Mój Nikifor

Dedykowany Mamie

Odejście Krzysztofa Krauze z kilku powodów poruszyło mnie osobiście.

Niedawno swoją walkę z rakiem przegrał mój tato. Wiem więc chyba, jak to jest. To znaczy mogę sobie wyobrazić, co znaczy walczyć z chorobą i tę walkę przegrać. Wyobrazić sobie z punktu widzenia osoby bliskiej, zaangażowanej, którą rak też dotyka. Rak wkracza w życie bliskich bardziej niż się to może wydawać. I oczywiście NFZ nie uwzględnia tego jako jednostki chorobowej. Nie leczy się duszy w sposób zinstytucjonalizowany. To jasne. Ten paradoks jestem mu w stanie wybaczyć. Nie może zajmować się duszą ktoś, kto tak nieporadnie wspiera leczenie chorego…

Czuję kompletną nieadekwatność moich słów w stosunku do tego, co widziałem w tym czasie, a co było codziennym mówieniem rakowi, by się „gonił”, „spadał”, powtarzania, że jest absolutnie niemile widziany. Nie, ten styl tu nie pasuje. Przepraszam. Rak to doświadczenie niewypowiedzianego cierpienia, na które nie ma lekarstwa i dość dobrego słowa poza… miłością.

Piszę to, bo otarłem się o niektóre z wypowiedzi Krzysztofa Krauzego, gdy powtarzał, jak wielkie znaczenie ma determinacja w walce z tą chorobą i powiedzenie sobie, że tak trzeba.

Wiem też już jak ważne jest to, by najbliżsi nie tracili ducha, by tę wiarę osoby chorej wspierali i by jej im nie zabrakło. To trudne. Rak to trud walki, znużenia, cierpienia i zobaczenia, jakie poziomy osiąga człowieczeństwo, praktykowane między powtarzalnością codziennej opieki i uśmiechu, który pojawia się na twarzy chorego. Wciąż obecnej i niemej. Spragnionej oddechu. Tyle o raku, bo to temat zbyt osobisty, jak na blog, w którym wątków osobistych miało nie być.

Chyba też zarozumiale powiem, że rak to ten rodzaj doświadczenia, którego poznanie z drugiej ręki nie ma sensu. Może poza odwiedzeniem hospicjum i zobaczeniem tej dosłownej linii między życiem i śmiercią. I tego jak szybko limes ów jest przekraczany.

Myślałem długo, jak w swojej pamięci zapisać wspomnienie o Krzysztofie Krauze. Z kilku powodów chcę to wspomnienie utrwalić, ten najważniejszy wyjawiłem na wstępie.

Moim wspomnieniem będzie film wpisujący się w biel pejzażu za oknem, bo śniegu w tym filmie i aury około świątecznej  niemało. Jest też wiele obrazów miejsc, w których byłem.

Ale oczywiście nie z tych względów, obrazem tym będzie „Mój Nikifor”, film zrealizowany w 2004 roku.

Mojego Nikifora zobaczyłem kilka razy. Ale najistotniejszy seans miał miejsce w Japonii, w Tokio, w małym studyjnym kinie, ulokowanym w kompleksie handlowym w Ebisu. W Tokio nie pokazuje się zbyt często polskich filmów, choć ulubionym bohaterem dziecięcych animacji był tam do niedawna „Miś Uszatek”…

Mojego Nikifora pokazywano w ramach lokalnego, nieistotnego przeglądu filmów polskich. Jego programu nie odnotowują miejscowe gazety i media, bilety są tanie, a festiwal wpisuje się w pozytywistyczny wysiłek polskiej dyplomacji kulturalnej.

Pójście na niego, zważywszy na bogactwo tego, co ma do zaoferowania Tokio, to rodzaj dziwnego i delikatnie mówiąc kontrowersyjnego wyboru. A mimo to, wiedziałem że muszę i chcę go raz jeszcze obejrzeć. Zobaczyć obraz i posłuchać muzyki (Bartłomieja Gliniaka).

Nie pomyliłem się. Przypomniał mi Polskę za jaką tęskniłem (i której już nie ma) i epokę takich dziwaków jak Nikifor właśnie.

Pozwolił na przeżycie czegoś, co było bezcenne i potrzebne w tym czasie. Dał wzruszenie i rodzaj determinacji, by się nie poddawać. Taka (oczywista?) lekcja pokory i tego, że do pewnych ról dorastamy w czasie…

Bez tytułu

Cieszyny dwa

Cieszyny dwa…

Renata Putzlacher-Buchtova i Jaromir Nohavica, gdy mówią o Cieszynie (jednym i drugim) brzmią nostalgicznie i w jakimś sensie zdradzają rozczarowanie miastami, jakimi są dzisiaj.

Cieszyn był miastem magicznym, ale dzisiaj, jest „ (…) trudniej (…)”, przyznaje Renata Putzlacher, pytana o swój stosunek do miasta (Rozmowy o Śląsku Cieszyńskim, red. A. Drobik, Ustroń 2014).

O tej części Śląska, Nohavica powiedział, że „(…) Bóg jest wysoko, a Warszawa i Praga daleko (…)”.

To brzmi jak typowo śląskie poczucie wyobcowania i zdania się (w swojej śląskości) na siebie samego…  Śląskie poczucie opuszczenia i zapomnienia, też tutaj i takie podobne?

No, ale może dzięki temu Cieszyn jest wciąż bliżej swojej górnośląskości niż chcieliby tego jego współcześni mieszkańcy?  Inna topografia miejsca (ta przestrzenna i stylowa przede wszystkim), lokuje go bliżej Wiednia i Pragi, niż Warszawy, czy Krakowa. Nowoczesność okresu międzywojnia, w ciekawy sposób łączy Cieszyn(y) z Katowicami i Górnym Śląskiem spod znaku moderny Bryły i Schayera. W czeskiej części miasta, nader często potykamy się o czeski kubizm… początku minionego wieku.

Arką Noego w pejzażu obu miast jest kawiarnia „Avion”, miejsce które powróciło… z niebytu materii i pamięci ludzi.

Symboliczne w tak wielu warstwach znaczeń i odniesień. Trwania i przemijania: materii (budynek ukończony w 1933 roku, rozebrano w 1943 roku) i ludzi… (Rosalia Wiesnerowa, śląska Żydówka, właścicielka kawiarni, wywieziona do Auchwitz-Birkenau, zginęła tam w 1942 roku).

Modernistyczna estetyka architektury „Avionu” (projektu słowackiego architekta Michala Maximiliána Scheera), doskonale wpisywała się w projektowanie architektoniczne i użytkowe lat trzydziestych 20. wieku.

Ponowoczesna wersja architektury „Avionu” sprawdza się też dzisiaj. Wizyta w Czeskim Cieszynie mogłaby się właściwie zakończyć dokładnie w tym punkcie, w tej części miasta. Spacer „w głąb” ulicy Głównej i tego fragmentu Cieszyna (Czeskiego) może tylko nabawić nas kaca…  Dosłownie i w przenośni…

A w „Avionie” napijecie się gorącej czekolady, zjecie korzenny tort. Życie natychmiast nabierze zupełnie innego wymiaru… Da ułudę tego, że nic (z tego z co dobre) nie przeminęło. Czy to nie cudowna uczucie (za jedyne 47 czeskich koron?)

Cieszyny. Dwa miasta?

Wspomnienie tego co było i ambiwalentna kondycja współczesnego Śląska, który się zmienia. I Europy Środkowej, której już nie ma… Na pewno.

Oznaczenia.

Arka pamięci

Spotkanie / Rozmowa/ "Avion" (Czeski Cieszyn)

Wiadomości, plotki (Avion)

Noiva /Pamięci Rosali Wiesner

Spacer / Nad Olzą (Czeski Cieszyn)

I tylko kota brak na dachu... bym poczuł się jak w domu (Czeski Cieszyn)

Widok metropolitalny (Czeski Cieszyn) B&B(Czeski Cieszyn)

Złamanie (Cieszyn)

Tajemnica (Cieszyn)

Piękno konstrukcji żeliwa. Eisenkunstguss... Tak bardzo śląskie (Cieszyn)

Modlitwa za Cieszn(y). (Cieszyn)

 

Betejem. 2014 lat później

Nie wiem, jakie było Betlejem 2014 lat temu… To znaczy domyślam się, rekonstruuję fakty, ale w oczach mam to współczesne miasto.

Wyobraźnię zbyt mocno obciążają obrazy, które z tamtym zdarzeniem, nie mają zbyt wiele wspólnego.

W obrazie współczesnego Betlejem, nie ma nic z tradycji franciszkańskiej, którą znamy i uznaliśmy za swoją.

Wjazd na obszar palestyńskiego Betlejem, to przejście do innego świata. Za murem, do palestyńskiego getta.

Chyba nie wszystko jest w porządku (jak słyszy się w oficjalnym przekazie mediów izraelskich), bo nadal bezpośrednio na przejściu granicznym nie można wykonywać zdjęć.

Robię je ukradkiem, zwabiony ironicznym graffiti witającym przybyszy.

Zdjęcia zbyt mocno ujawniałyby to coś, co bardziej krytyczne głosy,  nazwałyby obrazem pogardy i lekceważenia. Jednostki ludzkiej i odmienności.

Mimo to turysta i pielgrzym może się tam czuć dobrze i bezpiecznie.Trochę jak w parku tematycznym, gdzie kontekst poznania schodzi na plan dalszy i dba się o przede wszystkim o komfort przybysza.

Pielgrzym nie jest koniecznie zwiastunem dobrej nowiny i cudu narodzin. Z pewnością pozostaje nadzieją na to, że miejscowa ekonomia za jego sprawą, będzie się miała nie gorzej niż rok wcześniej, a mieszkańcy Autonomii w spokoju doczekają kolejnego dnia, miesiąca, roku…

Światy rozpięte między Jerozolimą (jak tutaj na zdjęciu widzianą ze Wzgórza Oliwnego), a biednym Betlejem, są metaforą losów Świętej Rodziny, której nikt nie chciał przyjąć pod swój dach i dlatego dotarła do odległego Betlejem. Myślę, że także współcześnie cud narodzin nie mógłby się zdarzyć w innym miejscu Ziemi Świętej.

Betlejem jest miejscem dla odrzuconych i trwających  w wierze. Zmienione przez cud – narodzin (Jezusa) i odrodzenia (narodowego).

Sacrum dla jednych. Refugium  dla pozostałych.

Dla tych ostatnich  sacrum schodzi na plan dalszy i jest jednym ze zdarzeń na osi czasu (przed i po narodzeniu Chrystusa).

To o nich szepczą trawy porastające brzegi Jordanu… i milczy wyschła Dolina Cedronu w Jerozolimie.

Witamy w Betlejem

Group photo. (Bazylika Narodzenia Pańskiego w Betlejem)

Ślad. (Wnętrze bazyliki Narodzenia Pańskiego w Betlejem)

Znak - to miejsce. Grota Narodzenia

Dotyk...

Uliczny warsztat. Betlejem Wytwórca krzyżyków. Betlejem

Franciszkańska wizja (Betlejem. Grota Mleczna)

Jerozolima. Widok z Góry Oliwnej

 

 

Pustka i anioł grający na dachu.

Tarnów. Grudniowy dzień.

Taki zapis z dawnej dzielnicy (żydowskiej).

Pustka, w której nie ma nawet miejsca na nostalgię.

Mijam miejsce, gdzie czas się zatrzymał i powstawał „Młyn i krzyż”.

Czas wracać na Śląsk. Ulga, nie oglądam się za siebie.

Bima

Ślady / Ogień) (bima z tarnowskiej synagogi)

Ulica Zakatna   Opuszczone i puste

Dwa światy. Dawna dzielnica żydowska (Tarnów)

Nowi mieszkańcy (plac przy dawnej synagodze)

Młyn i krzyż (inne zaułki Tarnowa)

City Hotel (fragment elewacji)

Błogosławieństwo (mezuza na Wałowej, dawny hotel City)

Nie skrzypek, lecz anioł na dachu... gra (d. hotel City na Wałowej)

 

Ślady

W 1939 roku w Nowym Sączu mieszkało 10 ooo Żydów.

Miasto było jednym z ważniejszych ośrodków chasydyzmu w tej części Europy Wschodniej.

Dach w modlitewni przy ulicy Jagiellońskiej 50, w święto Sukkot unosił się ku górze niesiony siłą modlitwy i kołowrotem, na wypadek gdyby te pierwsze zawiodły…

W 1941 roku utworzono w tym mieście getto. Zamknięto w nim jedną trzecią mieszkańców miasta.

Rok później, w sierpniu 1942 roku wywieziono niemal wszystkich do Bełżca.

Ci co przeżyli,  i ci co wrócili, opuścili miasto w 1968 roku. Zostawili klucze obcym do miejscowej synagogi.

Dzisiaj, od czasu do czasu, w mieście znowu rozbrzmiewają modlitwy niesione głosami wiernych.

Jak w rozmowach Mikołaja Grynberga (Auschwitz. Opowieści rodzinne, 2014)  kolejne pokolenia (po)wracają.

Dzisiaj byłem w tym mieście,  potykając się o ślady lub domysły obecności tej społeczności.

Zapis poniżej.

Ślady nieoczywiste, domyślane z powierzchni i znaków.

Wrosłe w ziemie. Trwające.

Dawna synagoga. Nowy Sącz

Synagoga w Nowym Sączu - dziś.

Granica. Nowy Sącz

Czerwona poduszka

Ślady. Nowy Sącz Opuszczenie. Nowy Sącz

Znak. Domy opuszczone (3)

Domy opuszczone (5)

Domy zostawione. Blizny (Nowy Sącz)

Domy kiedyś opuszczone (4) To co pod spodem... (Nowy Sącz)

Krzyże. Nowy Sącz

To co zostało. (Fragment wyposażenia domów z getta. Nowy Sącz)

Zaułki. Nowy Sącz

Domy zostawione (2)

Przenikanie. Nowy Sącz

Pokój jak u Anny Frank.  Nowy Sącz

Dom modlitwy, (Jagiellońska 50) Dach, który się unosił (w święto Sukkot), Nowy Sącz

Prywatny dom modlitwy (widziane przez okno). Nowy Sącz

Domy, których nie ma. Nowy Sącz (Jagiellońska 50)

Znaki. "Mezuza" (Jagiellońska 50, Nowy Sącz)

Mezuza (2)

Ściana płaczu. Nowy Sącz (dawny dom modlitwy)

Kuski z węgla, jak śląskie łzy niewyschłe…

 „Człowiek zostaje zapomniany,

gdy zostaje zapomniane jego imię” 

Gunter Demnig (2014)

W fotobiografii Jana Karskiego, którą niedawno ktoś wydał w Warszawie (dla jasności dobrze, że to zrobiono, bo to postać wybitnie niedoceniona przez polską historiografię, a jego zasługi są nadal pomniejszane), w znajdującym się tam wstępie autorstwa Adama Rotfelda, przeczytałem o konieczności pielęgnowania pamięci ludzi i historii narodów, bo tylko taka przetrwa i jest piękna (w swojej prawdzie i sensie utrwalania). Każda inna sytuacja prowadzi do kryzysu historii jako wiarygodnego przekazu i zakłamania, można dalej czytać myśl autora wstępu.

Słowa takie powracają do mnie, gdy myślę o historii Górnego Śląska i Gunterze Demnigu.

Demnig to artysta i autor wyjątkowego pomnika, w skali i symbolice bez wątpienia największego na świecie (choć nie posiada zadufania i pretensjonalności dzieła spod Świebodzina).

Tym pomnikiem  są „kamienie pamięci” nazywane z niemiecka ‘Stolpersteine’. Te „kamienie” to nic innego jak wykonane z mosiądzu pamiątkowe tablice (o rozmiarach kostki brukowej), umieszczane w chodnikach przed ostatnim miejscem zamieszkania ofiar nazizmu. Znane są w 18 krajach świata, w ponad 1000 miejscowościach. Kamieni pamięci ułożono dotychczas (stan na wrzesień 2014) 48 000 i liczba ta choć powoli, to wciąż rośnie…

Projekt Demniga to ludzka potrzeba nie tylko nazwania zbrodni zbrodnią, lecz przede wszystkim upamiętnienia i policzenia ofiar, by pamięć o nich nie zaginęła, a historia i jej przebieg nabierał sensu i ludzkiego wymiaru. Pozwalał ją ‚ogarnąć’ przez pryzmat pojedynczych losów.

Ostatnie „Stoplersteine’ jakie widziałem, to kamienie na chodniku przy krnovskiej synagodze. Jeden z nich poświęcony jest ostatniemu rabinowi wspólnoty krnovskich Żydów. Ucieszył mnie ich widok, bo oznacza powrót do normalności i społeczne przyzwolenie i potrzebę mówienia o historii i prawa do pamiętania.

Myślę, że nie jest możliwe myślenie o przeszłości bez policzenia ofiar i zrobienia bilansu tego, co się na nią składa. Bez odważnego opowiedzenia o tym, jaka naprawdę była (historia).

Podobają mi się słowa  Zygmunta Miłoszewskiego (zaskakująco ideowo mi bliskiego (?),  gdy pisze, że jest zacietrzewionym antykomunistą), że „(…) jeśli ktoś chce być dumny z historii swojego kraju, to powinien też czuć wstyd z powodu tego, co było w tej historii nie tak (…)” (Rzeczpospolita, 13-14 grudnia 2014).

Piszę celowo (i prowokacyjnie) o owej bliskości ideowej (zapewne jej nie ma, nieważne jest to tutaj zupełnie), bo wypowiedź ta pojawia się w Rzeczpospolitej, tytule prasowym, który konsekwentnie odmawia Ślązakom prawa do prawdy o własnej  historii, nawet jeśli prawda ta miałaby boleć i być powodem zawstydzenia (dla innych). Przykładem owego stosunku do Ślązaków jest publicystyka Piotra Semki, czy w ogóle perspektywa przyjmowana wobec relacji polsko-niemieckich. W tym samym numerze znajdziecie wywiad z profesorem Zbigniewem Mazurem, ubolewającym nad istnieniem ‘dobrych Niemców’, jako sposobu służącego zacieraniu ‘prawdy historycznej’. Ciekaw jestem co na jego słowa powiedziałby Władysław Szpilman, uratowany przez… oficera Wehrmachtu, Wilma Hosenfelda. (To taki rodzaj przestrogi, że takie i podobne uproszczenia prowadzą donikąd). Wróćmy jednak do głównego wątku tego wpisu.

Historia Górnego Śląska domaga się prawdy. Po latach, dekadach wciskania mieszkańcom Śląska przysłowiowego kitu lub poniewierania jej na przykład nadawaniem miastu Katowice nazwy Stalinogród (nie uczyniono czegoś podobnego wobec żadnego innego polskiego miasta; Śląsk tradycyjnie musiał ‚udowadniać’ jako ten gorszy od innych, że… gorszy nie jest).

Jestem pewien, że bez na nowo opowiedzianej historii nie będzie możliwe pełne otwarcie cywilizacyjne Śląska. Jego marszu ku nowoczesności, zajęcia się tym co stanie się z nim jutro, za lat dziesięć, czy za dwadzieścia.

Takie podejście do Śląska wydaje się być postulatem potrzebnym i zasadnym cywilizacyjnie, inaczej Śląsk ugrzęźnie (i my z nim) w przeszłości i tam pozostaniemy. Ku zadowoleniu tych, których ten rodzaj stagnacji będzie cieszył. Nawet z tak prozaicznych powodów, że sytuacja taka pozwala im na utrwalanie „ich” prawdy i narracji historycznej, w którą nikt już nie wierzy. Bo nie wierzy, oni też to już wiedzą.

Patrząc na „kamienie pamięci” wyobraziłem sobie miasta Górnego Śląska pokryte srebrzystymi refleksami kostek wykonanych z węgla, na których wyryte byłyby nazwiska ofiar nazizmu i komunizmu…, totalitaryzmu stalinowskiego. Bezimiennych (dotychczas) ofiar tych zbrodniczych systemów.

Nazwiska tych Ślązaków poległych we wrogich sobie armiach, deportowanych (liczby są tak różne, że pozostanę przy zweryfikowanej liczbie 40 tysięcy osób; szacunki mówią nawet o 200 tysiącach osób), zamordowanych przez nazistów, ‘wyzwoleńczą’ Armię Sowiecką, i wreszcie komunistyczny aparat represji.

Nazwiska tych co, nie powrócili do swoich domów…

W  domach tych przechowano o nich pamięć, która im się po ludzku należała, a była zakazana. Nie wychodziła dalej, bo nie mogła. (Nawet ten fakt  bywa zakłamywany przez część historyków i publicystów, mówiących, ze „to nie my, to komuniści” ponoszą za to odpowiedzialność. Ciekawe, ze nie lubimy gdy Niemcy, pisząc o historii II wojny preferują mówienie o nazistach, a nie o sobie samych, czyli Niemcach. Skąd u nas te dwie miary?)

Widzę więc oczyma wyobraźni te miejsca… Takie jak Łabędy (gdzie znajdował się jeden z największych obozów deportacyjnych dla Ślązaków), które nagle rozświetlą się wysrebrzonym błyskiem polerowanego węgla (lub materiału, który będzie go przypominał).

Tych symbolicznych łez skrycie wypłakiwanych przez lata przez najbliższych lub łez odżałowanych, których nigdy nikt nie mógł uronić, bo nie było (już) komu. Czas dojrzał,  by tymi znakami pamięci, pokryły się ulice śląskich miast i osad. Migocące srebrne ogniki, błyski na ulicach Świętochłowic, Miechowi, Katowic, Zabrza… Lista jest długa.

A nas to (o)pamiętanie dzisiaj ocali i pozwoli pójść ku  przyszłości.

„Kamienie pamięci”  – Stolpersteine , te istniejące w Niemczech i w tych krajach, gdzie się pojawiły, potrafią okrutnie uwierać.

Znam miasta, takie jak Dusseldorf , gdzie przyjmowano je niechętnie, wręcz wrogo. Ale one mają uwierać i być niewygodne, właśnie jak kamień obcierający stopę w bucie. Mają przypominać o nieobecnych i powinny się pojawić, by niemo wykrzyczeć prawdę i opowieść, bez której człowiek traci imię, a kolejne pokolenia poczucie sensu i przynależenia.

Pomimo i wbrew tym,  którzy o te kamienie będą się mentalnie potykać, bo „(…) jeśli ktoś chce być dumny z historii swojego kraju, to powinien też czuć wstyd z powodu tego, co było w tej historii nie tak (…)”… Każdej, własnej też.

Śląskie łzy niewyschłe…

Kamienie pamięci. Są, potykamy się o nie, przypominamy sobie... (Krnov, 2014)

Krnovskie kamienie pamięci (2)

Krnovskie Stolpersteine. Wśród nich nazwisko ostatniego rabina wspólnoty Davida Rudolfera

Śląskie kamenie pamięci, których wciąż nie ma... (na zdjęciu kamienie z Krnova)

 

 

 

Grafiki Rudolfa Riedla. Ze Świętą Rodziną i Śląskiem w tle

Przychodzą w wyjątkowych kopertach.

Znać na nich dukt ręki, pieczęć autorską i sygnaturę Autora.

Życzenia opatrzone wyjątkowymi, osobistymi linorytami Rudolfa Riedla.

Członek grupy Gwarek’58, której wystawę kilka lat temu zorganizowało Muzeum Śląskie. Od wielu lat mieszka w Niemczech, ale śmiem twierdzić, że to oddalenie pomaga mu w widzeniu spraw Śląska jasno i bezkompromisowo.

Lubię jego linoryty poświęcone pejzażowi Śląska, z kopalniami, symboliczne i zdradzające ogromną skalę emocji w opisie Jego domowiny, Jego Heiamtu, Jego Śląska. 

Mnie fascynują jego wyobrażenia metropolii, zurbanizowanych krain i piętrzących się wysokościowców, mających coś z majestatu katedr lub co najmniej neogotyckich świątyni Górnego Śląska. Drapacze chmur na jego linorytach nieodmiennie przywołują wyobrażenia z filmów Fritza Langa… i jego Metropolis (1927).

Linorytom świątecznym towarzyszą przemyślenia na temat ‚Slonska’, serdeczne życzenia, myśli od serca układane.

W wyborze, trzy z grafik, jakimi obdarzył mnie Artysta.

Myślę, że choć znalazły się w szufladzie mojego biurka, to jednak podzielę się nimi, sprawiając radość Artyście i tym, dla których będą odkryciem (jak dla mnie) innej wrażliwości artystycznej…

Linoryt Bożonarodzeniowy, Rudolf Riedel (2010)

"Rodzina", Rudolf Riedel, 2011 (1/200; linoryt)

Linoryt Bożonarodzeniowy,  Rudolf Riedel (2014)

 

Jego wolnością była fotografia. Jan Svoboda

Oglądając niedawno zdjęcia fotografików związanych z grupą Český dřevák (inny wpis poświęcony wystawie w Galerii Pusta CD na tym blogu), nie przypuszczałem, że tak szybko wpadnę na innego przedstawiciela tego nurtu w fotografii czeskiej, nieżyjącego już Jana Svobodę. Wybór jego prac prezentowany jest w ostrawskiej Galerii Fiducia.

Czeska fotografia spod znaku Josefa Sudka, tak w przypadku grupy Český dřevák, tak i tutaj była (ponad cztery dekady wcześniej) inspiracją dla twórczości Jana Svobody (1927-1990).

Svoboda, pod wieloma względami podobny do Sudka (introwertyk niedostosowany do czechosłowackiej rzeczywistości doby normalizacji), fotografował swoje najbliższe otoczenie, przedmioty, bardzo rzadko ludzi. Ci zresztą pojawiają się na jego zdjęciach niejako we fragmentach, też ‚uprzedmiotowieni’ (jak jego własny autoportret, w formie zdjęcia leżącego na sfotografowanym stole).

Mimo tych ograniczeń, a może wyborów tematycznych, fotografia Svobody jest pełna życia, jeśli życiem nazywać używanie światła i mroku, nastrojem i emocjami emanującymi z kadrów ‚wydzieranych’ rzeczywistości. Svoboda jest piewcą detalu, małej formy i przedmiotów, o których wie,  że za chwilę przepadną, zmienią swoje właściwości, lub kwestionowanie będzie ich istnienie.  Będzie jak z tymi pustymi talerzami, które za chwilę się wypełnią lub resztkami kawy na dole filiżanki, czy niedopałkiem przed chwilą zgasłym.

Duży format, którego używał, pozwalał mu na operowanie precyzyjnie głębią ostrości. Jego martwe natury i studia przedmiotu przypominają mi w niektórych przypadkach dzieła małych mistrzów holenderskich Pietera Claesza i Willema Claesza Hedy, przed których monochromatycznymi martwymi naturami (szczególnie tymi zanurzonymi w kolorze szkła leśnego) mogłem spędzać długie godziny. Takim wyjątkowym zdjęciem jest fotografia ‘Okno’ z 1963 roku.

W ogóle niektóre z obrazów Svodoby to kadry, o których urodzie, wanitatywnym przesłaniu (jako metaforze świata na naszych oczach przemijającego, rozpadającego się) najlepiej napisałby taki na przykład mistrz Herbert. Ogrody Svobody i barbarzyńskie raje Herberta pasowałyby do siebie idealnie… dając kompletny obraz świata.

Jak przekonuje kuratorka wystawy, Nadia Rovderová, fotografia Jana Svobody, jest obecnie na nowo odkrywana w Czechach. To dobrze. Bo to artystycznie, warsztatowo coś wyjątkowego i nieporównywalnego ze współczesnymi technikami fotograficznymi. Wystawa i zaprezentowane tam zdjęcia są pochwałą fotografii negatywowej, pracy w ciemni i wywoływacza. Znajdziemy na niej zdjęcia z końca lat 60-tych i początku lat 70-tych 20. wieku

Niespecjalnie dziwi mnie, gdy czytam, że w przypływach irytacji, niezadowolenia ze swoich zdjęć,  Svododa niszczył nawet te najlepsze, darł je i ponownie powracał do tematu. Podejmował go z myślą i nadzieją, że to kolejne zdjęcie będzie jeszcze lepsze.

Jan Svoboda, jak wielu artystów żyjących i tworzących w czasie panowania  generalseka Husaka i czeskiej normalizacji, nie chciał by dany mu czas, oznaczał zmarnowane chwile, dni, miesiące, czy życie wreszcie. W tym sensie fotografia Svodoby  była fotografią poszukująca wolności (nomen omen ‚svoboda’ znaczy po czesku wolność właśnie). Jego wolnością była fotografia. W niej ją odnalazł i w  światach, które powoływał do życia.

Fotografia była ucieczką od świata, na który się nie zgadzał i nie miał nań wpływu. Alternatywą w jego przypadku  stało się poszukiwanie własnej, artystycznej przestrzeni. Tym trudniejszej, że rodzaj fotografii, którą tworzył jeszcze przed Praską Wiosną, tym bardziej nie był akceptowany i w żaden sposób wspierany przez oficjalny nurt sztuki po 1968 roku. Svoboda żył w jakimś sensie na marginesie fotografii czeskiej.

W ciszy między jednym, a drugim spustem migawki… Tam się skrył, tam był, tam (jeszcze) pozostaje.

*

Gdzie: Galeria Fidicia, Ostrava

Co: Wystawa Jan Svoboda. Filozof ticha

Kto: kuratorka Nadia Rovderová

Kiedy: do obejrzenia do 23 stycznia 2015 roku (powtórzenie wystawy w Pradze, wiosną 2015 roku)

Galeria Fiducia. Dobry adres

 Jan Svoboda (r.) Późne lata 60-te

 

Wystawa. 'Jan Svoboda. Filozof Ticha' (fragment ekspozycji)

Fragment wystawy

Fala / Vlna / Wave (zdjęcie fot. J. Svobody), 1964

Okno / Window (1963); fragment zdjęcia J. Svobody

 Okno wg J. Svobody (fragm. 1963). Hommage a Pieter Claesz Heda

 

 

 

 

Objet trouvé. Mini esej ostrawski

Ostrawa po zmierzchu to miasto nieco golemowskie.

Wciąż słyszę ten rodzaj krzyku miasta zarzynanego kolejnymi nalotami, które trwale okaleczyły i wprawiły je w stan niekończącej się wibracji…

Miejsce niepokojąco oświetlone i zapadnięte w sobie.

Wpadam na ukarane ciszą, rozstrojone pianino.

Ktoś zostawił na nim kartkę, zmieniającą ten banalny nośnik reklamy w przedmiot, posiadający swoje cechy indywidualne, oczekiwania i predyspozycje.

Metafora? Napis wykpiwający? Czy informacja skierowana do kogoś, kto postanowi wyzwolić je z upokarzającej roli?

Tekst  (w dowolnym tłumaczeniu)

„Pianino jest rozstrojone. Po przetransportowaniu  musi odpoczywać przez kolejne dziesięć dni. Gdy już odpocznie będzie dobrze stroić. Dziękujemy za zrozumienie”.

Może dlatego Czechy to inne miejsce, bo znajduję tu takie przedmioty jak to pianino, które wyraźnie chce coś mi powiedzieć i na szczęście nie ma nic wspólnego z Chopinem?

Ostrawa Light of Ostrava

Polaroid-1

Polarodi-2

Mówię...

Wiadomość

Polaroid-5-klawiatura

Polaroid-6-klawiatura

Powiedz szefowi co myślisz, czyli bōnenkai party. Zapiski z klawiatury. Japonia (15)

„No to je parada” – chciałoby się powiedzieć po czesku, myśląc  o bonenkai party, które tradycyjnie organizują wszystkie instytucje w Japonii w okresie poprzedzającym święta i  przed końcem  starego roku.

Patrząc na źródłosłów tej nazwy, od razu zrozumiemy, że jest to spotkanie którego istotą, jest… zapomnienie o tym co było (głównie złego) w minionym roku…

Bonenkai-party to wydaje się dobry pomysł na odreagowanie tego, co można nazwać sformalizowanymi, powierzchownymi stosunkami ludzkimi w Japonii, gdzie nawet w trakcie rozmowy telefonicznej wymienia się (na odległość) grzecznościowo-rytualne ukłony. Pamiętam taką scenę na tokijskiej Ginzie i muszę powiedzieć, że wywarła ona na mnie kolosalne wrażenie. Uzmysłowiła siłę rutuału i tego co nazwać można hierarchią społeczno-plemienną Japończyków.

Jest więc taki dzień, „wyjątkowy, choć grudniowy”, chciałoby się sparafrazować znany tekst pastorałki,  gdy pozornie nic nowego się nie dzieje, bo wszyscy znowu zostają w pracy,  po pracy (nota bene często pozorując pracę i po prostu będąc w niej, by zadowolić szefa swoją obecnością i trwaniem – jak i on –  na stanowisku). Tym razem jednak to „po pracy”, oznacza wspólne wyjście na sutą kolację, opłaconą przez firmę. Bywa zresztą, że spotkanie organizowane jest w siedzibie danej instytucji. W jakimś stopniu zależy to od kultury korporacyjnej danej instytucji.

Na kolacji kończącej rok, spotykają się wszyscy pracownicy danej firmy. Jej opuszczenie jest oczywiście niemile widziane, w końcu to dzień wolności (o tym za chwilę), ale nie od wszystkich obowiązków… Zresztą magia suto zastawionego stołu, alkoholu i wszystkiego tego, co kojarzy się z dobrze spędzonym czasem sprawia, że raczej nikogo nie zabraknie na takiej imprezie…

Egalitaryzm kolacji i całego spotkania uwidacznia się także w sposobie zasiadania do stołu. Jest mniej formalny, nie obowiązuje wprost hierarchia i zdarza się (manifestacje takie są mile widziane i w jakimś sensie pożądane), że prezes firmy usiądzie koło fizycznego pracownika (inna sprawa, że etos pracy w Japonii nie dyskryminuje  pracowników fizycznych, ani ich pracy nie lekceważy  w sposób znany nam w Europie, więc sytuacja taka z zasady nie jest tak bardzo szokująca).

Formalizm i ceremonia, która z jednej strony potrafi tak bardzo uwierać w Japonii, tym razem się ogromnie przydaje, bo wiedza na temat tego czym jest i czemu służy  bonenkai-party sprawia, że szybko i skutecznie wszyscy przestawiają się i dostosowują do nowych ról i nieformalnego, otwartego charakteru takiej imprezy.

Wygląda to dokładnie tak, jakby na tych kilkanaście godzin Japończyk przestał być Japończykiem, choć pamiętajmy dzieje się tak właśnie dlatego, że wiadomo, że można, że wolno tak się zachowywać i w ramach konwencji jaka obowiązuje tego dnia, nie poniesie się żadnych konsekwencji.

Je się i pije się tego wieczora, a z ust uczestników biesiady mogą i płyną żale, pretensje, zwierzenia i co tam jeszcze chcecie. Szef może zweryfikować opinię na swój temat (robi to z godnością i zrozumieniem, że w końcu także i on nie jest tak doskonały), ale takie spotkanie pozwala mu też spojrzeć (w tej jeden wieczór) innym okiem na ludzi, którzy go otaczają i na co dzień, zachowują się (czasami) zupełnie inaczej.

To oczywiste, że i szef  ma prawo do osobistego odniesienia się do tego, jaki był to rok i tego co i o kim i jak myśli. By była jasność. Akcenty tego co dobre i co złe mieszają się na takim spotkaniu w niejednoznacznych  proporcjach i nie jest tak, że jest to ten rodzaj spotkania, podczas którego alkohol topi tylko złe emocje. To moment swoistego oczyszczenia i właściwie tak należy interpretować to, co ma miejsce  tego wieczora i nocą przy stole…  To zamykanie spraw, których prawdopodobnie inaczej nie da się już rozwiązać.

Po bonenkai-party przychodzi dzień po. ..

Nie łączy się go już w żaden sposób z tym co miało miejsce jeszcze kilka godzin wcześniej (no może jedynie z silnym bólem głowy, jeśli się przesadziło z sake lub shōchū (rodzaj japońskiej wódki). Są to dwa różne światy, które mają tych samych bohaterów, ale pozostających oni w kompletnie innych konwencjach zachowań i kodów językowych.

Szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie podobnej sytuacji w Polsce i założenia, że to co było wczoraj, nie ma wpływu, na to co dzieje się i co myśli się następnego dnia. No może, wnioskowanie po takich spotkaniach możliwe jest i w Japonii, ale zdradzanie się z tym, że zacznie to kształtować wprost  zachowanie wobec określonych osób, byłoby z miejsca napiętnowane (ostracyzmem, odrzuceniem) i jest złamaniem pewnej ważnej umowy społecznej. W Japonii można czasami wiele (?), ale nie aż tyle… Obyczaj, niepisane (i pisane) zasady postępowania (tradycja kodeksu bushido) sprawiają, że jest rzeczywistość bonenkai -party i tego co się tam stało, to obszar funkcjonowania swoistego, niewzruszalnego milczenia. Tak jest. Po prostu. Taka jest Japonia.

Bonenkai-party poza tą ceremonialną i integracyjną rolą, spełnia inną bodaj jeszcze ważniejszą rolę. Jest w mojej ocenie swoistym „wentylem bezpieczeństwa” w relacjach społecznych, które – nie waham się tego powiedzieć – eliminują jakikolwiek poziom indywidualizmu, ograniczają ekspresję własną i przeciwstawiają  się  zmianom, o ile te nie  są akceptowane przez istniejący establishment, czy senioralnego systemu opresji wielopokoleniowej, którego doskonałym przykładem na gruncie administracji jest system konsultacji i podejmowania decyzji znany jako nemawashi. To system mający dać przekonanie wszystkim, których dotyka, że faktycznie uczestniczą w podejmowaniu decyzji. Niestety, choć rozstrzygnięcia są podejmowane „od dołu”, w praktyce każda decyzja- taka, czy inna – dawno już została przesądzona przez podejmującą owe rozstrzygnięcie senioralną „górę”. Ta ostatnia ma swoje oczekiwania, które w nieformalny sposób potrafi zawsze skutecznie przeforsować. Czy to nie powód (kolejny), by w tej jeden, jedyny grudniowy dzień się zapomnieć i kontestować istniejący porządek?

*

Bonenkai-party jest częścią tego, co składa się na grudniowe celebracje w Japonii. Temat uznany już wczoraj (prawie) za zamknięty, domykam dzisiaj. Sprowokował go artykuł w miejscowej prasie o czeskich firmowych imprezach świątecznych…

Następstwem tych czeskich, jak dowodzą badania (lubię to, że Czesi tak naukowo i z powagą badają swój charakter i styl życia) jest to, że stare przyjaźnie bywają zastępowane nowymi. Rozczarowanie ustępuje miejsca fascynacji (np. walorami osoby przez nas dotąd lekceważonej), no i często pozostaje silny ból głowy. Spotkania takie sprzyjają także przygodnemu seksowi, co niestety psuje relacje w pracy i utrudnia powrót do następnego dnia (a ekonomia i wynika finansowy firmy cierpi).

Czytam tak o tym i myślę o serialu Mad men, wspominam lekturę  książki Mad women (Jane Maas, 2012) i łapie się na tym, że daleko od wysp japońskich są lub raczej były firmy, gdzie bonenkai-party trwały cały rok… Zastanawiam się komu to przeszkadzało? Ale to typowe wręcz idealne pytanie na bonenkai party, ale nie na blog. Tutaj traci ono rację bytu i jest już bardzo niepoprawne politycznie.

 Oczekiwanie. (Kioto, Japonia)