Lampart. Wspomnienie

„(…) ta też przemija (…)”

Oscar Wilde

Pamięci Ojca dedykuję, bo w każdym z nas  jest Lampart

Autor

Lampart. Wspomnienie.

(uwaga: czytać z muzyką Nino Roty w tle)

Mógłbym zacząć zupełnie trywialnie, a jednak prawdziwie. I pomimo domniemania, że zmyślam, tak właśnie zrobię.

Był upalny letni dzień. (Życie nie znosi przypadków, bo w jaki inny dzień lepiej smakowałby film z sycylijskimi plenerami?) Kraków. Mamy rok 1985 lub 1986. Wyludnione miasto oferuje swoim zapóźnionym studentom (ona i ja przygotowujemy się do sesji jesiennej) program kin studyjnych i inne, równie atrakcyjne rozrywki… Ucieczka przed rutyną nauki i pogodą znajduje swój finał w chłodnej sali kinowej.

Kino „Pod Baranami”. Nieznośnie skrzypią fotele (nie wiem, czy niektóre nie trafiły potem do Muzeum przy Lipowej 4 w Krakowie). Ściany kina, gdyby nie ciemność, nie przypomniałyby sobie koloru, którym je wymalowano. Jest kilka osób. My, jak sądzę, jesteśmy tutaj z powodu filmu?

Za chwilę ekranizacja powieści Giuseppe Tomasiego di Lampedusy, Lampart z Burtem Lancasterem w roli księcia Saliny. Film Luchino Viscontiego z 1963 roku. Złota Palma festiwalu w Cannes. Muzyka Nino Roty. Wielkie kino z czasu, gdy obojga z nas nie było na świecie… Fakt ten wywołuje rodzaj zachwytu nad własną młodością. Pamiętam to uczucie.

Początek projekcji. Nagle, dosyć głośno, wkracza na salę kinową mocno pijany cień. Nie dochodzi nawet do krzeseł, lecz pokotem pada między ich pierwszymi rzędami Czasy są inne, więc jakoś nikt się nie dziwi. Gdy po upadku, w chwilę potem słychać miarowy oddech (nie)szczęśnika, nasza (publiczności) uwaga powraca do tego, co dzieje się na ekranie. Tuż przed końcem seansu, ten sam mężczyzna wstanie, otrzepie się i jakby nigdy nic wyjdzie… Takie „kino w kinie”? Surrealizm PRL-u z wielkim kinem w tle?

Wkrótce ekran stanie się faktycznie jednym wielkim oknem, za którego ramami rozpościera się widok zalanej słońcem, suchej i gorącej Sycylii i pałacu książęcego wypełnionego modlitwą na Anioł Pański. Takie otwarcie.

Mogłoby być na wskroś śląskie i po zamianie pałacu na dom z czerwonej, przybrudzonej cegły, mówić o nas. Taki inny początek nieistniejącego, a możliwego filmu o Śląsku.

Podążając za słowami Lampedusy, na zmianę reżyser i my, my i on, przez ponad dwie godziny oglądać będziemy świat II połowy XIX wieku na Sycylii. W tle jednoczące się Włochy. Szerokie, odważne pociągnięcia pędzlem, by użyć języka malarstwa z epoki.

Jak w książce, tak i w filmie. Bogactwo opisu, scenografia imponująca detalem i starannością, by z opowieści nie uronić nic, co tłumaczyłoby motywy działań i emocje bohaterów. Z rozmachem potraktowana panorama postaci i charakterów, uczuć, na które współcześni bohaterowie nie mogli sobie pozwolić. Korowód postaci wybitnych, podłych, zwyczajnych. Księcia i żebraka niewiele dzieli od siebie w tym obrazie. Bywa, że zamieniają się rolami. W tych nowych obsadza ich historia i przypadek (czyli też historia?).

Chwilami można było odnieść wrażenie (natychmiast po obejrzeniu filmu przeczytałem książkę, wówczas wydaną w paperbackowej serii Koliber, więc dzisiaj nie wiem czy była to sugestia obrazu filmowego, czy książkowego), że podmuchy wiatru wypełniają nasze usta pyłem ulic i placów, a na ubraniach osadza się  rdzawy i brązowy kurz. Wciąż nie znam Sycylii i noszę tamten jej obraz.

Opowieść „Lampart” jest czymś więcej niż napisaną sercem sagą rodu noszącego w herbie Lamparta właśnie. W mojej pamięci co rusz ożywają sceny z balu, gdy rozbrzmiewa muzyka napisana przez Nino Rotę (późniejszego autora muzyki do m.in. Ojca Chrzestnego). Pamiętam, jak bohaterowie tańczą walca wiedeńskiego.

Obraz czasów (wyidealizowanych, to jasne), gdy dotyk, muśnięcie dłoni, szelest krynolin i emocja spojrzeń, kradzionych, niepewnych, przypomina zapomnianą grę między nią, a nim. Światy nieobecne i zaginione. Może dlatego mają taką moc oddziaływania?

Do takich książek się wraca. Filmów też.

Na długie lata zapomniałem o filmie Viscontiego. Odkrycie go na nowo dokonało się niespodziewanie i jest uczuciem porównywalnym do odczuwania głodu uzależnienia. Jest i nic nie da się z tym już zrobić, poza koniecznością jego zaspokojenia?

„Lampart” zarówno ten filmowy jak i literacki, powrócił do mnie nagle. Ów początek był zaskakujący.

Lamparcie  przypomniało mi wyschnięte dno kieliszka po czerwonym winie. Przywołało inny kadr z filmu, w którym po latach zapomnienia i zamknięcia, uchylone zostają drzwi do sal pałacowych. Światło padające zza uchylonych okiennic, powoli wślizguje się do ich wnętrz. W jego poświacie skrystalizowane krople likieru na dnie kryształowego kieliszka, nagle, pod wpływem wspomnień, nabierają kolorów, światła i smaku. Przywołują sceny z przeszłości…

Byłoby banałem powiedzieć, że „Lampart” to rodzaj opowieści, jakiej nie zna literatura Górnego Śląska. Śląskowi dedykowana. Dająca tak wieloskładnikowy i zrównoważony obraz tego, czym jest Śląsk, a przede wszystkim opowiadająca o ludziach  tu mieszkających. Popadamy w banał i jarmarczną tandetę, gdy chcemy to przeprowadzić opierając się na muzealnych rekonstrukcjach, po raz kolejny replikując nieistniejące ulice miast.

Są powieści takie jak tetralogia Bienka, czy Finis Silesiae Henryka Wańka, które do opisu syntezy losów śląskich aspirują. Poezja Lachmanna wyrastająca  z dwujęzyczności historycznie nabytej i Hamlet gliwicki radykalnie rozprawiający się ze schizofrenią miejsca i zdarzeń. Tym nie mniej, nie są to w mojej ocenie teksty, które posiadałyby tą skalę i moc języka, czy wreszcie oddziaływania obrazów, by podołać temu zadaniu.

Lampart…  Pragnienie opowieści o Śląsku, filmu o Śląsku…

Czekam w sali kinowej na początek seansu? Siedzę nad pierwszą stroną książki, która gdzieś tam powstaje? Czekam. Możliwe i prawdopodobne otwarcie już jest…

Pejzaż symboliczny. Górny Śląsk (zdjęcie przetworzone)

Górny Śląsk (obraz przetworzony; lata 30-te 20. wieku)

Pałac Kawalera w Świerklaniec (zdjęcie współczesne)

Ostatni Samuraj i plemię Nipponu. Zapiski z klawiatury. Japonia (11)

Tekst o tożsamości Japończyków i analiza „Ostatniego samuraja” , jako dzieła filmowego tłumaczącego część tych zawiłości.

Ostatni samuraj A.D. 2006 (Tokio, Meiji Park)

Pierwsza próba. Trudny wstęp, ale potem będzie łatwiej…

Japończycy są jednym, wielkim plemieniem, jak piszą kulturoznawcy, socjolodzy, historycy. To w jakimś stopniu ma tłumaczyć trwałość więzi społecznych, podzielanie jednego, wspólnego kodeksu zachowań i wartości. Oceny tej nie zmienia teoria doktora Tadao Umesao, poszukującego źródeł wyjątkowości narodu Japońskiego w peryferyjnym położeniu Japonii (geograficznej peryferyjności, a nie kulturowej naturalnie) i czyniącego paralele do mieszkańców Wysp Brytyjskich. Społeczności, jego zdaniem, sobie bliskich i dających pośrednio odpowiedź na pytanie, jak rozumieć Japonię i jej mieszkańców.

Nie pałam sympatią do teorii pana Umesao (zwłaszcza, iż wyrasta ona z nacjonalistycznej tradycji uniwersytetu w Kioto, która onegdaj poprowadziła Japonię ku klęsce 1945 roku), pamiętając, iż Brytyjczycy w przeciwieństwie do Japończyków nie pogrążyli się w trzech wiekach samoizolacji, a w czasach gdy jedyny kontakt Japończyków ze światem odbywał się poprzez port w Nagasaki, Brytyjczycy zdobywali kolejne kolonie i rynki zbytu od Ameryki Północnej po Australię. Japonia tkwiła na swoich czterech wyspach i wysepkach.

Ale teoria ta to jeden z wielu przykładów badań czy pseudobadań, jakie mają miejsce w Japonii i jakie służą wykazaniu wyjątkowości rasy, kultury i dorobku cywilizacyjnego Japończyków.

Japończyków, wciąż pomimo poprawności politycznej jaką prezentują, odwróconych plecami do Koreańczyków, Filipińczyków, Tajów, Wietnamczyków. Powiedzmy sobie wprost narodów, które w hierarchii społeczeństw regionu postrzegane są przez Japończyków jako gorsze, mające mniejszy dorobek  i z tego powodu nie zawsze zasługujące na szacunek…

Przy okazji. Wiecie, że w Japonii obowiązywał jeszcze w XX wieku podział państw na kategorie? Pierwszą, drugą itd.. No właśnie, o tym nie mówi się zbyt często i choć ogromnie wiele się zmieniło w Japonii, to czasami można odnieść wrażenie, że nie wszystko. Geopolityka i mapa percepcji kulturalnej na przykład nie.

Próba druga. Jak to się stało? (będzie już łatwiej, bo odwołamy się do kultury masowej)

Wieki izolacji, skazanie na samych siebie i wyspiarskie położenie, postrzeganie Japonii w opozycji do reszty świata, czy kompleksy wobec obcych, spowodowały z całą pewnością, że Japończycy są inni. Ale jak bardzo inni?

Nie wiem, jak to zmierzyć, natomiast odmienność ta z pewnością zasługuje na opis i próbę zrozumienia. Tej też nie gwarantuję, ale z pewnością w swoim opisie wyjdę poza potoczne widzenie Japonii, jakie posiadamy, jakie wytworzyliśmy w Polsce, w Europie.

Rozumienie, które jeśli w ogóle odwoływać się będzie do znaków i symboli, to rozpięte jest między tym, co światowa kinematografia przyniosła na temat historii i współczesnego obrazu Japonii w 2003 roku.

To w pewnym sensie zadziwiające, że właśnie w tym czasie powstały trzy, tak bardzo odmienne filmy: „Ostatni samuraj” (Last Samurai), „Między słowami” (‘Lost in Translation’) i „Kill Bill”. I wszystkie trzy dotyczyły (naszej – świata zachodniej hemisfery) percepcji kulturowej Japonii. Niezwykłe.

Każdy z nich w jakimś stopniu opowiadał pewną prawdę o Japonii i nawet jeśli nie wprost, to czasami poprzez obrazy, których w tych filmach zabrakło…  W moim eseju zajmę się „Ostatnim samurajem”.

W tym miejscu, tych których znużyły te wszystkie uwagi, odsyłam do zacytowanych dzieł kinematografii amerykańskiej. Są na tym tle i w tym kontekście, bardzo udane. Tych, którzy wytrwali zapraszam do dalszej lekury.

Część trzecia, czyli walka z tradycją

Japonia… i nasze stereotypy o niej. Kraj samurajów, gejsz, zamków, shogunów, światowych technologii…globalna marka? Zajmę się tymi historycznymi skojarzeniami…

Wizji i pejzażu kraju, jaki możemy odnaleźć w „Ostatnim samuraju” na próżno szukać w samej Japonii (wyłączając plastikowe Edo Mura – Edo Wonderland, kiczowaty park tematyczny z epoki Edo, znajdujący się blisko historycznego Nikko, którego zabytki znajdują się na liście światowego dziedzictwa UNESCO). Dobitnym tego potwierdzeniem jest fakt, że „Ostatni Samuraj” musiał zostać zrealizowany w plenerach Nowej Zelandii, gdzie od podstaw zbudowano port w Jokohamie, a pejzaż 19. wiecznej Japonii powstał przez zmiksowanie widoku Fuji, tamtejszych szczytów górskich i alpejskiego śniegu.

Taki sposób przywoływania wyobrażeń Japonii nie jest tylko następstwem obniżania   kosztów produkcji filmowej. W przywoływanym przypadku nie ma to zresztą znaczenia.

To, co powinno nas bardziej zaintrygować, to fakt, że realizacja tych zdjęć w Japonii była w takiej skali praktycznie niemożliwa. Japonia jest bowiem krajem dużo uboższym w zakresie dziedzictwa przeszłości, niż nam się wydaje. Kyoto, Nara, Nikko, region Tohoku – to przykłady miejsc, gdzie można spotkać „dawną Japonię”. Miejsc, które w ogóle dają nam w Japonii gwarancję na zetknięcie się z autentyczną przeszłością tego kraju, jest bardzo mało. Nawet słynna „Złota Pagoda” w Kyoto, na tle której przywódcy Grupy G 7 tak chętnie się fotografowali, podczas jednego ze szczytów tego klubu, pochodzi z… 1950 roku. Oryginalną Złotą Pagodę spalił buddyjski szaleniec rok wcześniej.

W dużej części właśnie taka też, jak owa Złota pagoda, jest Japonia. Ersatzowa, rekonstruowana, odtwarzająca w nowych materiałach swoje zabytki i zamki shogunów (nie odżegnując się przy tej okazji od betonu i plastiku). Kraj z wielu powodów wyzuty ze swojego… dziedzictwa. Z jednej strony świadomie „wyrywający z korzeniami” tradycję z życia społecznego w wyścigu ku nowoczesności. Z drugiej nieustannie  narażony na klęski naturalne, by wspomnieć wielki pożar Kanto z 1923 roku, który obrócił w perzynę metropolitalne, drewniane  Tokio.

Żyjąc w Japonii zacząłem wierzyć, że tylko cudzoziemcy wychowani są na  drzeworytach Hiroshige. I że to oni ulegli fascynacji japońską asymetrią, minimalizmem sztuki wyrosłej na tradycji Zen, sztuki buddyjskiej. Przy okazji stając się wyznawcami estetyki filmów Kurosawy i tradycyjnej architektury drewnianej. Odwiedzając czy to luksusowe sklepy Shinjuku, Ginzy, czy park Yoyogi, można odnieść wrażenie, że Japończycy (choć nie wszyscy), wyzbywając się własnej tradycji, przejęli obcą kulturę generując synkretyczną jej formę spod znaku cosmo.

Pułapki niejednoznaczności

Japonia z wielu powodów to kraj nieukojonej nostalgii, w którym patriotyzm, miłość do kraju, to kategorie i deklaracje społecznie niezwykle niejednoznaczne, nie tylko z powodu traumy po II wojnie światowej.

Źródła tej ambiwalencji sięgają połowy XIX wieku i odrzuconej tradycji zwalczanej, jako coś co ograniczało Japończyków w ich marszu ku nowoczesnemu i rozwiniętemu społeczeństwu. Inne tkwią w zakazanej miłości do kraju (po 1945 roku kojarzonej z szowinizmem i imperializmem japońskim) i tradycji kodeksu honorowego ‘bushido’.

Skomplikowane?

No wiem, miało być lżej, a nie jest. Postąpię zatem tak, jak uczyniłby Japończyk. Okażę skruchę, wykonam uroczysty skłon i mam nadzieję, że z uzyskanym tą drogą przebaczeniem mogę kontynuować.

Częścią stosunku Japończyków do tradycji i dziedzictwa, jest ich relacja „miłości i nienawiści”, do kultury nie-Japończyków, świata „obcych”. Obcych-alien, jak mówią o takich jak ja, gdy staniemy na ich ziemi i otrzymujemy Alien Identity Card. Każdy w takim przypadku czuje się jak przybysz z innego świata.

Radykalizm odrzucenia tradycji japońskiej, był w historii tego kraju równie niebezpieczny, jak bezkrytyczne przyjmowanie dorobku cywilizacji Zachodu. Okresy gloryfikacji tradycji rodzimej były równie częste w historii Japonii, jak odchodzenie od niej. Sinusoida tożsamościowa? Coś w tym rodzaju.

Historia 20. wieku dowodzi, że odrzucanie to kończyło się tragicznie, sprowadzając Japonię na skraj przepaści, czy wręcz samounicestwienia, jak zdarzyło się to w sierpniu 1945 roku.

Myślę, patrząc na to, czym są emocje w życiu Japończyków, jak kochają i jak nienawidzą, że problemem w ich historii nowoczesnej nie były w istocie idee, jakie przejmowali, adaptowali czy do których powracali. Niebezpieczeństwo wiązało się raczej z bezkrytycznym ich przyjmowaniem: absolutne i bezgraniczne. Przesycone emocjami i pasją. Do końca i bez reszty, aż po Rubikon, (tutaj takim miejscem przejścia jest symboliczny skok ze schodów świątyni Kiymizu-dera), poza który nie było już miejsca na nic, poza końcem, śmiercią, kompromitacją lub chwałą (nomen omen samurajską).

Prawda Ostatniego Samuraja…  Powrót do źródeł

W przypadku Japonii, na początku jej nowoczesnego istnienia był nie chaos, lecz desperacka i chwilami okrutnie przeprowadzona modernizacja kraju, wynikająca z wiadomości, iż porażką w tym wyścigu z czasem, może być uzależnienie Japonii od ówczesnych mocarstw i kolonizacja kraju, jakiej doświadczały niemal wszystkie inne narody Dalekiego Wschodu. Obawy i zagrożenia te były realne. Ceną za modernizację tania siła robocza, nowe rozwarstwienie społeczeństwa, prymitywny przemysł nakładczy, trujące fabryki, rzeki Japonii spływające ściekami. Tanie, kopiowane rozwiązania techniczne. Interesującą spuścizną tego czasu była przysłowiowa „japońszczyzna”. Termin, który w Indiach przez dekady był synonimem złej, czy niskiej jakości i tandety, wyparty dzisiaj przez znaną i u nas „chińszczyznę”.

Ceną za szybki rozwój i modernizację były wojny domowe i bratobójcze zmagania w latach 60-tych i 70-tych XIX wieku. Zmagania o to, jakim społeczeństwem ma być Japonia,  aspirująca do grona najbardziej rozwiniętych państw świata.

Właśnie ten wątek obecny w „Ostatnim Samuraju” sprawił, że dopiero pobyt w Japonii odkrył dla mnie tę wartość filmu, zaś samo dzieło Edwarda Zwicka (reżysera „Ostatniego samuraja”) zyskało w zetknięciu z pomnikami i pamiątkami tego okresu, pieczołowicie przechowywanymi przez Japończyków.

Gdy definiujemy skalę zmian, pomyślmy o niemal całkowitym odrzucenie tradycji. W praktyce polegało to na zanegowaniu i przeobrażeniu dotychczasowego stylu życia, zburzeniu struktury społecznej, administracyjnej i politycznej kraju i wprowadzenia „nowego”. Sprostania wyzwaniu i zagrożeniu, jakie nieśli dla Japonii obcy.

Do anegdoty przeszły przekazy o wierze Japończyków w konieczność jedzenia mięsa, by w ten sposób dorównać inteligencją białym przybyszom z Niemiec, Francji Anglii czy USA. Równie smutne i znaczące były kompleksy związane z wyglądem, wywołane opiniami cudzoziemców. Japończycy byli w nich wprost przyrównywali do istot człekokształtnych. Tak zgryźliwie o ówczesnych Japończykach pisał między innymi Francuz, Pierre Loti w latach 80-tych XIX wieku.

Swoistym kuriozum była „tańcząca dyplomacja”, jaką od 1885 roku uprawiano w Tokio (i słynna sala balowa o nazwie Rokumeikan). W trakcie owych bali organizowano wieczory taneczne z muzyką zachodnią (polki, walce, mazurki). Głęboko wierzono, aż po granice absurdu, iż strój i obyczaje w całości przejęte od obcych, szybko i skutecznie ucywilizują Japończyków, kształtując ich na obraz i podobieństwo człowieka Zachodu.

Przy okazji tych rozważań, warto zwrócić uwagę na sposób potraktowania w Japonii tych, którzy zostali pokonani w trakcie bratobójczych wojen w czasie modernizacji Japonii. Patrioci wierni cesarzowi i opowiadający się za unowocześnieniem Japonii na modłę zachodnią doczekali się uhonorowania w skądinąd słynnej świątyni Yasukuni, przedmiotu nieustających kontrowersji w stosunkach Japonii z sąsiadami. Zwolennicy bakufu, a więc stronnictwa stojącego na straży  porządku prawnego sprzed 1868 roku, nigdy nie doczekali się takiego upamiętnienia. Dla rzetelności trzeba jednak w tym miejscu dodać, iż niektórym z liderów opozycji ufundowano pomniki w różnych częściach kraju, uznając, iż to co ich pchnęło do walki z państwem, było miłością do ojczyzny, a nie próbą realizacji własnych  ambicji.

Taki pomnik ma Takamori Saigō w tokijskim parku Ueno. Saigō, jak tytułowy bohater „Ostatniego samuraja”, był m.in. przeciwnikiem rozbudowy linii kolejowych w Japonii. Występował przeciwko nim ogniem i mieczem…

Przypominam w tym miejscu film „Ostatni samuraj” także dlatego, że daje on namiastkę wiedzy o tym, czym była Japonia w pierwszych latach dynastii Meiji (od 1868), gdy część samurajów ginęła w obronie starego porządku (od 1876 roku posiadanie broni przez samurajów było już zakazane), a druga walcząc z nimi lub obejmując wysokie urzędy w administracji, podjęła się przebudowy państwa. To czas nierozwiązywalnych konfliktów sumienia, dramaty osobistych wyborów…

Czas na finał

„Ostatni samuraj” został niezwykle ciepło przyjęty właśnie w Japonii, jako prawdziwy i wiarygodny w swojej opowieści o narodzinach współczesnej Japonii. Może jest w tym japońskie upodobanie do kiczu i opowieści sentymentalnych, ale wiem też, ze taka ocena filmu zrobionego przez nie-Japończyka o Japonii, to rzecz nietypowa i warta odnotowania.

Wspomnienie dwóch pozostałych filmów, jakie przyniósł rok 2003, „Kill Bill” i „Między słowami” to przykład innych sfer doświadczania przez świat Zachodu kultury Japonii i jej historii. Nieodmiennie wzbudzają u widza poczucie odmienności, ba, wyobcowania w zetknięciu ze światem „Made in Japan”. O tym może kiedyś.

Tymczasem, wyciemnienie i…koniec (tej opowieści)

Egzotyczny raj... Japonia k. XIX wieku oczyma przybysza z Zachodu (fot. stereoskopowa 1901)

Japonia jako miejsce niezwykłe. Podkolorowana fotografia stereoskopowa. Widok z Nary (1896)

Nauka w szkole morskiej, początek XX wieku, Hokkaido (zb. własne)

Zdobywanie nowego zawodu. Warsztaty szkolne, (początek XX wieku), Hokkaido, Japonia

Pan Góra / Fuji -san

Moje widoki Fuji.

Czasami nieoczywiste. Zawsze przepełnione namiętnością własną i  bohaterów filmu  „Hanami”

Widziane ze stacji kolejki na stacji w Odaibie lub w drodze do Kioto.

Zapamiętane w marcową wiosnę 2007 roku na Półwyspie Izu.  Wokół panowała absolutna cisza. I gdzieś tam była ta góra.

Obraz na nieskończonych niebieskościach nieboskłonu.

Zapadający się w mroku zachodu słońca.

Pan Fuji. Fuji- san

***

My views of Fuji-san

Sometimes different from these which  turn out to be so obvious. Always trilled with passion. Flash of „Hanami”.

Seen from the station in Odaiba or on my way to Kyoto.

Remembered in early spring of March 2007 on Izu Peninsula. The absolute silence filled the air. And the mountain was (somewhere) there.

The picture of Fuji-san in the  deepest essence of blue sky.

Disappearing in the shadows of sunset.

Fuji-san. His excellency Fuji.

A wiatr wieje... Fuji o zachodzie słońca, Odaiba, Tokio / And wind blows, Fuji-san (Odaiba, Tokyo)

Fuji widziana z Odaiby / Fuji - san as seen from Odaiba, Tokyo

Fuji widziane w drodze do Kioto / Fuji as seen on my way to Kyoto

Fuji in blue (Półwysep Izu / Izu Peninsula)

 Fuji w zimowej odsłonie / Fuji in winter time

Fuji at sunset / Fuji o zachodzie (Izu Peninsula/ Półwysep Izu)

Fuji as seen from my hotel's bed / Fuji po przebudzeniu

 

 

Dzwonki na Górze Fuji. Zapiski z klawiatury. Japonia (10)

Pożegnanie na początek

Góra Fuji jest wspomnieniem szczególnym w moim myśleniu o Japonii. I jakkolwiek zabrzmi to sentymentalnie i kiczowato był to ostatni widok Japonii, gdy ją opuszczałem 26 września 2007 roku.

Widziana z pokładu samolotu, błękitniała na horyzoncie wyrastając ponad chmury, które uczepiły się jej w połowie wysokości. Patrzyłem na nią i im bardziej się oddalała, tym była mi bliższa. Pilot niemieckiej Lufthansy, jakby celowo nadleciał bliżej jej stożka i wyposażył nas, pasażerów tego lotu w jej obraz i w różny poziom emocji, które wywoziliśmy z tego kraju…

Fuji…Pierwsze chwile w Japonii, pierwszy jej widok z Odaiby. Jej ośnieżony stożek w grudniowe dni, gdy nostalgia za krajem tak mocno dokuczała. Moje osobiste z nią zmagania, gdy przez dwa dni krążyłem po jej zboczu, rozdarty między imperatywem jej zdobycia i nieokreślonym poczuciem, że jestem intruzem na jej świętym zboczu i że się to nie uda.

Jednak tym najważniejszym i najbardziej przeżytym, był widok Fuji oglądanej podczas wyprawy po Półwyspie Izu, gdy nagle, niemal irracjonalnie wyrastała na moich oczach, a to wyłaniając się zza zakrętu drogi, a to pokazując się  w hotelowym oknie, opromieniona złotem zachodzącego Słońcem.

W jego blasku się chowała, by rano zachwycić błękitem i bielą swojego szczytu zawieszonego w powietrzu i… oglądanego wprost z hotelowego łóżka, tuż po przebudzeniu się. Jak zwykle podczas moich podróży po Japonii, budząc się upewniałem się, gdzie jestem. Poczucie nierealności nie opuszczało mnie w tym kraju ani na chwilę. Tak surrealistyczny widok Fuji, tylko wrażenie to wzmacniał.

Rozumiem już Hiroshige i innych twórców okresu Edo, krążących po Japonii drogami wznoszonymi z polecenia bakufu i portretujących ówczesne miasta i geograficzne atrakcje z górą Fuji w tle. Bez niej, widoki te naprawdę nie miałyby sensu i wyrazu artystycznego.

Czas, który spędziłem w Japonii pozwolił mi zrozumieć, że jest to góra (w istocie Pan Góra, Fuji -san), która/y jak w kalejdoskopie zmienia się z każdą chwilą. Wyłania się i ginie, nabiera kontrastu i traci obrys. Bywa bielą śniegów pokrywających ją od października do kwietnia, odpycha sypkim tufem wulkanicznym w okresie lata… Fuji. Góra, która zmienia nas, na nią patrzących.

Pierwszy raz

Pierwsze wspomnienie góry Fuji to jej widok sprzed 17 lat z Shinkansena mknącego z Hiroshimy do Tokio. Był luty 1997 roku.  Moja pierwsza wyprawa do Japonii i – niestety – nie było w ogóle możliwości, by zbliżyć się do niej choć na krok. Jej widok z wysokości 10 000 metrów podczas przelotu z Tokio do Hiroshimy, zachwycił mnie i pozostał. W pamięci, w kadrze analogowego zdjęcia, które przepadło.

Powrót

Powrót i spotkanie z Fuji w 2006 roku było pełne rozedrganych emocji, ale też przypominało spotkanie ze starym znajomym.

Wyrosła na horyzoncie, poza i ponad Zatoką Tokijską pewnego październikowego poranka, gdy pędziłem na zajęcia na uczelni. Białe „maźnięcie” na jej szczycie było przypomnieniem nadchodzącej zimy, błękit reszty olśniewał i – choć to irracjonalne – dodawał otuchy na resztę dnia. Wkrótce zresztą kazało się, że nie jestem w takim jej widzeniu osamotniony. Chisato-san, jedna z Japonek, opiekująca się naszym rokiem, powiedziała mi, gdy wspomniałem o widzianej tego dnia górze, że jej widok zwiastuje dobry dzień. Tak przynajmniej wierzono w jej podtokijskiej wiosce, z której pochodziła i skąd od czasu do czasu Święta Góra także była widoczna.

Góra była nadzieją i obietnicą.

W jakimś sensie przejąłem od niej to serdeczne myślenie o Fuji. Takich wyjątkowych dni było tylko(?) lub aż (?) siedem , gdy widziałem górę  z Tokio. Każdy z tych dni zapamiętałem. Ilekroć ją dostrzegłem idąc do stacji Yurikamome czy powracając po całym dniu do Odaiby, jakoś cieplej robiło mi się na sercu. Tęsknota za krajem traciła na sile, Japonia i samo Tokio stawało się mi naprawdę bliskie.

Wspinaczka

Spotkanie z Fuji to wspomnienie wspinaczki w sierpniu 2007 roku. Zbliżania się do góry, a wcześniej szalonego wyścigu z czasem i zmęczeniem, by na czas dotrzeć do 5 stacji i tam spędzić noc, a potem dalej kontynuować wspinaczkę.

Stacja turystyczna u podnóża góry była  jak nie z tego świata. Szybkie „rais end kary” (ryż z curry), zielona herbata. Obsługa leniwa, niedbała (niezwykłe w Japonii) i jakby niedotleniona? W końcu jesteśmy już na wysokości ponad       2 000 m i może stąd to dziwne zachowanie.

Podstacja na wysokości 2 450 m. Formalności, stemple, aprowizacja...

Piję nieco na zapas. Już za chwilę butelka wody warta w normalnym świecie tokijskich automatów  100 jenów, kosztować będzie 400 i 500! Toaleta na stokach Fuji kosztuje kolejne 100 jenów, co w Japonii musi szokować zważywszy na to, że tylko na świętej górze pójście do toalety coś kosztuje…

Dzwonki pielgrzymów

Początek wspinaczki to wspomnienie dzwonków pielgrzymów jakie rozlegały się we mgle – chmurach, które zstępowały na Fuji i otulały ją powyżej wysokości dwóch tysięcy metrów.

To zadziwiające, ale wspinaczka na górę uniemożliwiała mi zobaczenie samej góry. Moja perspektywa ograniczała się do  wąwozów  wydeptanych wśród lasów porastających górę, ścieżek przebiegających pomiędzy dawnymi osuwiskami lawy.

Fuji. Wąwozy i ścieżki w drodze na szczyt (poniżej 2 450 m)

 

Tej samej lawy, która sproszkowana, przy schodzeniu z góry oznacza istne „brodzenie” w piasku i pyle wulkanicznym wzniecanym przez  turystów i pielgrzymów. Założona na usta japońska maska okazuje się wówczas zbawieniem i ratunkiem. Jak inni odnajduję dla niej proste  zastosowanie, poza tym powszechnie znanym. Tym razem nie zakładam jej, by uniknąć infekcji. Maska  na  górze Fuji pozwoli bez trudu przejść przez kłęby pyłu wulkanicznego i z ulgą odetchnąć u jej podnóża.

Pył i kurz... Zejście z Fuji

Wspomnieniem ze wspinaczki na górę, jest obraz wchodzenia ponad pułap chmur, wdzierania się do… nieba??? Jest świat ponad i ten ziemski, pod warstwami chmur.

Już na wysokości 2 600 m n.p.m. tak naprawdę obserwujemy nie tyle panoramę wokół szczytu, góry i miejscowości półwyspu Izu, co właśnie zasłaniające ten widok chmury, ciągnące się po widnokrąg.. . Zachód Słońca w takich warunkach dostarcza niezwykłych wrażeń. Słońce znika nie tyle za horyzontem, co za i pod linią chmur, na moment rozświetlając je i przenikając ich szarości, granaty, błękity, smoliste czernie. Gdy gaśnie Słońce, niemal natychmiast gubią się zarysy ścieżek prowadzących do kolejnych podstacji i na szczyt góry.

Podstacja 5

Trafiam wreszcie do podstacji 5. Niskie, nijakie domki przytulone do tufu wulkanicznego zbocza góry.  Przemykający w jej obrębie turyści  lub raczej punkty świetlne z racji noszonych na głowach i na piersiach lamp diodowych i innych źródeł światła.Półmrok i solidy tłok w jej wnętrzu.

Czas na kolację. W tracie pobytu w Japonii odwiedziłem wiele restauracji, barów. Jednak wyprawa na górę Fuji, pozwoliła mi na spożycie posiłku w bardzo wyjątkowych okolicznościach. Cena kolacji co prawda jest bliska posiłkowi w naprawdę wykwintnej restauracji w Tokio (5000 jenów od łebka), ale z drugiej strony, żadnej innej nie zapamiętałem tak dobrze, jak tej właśnie. Menu skromne. Potrawy podane w formie setto (zestawu) nie były (pamiętajmy, że jesteśmy na wysokości 3000 m i nie jest to pokład samolotu na trasie Frankfurt – Tokio, gdzie naprawdę dają nieźle zjeść) wyrafinowane.

Co serwują na górze Fuji? Zupa miso (dużo i do woli), która świetnie rozgrzewa. Ryba, mięso (to ostatnie zimne), ryż japonica, co się cudownie klei (jak oczy spożywających kolację). Do tego zielona herbata, dużo herbaty… Wszystko jednak smakuje (głód jest najlepszą przyprawą, znacie to???). Całość skąpana w mdłym świetle elektrycznym płynącym z generatora prądu i rozpalonych tu i ówdzie świeczek.  To wspomnienie, do jakiego nie raz jeszcze będę wracać.

Nieco dokucza tradycyjny niski stół, ale też nie ma co marudzić. Czekają już następni, no i wstać trzeba o czwartej rano, by przygotować się na największą atrakcję góry Fuji – wschód Słońca.

Trafiam do dormitorium na ok. 30 osób, już wypełnionego śpiącymi lub drzemiącymi turystami (sami Japończycy, rezerwacje należy robić już w marcu!).

Miejsce w kącie, szybka wymiana ubrania na to świeższe, buty na jakiś czas lądują w plastikowych workach. Jest coraz zimniej i tak już pozostanie. Sypialnia nie jest ogrzewana, a nawet teraz (jest  25 sierpnia) temperatura spada do jakiś 4-5 stopni Celsjusza.  Natychmiast po kolacji z lubością wślizguje się pod koc i kołdrę i we własny śpiwór, nie bacząc na nogi, które nie wiadomo skąd, lądują na moich plecach, pochrapujących obok i ogólną atmosferę rozgardiaszu, która panuje w tym miejscu. Nagle całkowita cisza i sen. Gdzieś tam ona, góra.

Wschód czy Zachód? Oto jest pytanie

Późna noc, poranek?  Budzi mnie ogólna krzątanina. Właściwie jest nadal ciemno, ale to stan przejściowy. Szybka toaleta. Wciąż zimno. Drżąc wychodzę na dziedziniec podstacji, udeptane przez tysiące turystów miejsce, z którego obserwować będę wschód Słońca na górze Fuji.

W tej sprawie tego, co należy oglądać na Górze Fuji istnieją dwie szkoły wzajemnie się wykluczające… Pierwsza dowodzi wyższości wschodu, druga zaś zachodu Słońca widzianego z góry. Mając wyjątkowe szczęście zobaczenia obu, dołączam do zwolenników wschodu Słońca. Inne zresztą powiedzenie upewnia mnie w tym sądzie, bo głosi, że tylko głupiec wchodzi na Fuji dwa razy, by zobaczyć raz wschód, a raz  zachód Słońca.

Tak czy inaczej, to spektakl szczególny, choć dopiero upływ czasu nadaje mu cechy wyjątkowości. Na miejscu skala oczekiwań jest tak wielka, że nawet te dwa kolosy, aktorzy spektaklu: Słońce i góra Fuji, nie są w stanie mu sprostać.

To co uderza na początku, to światła migoczących w oddali miast: Yokohamy i Tokio. Po chwili zresztą znikną w napływających na górę chmurach i wówczas przed naszymi oczyma widać niekończący się sznur pielgrzymów i turystów, którzy zdecydowali się na nocne wejście na Fuji. Drobne oświetlone punkty miarowo, wolno poruszają się w górę, linie ich trasy ciągną się od podnóża szczytu „ponad” nas, w kierunku wierzchołka. Delikatne  odgłosy dzwoneczków. Oczekiwanie.

Pierwszym zaskoczeniem jest fakt, że nie widzimy szczytu góry, choć jesteśmy  tuż pod nim. Jest skryty w ciemnościach. Ci co nie posłuchali przysłowia  wspinaniu się na górę Fuji twierdzą, że wschód słońca najlepiej ogląda się z tej właśnie, 5 stacji. To wysokość około 3 300 m. n.p.m i tutaj właśnie jestem.

Gdy pojawia się światło, stożek góry wyłania się także. Patrząc na wschód, warto też spoglądać za siebie… Niezbyt wygodne, ale konieczne, by  nie uronić nic z całego widowiska.

A tymczasem widać, że pod postawą chmur słońce już wzeszło…podczas, gdy „u nas” , na szczycie jest jeszcze ciemno… Brzask, promienie słoneczne mkną ku chmurom i powoli rozjaśniają horyzont. Na jego linię powoli wypływa tarcza Słońca i jest coraz jaśniej i jaśniej. Wydarzenie z tą chwilą biegną błyskawicznie. Światło ogarnia najbliższe otoczenie, domki stacji nabierają bardziej cywilizowanych kształtów, choć wczoraj były jak brazylijskie fawele.  Twarze ludzi nabierają rysów…Za plecami powoli, choć kąt widzenia nadal zbyt ostry, widać już szczyt Fuji.

Wschód Słońca na Fuji

Ostatnia stacja przed szczytem. Fuji-san

Szczyt Fuji i pielgrzymi na trasie

Epilog

Na szczyt tym razem nie wejdę i w ten sposób góra pozostanie dla mnie miejscem, do którego jeszcze powrócę? Może… a może nie. Przecież nikt mądry nie robi tego dwa razy?

Czas pokaże. Fuji wciąż tam jest i czeka?

Widok spod szczytu Fuji. W dole stacja 5.

Droga, a w oddali Pan Fuji (Fuji-san)

A na „Titanicu” Ślązaków nie było…

Katastrofa Titanica uchodzi za cezurę, rozdzielającą historię 20.wieku na beztroskie lata Belle Epoque i początek nowoczesnych dziejów cywilizacji ludzkiej.

Wydarzenie, które zmieniło postrzeganie historii 20.wieku,  dokonało się bez udziału Ślązaków?

Z uwagą – gdy zostały opublikowane – prześledziłem rejestry pasażerów, którzy byli – jak sądzili – szczęśliwcami i znaleźli się na pokładzie RMS Titanic, gdy ten, w samo południe 10 kwietnia 1912 roku, wypływał z portu w Southhampton.

Opuszczając Wyspy Brytyjskie Titanic zabrał dodatkowo pasażerów ze statków unieruchomionych w miejscowym porcie, bo wcześniej zabrano im węgiel (angielski zapewne, nie śląski przecież), by zaspokoić piece i magazyny  żarłocznego kolosa…

Kolejnych 150 osób zaokrętowano na Titanicu  we francuskim Cherbourgu, ze znajdującego się tam statku Nomadica.

I  nic… W każdym z opisywanych przypadków brak śląskiego tropu.

Myślę i myślę. Jeśli nawet to „odpryskowa” historia świata i Górnego Śląska (jak mawiają cynicy preferujący czyny heroiczne i wielkie, a gardzący rutyną dnia powszedniego) lub fakt bez znaczenia (dla niektórych), to mnie okoliczność ta, nie pozostawia obojętnym.

Bo może to dowód ogromnej przezorności Ślązaków (i szczęścia w pierwszym rzędzie) i przykład tego, że tym razem (Górno)Ślązacy nie znaleźli się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze. W swoim pragmatyzmie i krytycznym  stosunku do rzeczywistości nie uwierzyli też w niezatapialność statku, do którego wybudowania potrzeba było aż 3 (trzech) milionów nitów…

Pod rozwagę i refleksję poddaję…

RMS Titanic. Lista pasażerów (fragment, źródło:Internet)

 

 

Graffiti i myśli o świecie, znalezione

Banksy mówi (Wall &Piece, Londyn, 2006)

„Graffiti jest niebezpieczne tyko dla polityków, reklamodawców i samych graficiarzy. (…) Władza nowoczesna (…) jest władzą struktury – organizuje struktury wspólnoty i ją kontroluje. (…) najczęściej działa w interesie własnym. Interes ogółu jest zaś tutaj wtórny, co więcej  – definiowany przez samych przedstawicieli władzy oraz media (…)”.

„(…) rządząca mniejszość musi przede wszystkim określić zachowania zakazane i egzekwować naruszenia prawa (…)”

Nieźle, jak na malarza.

I to, gdzieś znalezione…

„W państwie demokratycznym łatwiej zarządzać wolnością słowa niż wolnością kreacji, zwłaszcza, jeśli uliczne vox populi utrwalone w przestrzeni miejskiej podważa dominującą ideologię klasy średniej”

(Między wolnością, a anarchią. Street art, Warszawa 2011)

Shot me! (Autonomia Palestyńska - Betlejem - graffiti na murze granicznym)

Krakowska M.M. (Kraków, fragment graffiti, 2013)

Keep smiling / Uśmiechnij się (Kraków, fragment graffiti, 2013)

Czeskie Macondo

Za moim opawskim oknem ciemność. Migotają latarnie pobliskich plant, jak te z pasteli Wyspiańskiego.

Jesień złotawo-brązowa, z tendencją do ponuractwa zalewa okolicę.

Deszcz jak w mitycznym Macondo: pada, siąpi, drobi i pokapuje.

Wilgoć w powietrzu, chłód wdziera się przez szczeliny w oknie.

Tchnienie jesieni rozczarowuje i tylko gorąca kawa wnosi ciepło i łagodzi,

chłód,

wilgoć

i czas nieuchronnego nadchodzenia „podzimi”,

jak mówią o tej porze roku, Czesi.

Widok za oknem

„Gość” w dom, „Niedzielny” za drzwi…

Czytam sobie taki oto artykuł z Gościa Niedzielnego (nadesłany mi do Opawy, w końcu w Czechach nikt przy zdrowych zmysłach nie dystrybuuje podobnych czytadeł), autorstwa nieznanego mi Jacka Dziedziny i myślę, jak bardzo różni się wszystkim od Tygodnika Powszechnego, którego lekturę mam świeżo za sobą. Różne Kościoły, różny ogląd rzeczywistości i z ulgą stwierdzam, że na szczęście nic mnie nie łączy z rzeczywistością (a raczej jej ułudą) reprezentowaną przez Gościa.

Skoro mowa o Tygodniku, czytam tam ze satysfakcją, iż nauczanie i postawa Kościoła, w świetle niedawno deklarowanego stanowiska na Synodzie, powinna być bardziej duszpasterska niż doktrynalna. Myślę, że słowa te powinien sobie wziąć do serca, każdy kto korzysta z autorytetu Kościoła, jego instytucji i publikatorów. To kwestia pewnej racji moralnej, którą chce się reprezentować i na którą się ten, czy ów powołuje.

Marnuje doprawdy czas pisząc o artykule „Bajka o Śląsku” , jaki ukazał się  w dniu 19 października, ale skoro jest tam kilka faktów niezgodnych z prawdą, w tym te, odnoszące się do mojej osoby, to wersom tam skreślonym  poświęcę nieco uwagi.

Niezgodnym z prawdą… Hmm, może po prostu kłamliwym? Stwierdzeniem tym zachęcam w autora do reakcji, bo w końcu wiarygodność dziennikarska, ma jakąś wartość. No chyba, że nie ma, co zresztą podejrzewam w tym przypadku.

Rozprawmy się z publikowanymi tam „pewnikami”.

Dyrektorem Muzeum Śląskiego zostałem w 2008 roku, w wyniku konkursu zorganizowanego pod rządami koalicji PO-PSL pod koniec 2007 roku. Objąłem stanowisko pod rządami koalicji PO-PSL –SLD. Do zmiany koalicji w zarządzie województwa doszło znacząco później, bo pod koniec 2010 roku ( w istocie do jej ukonstytuowania doszło początkiem 2011 roku).

Krótko mówiąc pisanie o popieraniu mnie przez RAŚ na stanowisku dyrektora muzeum, co jest sugestią otrzymania tego rodzaju wsparcia od początku mojej kadencji, jest prymitywną manipulacją i nadużyciem. Celowym i świadomym. Niech pan Dziedzina podobne rzeczy robi  na swój własny rachunek, o ile nie jest na permanentnym debecie wiarygodności.

Nieprawda tkwi w stwierdzeniu, że założenia do scenariusza [wystawy stałej – L.J.]  musiały „wyjść na jaw”. Sugeruje się przez to ich pokątną publikację(?), skrytą (?) i niedostępną publicznie (???) lub równie niecne praktyki.

Nie było tak, bo zostały opublikowane na ogólnodostępnych stronach internetowych Muzeum Śląskiego, stanowiły część procedury konkursowej na scenariusz wystawy i były tam tak długo, póki ich zdjęcia (na kilka dni, ciężko przerażony reakcją partyjnych partnerów i sojuszników ) nie zażądał, reprezentujący Platformę Obywatelską, Adam Matusiewicz, marszałek tego województwa i przedstawiciel organu współprowadzącego Muzeum. Założenia były i potem dostępnie, i jak niewiele innych rzeczy w dziedzinie polityki kulturalnej tego województwa, kwestia wystawy i scenariusza była prezentowana opinii publicznej przy otwartej kurtynie. Coś nie do pojęcia przez pewne środowiska, prawda?

Obrona scenariusz i założeń do wystawy, istotnie miały miejsce ze strony doktora Jerzego Gorzelika, członka Zarządu Województwa Śląskiego, w tym czasie, ale prawdę mówiąc znalazł się on w doborowym gronie, wielu innych postaci. Polecam uwadze stanowiska Rady Muzealnej, na przykład.

Wyrazy uznania dla projektu i samego scenariusza, wyraził ówczesny Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego w piśmie z grudnia 2012 roku. Ciekawa wiadomość dla czytelników Gościa? Powiedzmy, że sprawdzenie tej sprawy i szokującej okoliczności (zupełnie nie pasującej do wymowy owego bajana w Gościu i przyjętej tezy artykułu) zostawiam zainteresowanemu bajkopisarzowi, czyli autorowi inkryminowanego artykułu. To takie zadanie, w rodzaju „zrób to sam” (A. Słodowy). Może zadanie takie podniesie poziom dziennikarstwa, to znaczy zawodu, który myśli, że uprawia.

I na koniec krótka uwaga. To już kwestia ocenna, ale w tekście pada stwierdzenie, że „musiałem pożegnać się ze stanowiskiem”. Ponownie sugeruje to coś, co nabiera w tekście jednoznacznego charakteru.

Cóż, odwołując się do słów i wyjaśnień kolejnego marszałka ( a nawet traktując je poważnie?) pracę w Muzeum Śląskim zakończyłem z powodu wygaśnięcia umowy o pracę i niemożności jej formalnego przedłużenia. Muzeum żegnałem z pięknym, ba wzruszającym tekstem listu od Sekuły M(irosława) (tak ów dokument został podpisany), w którym słowa o zaangażowaniu i mojej wiedzy mieszają się ze słowami uznana dla dokonań Muzeum Śląskiego w czasie mojej dyrekcji. Obok tego ten sam marszałek przedstawił pisemną  propozycją objęcia przeze mnie pracy na innym stanowisku, ale z tego nie skorzystałem. Brzmi ciekawiej niż selektywna rzeczywistość prezentowana w tym tekście? Tak myślę.

List Sekuły M. z 29 marca 2013 roku.

Na koniec rada.

Tygodniku Powszechnym niemal równolegle opublikowano tekst Michała Olszewskiego „Domowina” o Górnym Śląsku i jego zmaganiu się z poszukiwaniem własnej tożsamości, także tej, w przestrzeni literatury.

Ciekawy, intelektualnie spełniony. Słowem, jest nadzieja na to, że tak można i tego rodzaju łaska poznania i kompetencji dostępna jest także innym?

Tyle. Więcej czasu ani na ten tekst, ani na to, co autor wiedział, ale nie powiedział (bo manipulował), marnować nie zamierzam. Czytelnikom wolącym inne teksty wyjaśniam, że pomysł na tekst był dzisiaj inny, ale dzisiejszy post musiał powstać. Ciekawsze obiecuję wkrótce.

I już ani słowa o Gościu. Jest już w koszu, gdzie jego miejsce. Jeszcze ‚Enter’ i kosz też już wyczyszczony.