL-u (no. 1) Domki PRL-u (no. 2) Ustronie Morskie Domki PRL-u (no. 3)

2 komentarzy do “Urok PRL-u

  1. tak, w socjalizmie jedyne ludzkie uczucie to było kumoterstwo i to niestety pozostało- bliźni to krewni i znajomi…… przykre

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *