Pozytywny bohater to nie bohater? Refleksja na Wielki Piątek

Odkąd pamiętam odgłos lecącego samolotu wprawiał mnie w stan zachwytu nad geniuszem jego wynalazców i ludzi, którzy siedzieli za sterami tych maszyn.

Patrzyłem, jak ponad Gliwicami latały Any-2. Zataczały kolejne koła i mozolnie wspinały się ku górze, by wkrótce potem kilku skoczków mogło oderwać się od kadłuba i poszybować w stronę zielonych pól gliwickiego lotniska.

Potem były pierwsze samodzielne wyprawy liniami lotniczymi. Było ich na tyle wiele, że przyznaje w pewnym momencie zupełnie przestałem zwracać uwagę, który to już raz. Ale, by nie były to wyznania zmanierowanego pasażera linii lotniczych Europy, Azji, Ameryki i Australii, emocje pozostawały wciąż te same. Przyznaje się do nich. Zachwyt, upajanie się tym co Ziemia ma do zaoferowania zarówno z wysokości kilku tysięcy metrów, jak i wówczas gdy zbliżamy się do niej i bezkarnie zaglądamy na ulice miast i osad, nad którymi przelatujemy. W mojej pamięci na zawsze pozostaną obrazy raf koralowych Australii, wzgórz i lasów Syberii, bezkresnych pól kukurydzianych środkowych stanów USA, czy krateru Fuji. Wierzę, że emocje te (choć może powierzchowne) są równe tym, których doświadczyli bracia Wright w 1903 roku lub wspominany tutaj przeze mnie na blogu „szalony” krawiec z Ulm, gdy podejmował beznadziejną dla niego walkę z grawitacją, ale tak fantastycznie spełniał i moje marzenie o lataniu…

Jakby doświadczeń wyniesionych z rodzinnych Gliwic było mało, niemal na specjalne życzenie, gdy znalazłem się w Amsterdamie, los sprawił, że zamieszkałem  na trasie dolotowej do jednego z największych lotnisk Europy, znajdującego się w podamsterdamskim Schiphol. Od tego dnia masywne, ogromne maszyny sunęły niewiele ponad 500 metrów ponad dachami kampusu Vrije Univeristaet w Amstelveen. Jednych budzą o poranku ptaki i rozgardiasz miasta. Mnie przez blisko rok wyrywały ze snu samoloty… i spektakl ten mnie nigdy nie znużył.

Wiele lat później coś podobnego zdarzyło się w Japonii, gdzie ponad Odaibą, w której mieszkałem, przelatywały samoloty zmierzające na tokijskie lotnisko Haneda…

Za sterami tych samolotów siedzieli ludzie, którym swój los i życie powierzali inni ludzie. Wielokrotnie tego doświadczając (bywało różnie przez te lata i wiem z własnego doświadczenia, co to znaczy odejść na drugi krąg, widząc już pod kołami samolotu nawierzchnię pasa lotniska), nie miałem wątpliwości, że to im zawdzięczam i swoje nomen omen uniesienia i bezpieczeństwo. Całkowite zaufanie i zawierzenie. Taki rodzaj relacji?

Po co to wszystko piszę? Bo irytuje mnie i przede wszystkim boli, gdy patrzę, czytam i słyszę, że komentując postać sprawcy (najprawdopodobniej w sposób dzisiaj już przesądzony) katastrofy Airbusa A320, nie wymienia się niemal w ogóle nazwiska pozytywnego bohatera tej tragicznej historii. Nazywał się  Patricka  Sonderheimer i był pierwszym pilotem tego samolotu. Patrick Sonderheimer… Patrick… Chcę zapamiętać… więc powtórzę je tutaj po wielokroć.

Niewiele o nim wciąż wiadomo, poza tym, że miał 34 lata, osierocił dwójkę dzieci… i od niedawna latał w tanich liniach Germanwings.

A dla mnie jest absolutnym bohaterem tej tragedii. Niestety cichym i medialnie nieistotnym można byłoby pomyśleć śledząc przekaz  w niemal wszystkich mediach polskich i w większości zagranicznych. A przecież każdy z nas chciałby z takim pilotem lecieć (i dolecieć) do miejsca, do którego zmierzamy, czyż nie? Wpaść w objęcia tych, którzy na nas czekają lub po prostu móc powiedzieć dzwoniąc do bliskich, że bezpiecznie wylądowaliśmy…

To Sonderheimer bezskutecznie próbował sforsować drzwi, które po zmianach z 11 września 2001 roku, były nie do sforsowania… Widząc i wiedząc co się dzieje, walczył, nie przestawał. Heroicznie, rozpaczliwie, pewnie wiedząc, że z każdą chwilą to walka daremna, ale nie może jej przerwać. Także dla tych, którzy ją obserwowali zza jego pleców i liczyli na cud…

Nie boję się dzisiaj napisać, że widzę w tym świadomość i determinację wytrwania i wypełnienia misji do końca, porównywalną do tej, którą musiał odczuwać ON idąc lżony i poniewierany ulicami Jerozolimy, a wcześniej pocąc się krwistym potem na Górze Oliwnej. Baliście się kiedyś? Tak naprawdę? Krwisty pot nie jest wymysłem ewangelistów. Mogło go nie zabraknąć i na pokładzie Airbusa A320. 8 minut zmierzania do końca, to okropnie długi czas. Można zobaczyć w tym momencie coś więcej niż całe swoje życie…

Patrick Sonderheimer był dla pasażerów do końca, dawał nadzieję, nie poddając się własnej słabości i w narastającej wokół beznadziei. Czyniąc to, jest dla mnie kimś wyjątkowym. Daje wiarę w ludzki wymiar niegodzenia się na niemożliwe i wiary w moc sprawczą, jaką nosimy w sobie. Bohater na tyle, by dopominać się tego, by jego nazwisko i pamięć trwała i przetrwała obraz szczątków samolotu i miazgi ludzkiej, jaka pozostała tam na zboczach alpejskich.

Patrick Sonderheimer. Mój bohater, wart wspomnienia w Wielki Piątek. Amen

Krzyż / Cross

Komentarz do “Pozytywny bohater to nie bohater? Refleksja na Wielki Piątek

  1. „Nie widoki jednak, lecz ruch czyni człowieka szczęśliwym, radością i wielkim przeżyciem lotnika jest sam lot. Smutny los i niewola mieszkańców miast polega na tym, że wszystkie ich ruchy odbywają się tylko w jednym wymiarze, kroczą po jednej linii, jakby ich ktoś prowadził na sznurku. Przejście z linii na płaszczyznę z dwoma wymiarami, kiedy wędruje się po polach lub przez lasy, jest dla niewolników wspaniałym wyzwoleniem, jak Rewolucja Francuska. Lecz dopiero w powietrzu człowiek znajduje pełną wolność trzech wymiarów. Po całych wiekach wygnania i marzeń stęsknione serce rzuca się w objęcia przestrzeni.
    (…) Za każdym razem, gdy wznosiłam się w górę samolotem i patrząc w dół zdawałam sobie sprawę z oderwania się od ziemi, miałam uczucie takie, jak po dokonaniu wielkiego, nowego odkrycia. „A więc to tak – myślałam. – O to chodziło. Teraz rozumiem wszystko”.”
    Karen Blixen Pożegnanie z Afryką.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *